Działalność przykrywkowa to tylko praca i nic więcej. Funkcjonariusz doskonale pamięta, kim jest, i nie ma kłopotów z odróżnianiem dobra od zła. wszelkie atrybuty typu: luksusowy samochód, dobry garnitur czy elegancki apartament to tylko narzędzia służące śledztwu – mówi Tomasz Kaczmarek, słynny Agent CBA Tomek.


Artur Górski: Wiele osób (także przedstawicieli mediów) nie odróżnia wywiadowcy, który kręci się po cywilnemu po mieście i wypatruje przestępcy, od przykrywkowca. Wyjaśnijmy – kim jest policjant działający pod przykryciem?


Tomasz Kaczmarek: Ostatnio pojawiło się wielu „fachowców” wypowiadających się na temat operacji pod przykryciem. Rzecz w tym, że większość z nich nie ma pojęcia o tej pracy. choćby tacy znawcy problemu jak Gromosław Czempiński, Jerzy  dziewulski czy Piotr Niemczyk, którzy chętnie udzielają się w mediach, ujawniając kulisy naszej pracy. W mojej ocenie mogą najwyżej skomentować smak pączków na imieninach u babci, ale nie specyfikę pracy funkcjonariusza pod przykryciem. Rzetelnych ekspertów można policzyć na palcach jednej ręki. Policjant działający pod przykryciem wykorzystuje fikcyjną tożsamość, stworzoną na potrzeby uwiarygodnienia się w środowisku przestępczym. Może to być środowisko złodziei samochodów, handlarzy narkotyków czy żywym towarem, ale także tzw. białych kołnierzyków, polityków oraz celebrytów, prowadzących lewe interesy.


A.G.: Ale to nie przykrywkowiec dokonuje zatrzymania.


T.K.:  Funkcjonariusz pod przykryciem zbiera materiał dowodowy, który jest podstawą do aresztowania i postawienia zarzutów.


A.G.: Mam świadomość, że każda sprawa jest inna, ale czy możesz określić, ile czasu przeciętnie trwa operacja przykrywkowa?


T.K.:  Nie ma czegoś takiego jak przeciętna długość pracy funkcjonariusza pod przykryciem nad sprawą. Wszystko zależy od rozwoju sytuacji. Są sprawy, które trwają mniej niż miesiąc, ale są i takie, które ciągną się nawet dwa lata. I przykrywkowiec musi tyle czasu wytrwać w środowisku przestępczym. czasami dotarcie do grupy przestępczej jest łatwe; niekiedy jednak wymaga wielkiego wysiłku i czasu.


A.G.: To może inaczej – o jakiej najdłuższej operacji słyszałeś?


T.K.:  Słyszałem? A może sam brałem w niej udział? Żartuję. Powiem tak: znam przypadek, który trwał kilka lat.


A.G.: To musiał być niezły kozak, który wytrwał tyle czasu pod przykryciem.


T.K.:  Jeśli ktoś podchodzi do tej pracy z sercem, zaangażowaniem i profesjonalizmem, jest w stanie wykonywać swoje obowiązki naprawdę długo.


A.G.: Pomówmy o „kuchni”...


T.K.:  Ale nie spodziewaj się, że wyciągniesz ode mnie zbyt wiele – ujawniając szczegóły kuchni, mógłbym zaszkodzić służbie. Jeśli do mediów przeciekają sensacyjne szczegóły, to znaczy, że nie pochodzą od przykrywkowców – ich źródłem jest czyjaś fantazja.


A.G.:  W porządku. Policjanci twierdzą, że agent wprowadzany do środowiska przestępczego ma silne wsparcie ze strony funkcjonariuszy operacji specjalnych. Czy to prawda, że zawsze „swój” wprowadza cię do środowiska przestępczego?


T.K.:  Nie, nie zawsze.  często agent zdany jest sam na siebie i na własną rękę poszukuje kontaktu z gangsterami. Zdarzają się jednak sytuacje, w których akcja jest bardziej misterna, i funkcjonariusza wspierają koledzy, którzy mają dojście do grupy przestępczej. Jest wiele sposobów przenikania do interesującego nas środowiska. Ja – i nie tylko ja – cenię tych przykrywkowców, którzy potrafią to robić samodzielnie. Bo to najcięższa i najbardziej niebezpieczna praca.


A.G.:  A tobie udawało się wchodzić do gangu samodzielnie?


T.K.:  Różnie bywało. Pamiętaj, że ja pod przykryciem pracowałem ponad osiem lat. To szmat czasu jak na tego typu służbę. Wiele widziałem, udało mi się przeniknąć do wielu struktur przestępczych. Mam satysfakcję, że dzięki m.in. mojej pracy do młodych ludzi trafiło mniej narkotyków. Być może to uratowało komuś życie.


A.G.: Jak wygląda przygotowanie przykrywkowca? I gdzie odbywa się taki kurs? Wywiad ma swoje Kiejkuty...


T.K.:  A przykrywkowcy nie mają swoich Kiejkut.  z prostego powodu: szkolenie przebiega nie w odosobnionym ośrodku, ale w sytuacjach odzwierciedlających prawdziwe życie. Szkolenie jest dynamiczne i odbywa się w wielu miejscach, także za granicą. To przecież nie tajemnica, że nasza policja współpracuje z przykrywkowcami z innych krajów, szczególnie przy rozbijaniu międzynarodowych grup aktywnych również w Polsce.


A.G.: Na czym polega selekcja i czy jest dużo chętnych do tej służby?


T.K.:  Bez względu na to, jak wielu policjantów (bo zawsze jest to nabór wewnętrzny) staje do selekcji, ostateczny sukces osiąga jedynie kilka osób. A zdarza się, że ani jeden kandydat nie zostaje zatrudniony w operacjach specjalnych. Z reguły swój akces do służby zgłasza kilkaset osób. Po wstępnej, dość krótkiej selekcji, zostaje kilkanaście. I one przechodzą do kolejnego etapu, który wyłania przykrywkowców. Na pierwszy otwarty nabór do zarządu Operacji Specjalnych w 2002 roku zgłosiło się około 300 osób.


A.G.: Jakie wymogi muszą spełniać kandydaci?


T.K.:  Nie da się ich po prostu wymienić. Kandydat musi mieć odpowiednie predyspozycje psychiczne, a jednocześnie zdolność komunikacji interpersonalnej na najwyższym poziomie.


A.G.: A przygotowanie fizyczne?


T.K.:  Oczywiście dobrze jest, gdy przykrywkowiec dysponuje pewną tężyzną fizyczną, ale najważniejsza jest psychika. Ostatecznie nie mówimy o naborze do jednostki antyterrorystycznej, gdzie siła mięśni i umiejętność posługiwania się bronią przesądzają o kwalifikacjach funkcjonariusza. Bronią przykrywkowca nie jest bowiem pistolet, ale umysł. On musi umieć rozpoznać osobę, która ma związek z przestępczością, prowadzić z nią rozmowę, a także – a może przede wszystkim – słuchać.


A.G.: W tej pracy jest coś z aktorstwa?


T.K.: W jakimś sensie tak. Przykrywkowiec odgrywa określoną rolę, wciela się w postać, którą przecież nie jest. Jednak aktor ma możliwość odegrania „dubla”, a funkcjonariusz pod przykryciem już nie. Za pomyłkę może zapłacić nawet życiem. Uprzedzając pytanie – w szkoleniu nie biorą udziału ani aktorzy, ani wykładowcy szkół teatralnych.


A.G.: Czy uważasz, że praca przykrywkowca jest z punktu widzenia śledztwa bardziej wartościowa niż zeznania świadka koronnego?


T.K.:  Oczywiście. Przecież przykrywkowiec to „nasz człowiek”, który stoi po stronie prawa, walczy z przestępczością. Świadek koronny, choćby nie wiem z jaką determinacją deklarował swoje nawrócenie i wolę współpracy, wywodzi się z drugiej – przestępczej – strony. Nigdy do końca nie wiadomo, jakie są źródła jego przemiany. Czasami zwyczajnie kalkuluje i w sposób wyrachowany wsypuje niewygodnych konkurentów. Policja nie ma nad jego działaniem w zasadzie żadnej kontroli.


A.G.:  Bardzo ciekawi mnie dwoistość życia przykrywkowca – budzi się rano w swoim domu, żegna żonę i dzieci, po czym staje się kimś zupełnie innym. Ale wieczorem – wiem, nieco trywializuję to zagadnienie – znów porzuca swą przestępczą tożsamość, i wraca do normalnego świata. Jak z tym żyć?


T.K.:  chcę jedno podkreślić – działalność przykrywkowa to tylko praca i nic więcej. Funkcjonariusz doskonale pamięta, kim jest i nie ma kłopotów z odróżnianiem dobra od zła. Wszelkie atrybuty typu: luksusowy samochód, dobry garnitur czy elegancki apartament to tylko narzędzia służące śledztwu.  zresztą przykrywkowiec czasem musi korzystać z zupełnie innego zestawu narzędzi – kiedy rozpracowuje gang narkotykowy, wbija się w dres, kiepskiej jakości skórę i zakłada na szyję złoty łańcuch. chodzi o to, aby być wiarygodnym w określonym środowisku.


A.G.: A potem wychodzisz z tego świata dekoracji i wracasz do normalności...


T.K.:  zapewniam cię, że dobrze wyszkolony przykrywkowiec nie ma z tym żadnych problemów. Owszem, znam przypadki – nieważne, czy u nas, czy za granicą – funkcjonariuszy, którzy nie poradzili sobie z obciążeniem psychicznym związanym z pracą pod przykryciem. Ale to jest tylko margines, wkalkulowany w przygotowywanie operacji przykrywkowych. Inna sprawa to kwestia oceny, czy przykrywkowiec poszedł za daleko, czy nie...


A.G.: Donnie Brasco, czyli Joe Pistone?


T.K.:  Chociażby. U nas zostałby wyrzucony ze służby, skończyłby w więzieniu.


A.G.: Dlaczego?


T.K.:  Bo przecież pogubił się, wszedł zbyt głęboko w gangsterskie środowisko, ba – wręcz zaprzyjaźnił się z Benjaminem Ruggiero, przestępcą z mafijnej rodziny Bonnano. Ale co wtedy zrobiło FBI? Przerwało jego akcję (nie zapominajmy, że w jej wyniku 200 osób usłyszało zarzuty), funkcjonariusz dostał pomoc psychologiczną i nikomu nie przyszło do głowy, żeby podważać jego profesjonalizm.  Do dziś Pistone prowadzi szkolenia dla przykrywkowców i funkcjonuje w środowisku agentów.


A.G.:  A czy tobie zdarzyła się sytuacja, w której poczułeś sympatię do rozpracowywanego przestępcy? Czy kiedykolwiek przemknęło ci przez myśl: a może oszczędzić faceta? To w sumie porządny gość, tyle że stanął… po niewłaściwej stronie.


T.K.:  Nie.


A.G.:  Czy teraz, kiedy twój wizerunek został upubliczniony przez media, nie obawiasz się zemsty przestępców?


T.K.: Mam świadomość, że kilku przestępców życzyłoby sobie mojej śmierci. Inna sprawa, że nie wszyscy bandyci są pamiętliwi. Niedawno spotkałem się – przez przypadek – z mężczyzną, którego rozpracowywałem jako przykrywkowiec. Powiedział: „Tomek, ja kradnę po to, żeby mieć pieniądze, ja z tego żyję. Ale jeśli porwą mi moje dziecko, to do kogo pójdę po ratunek? Oczywiście, do policji”. Czy się obawiam o swoje bezpieczeństwo? To nie handlarze narkotyków czy złodzieje samochodów są moim największym zagrożeniem.  lincz, którego doświadczam, kierowany jest przez środowiska polityczne i medialne. Okazało się, że są równi i równiejsi wobec prawa.


A.G.: O kim mówisz?


T.K.:  O przestępcach na najwyższych szczeblach władzy czy tych ulokowanych w środowiskach medialnych. Uzurpują sobie prawo do bycia bezkarnymi. To przecież jakiś absurd. Jednak nierzadko osoby te, w przeciwieństwie np. do handlarzy narkotyków, rzeczywiście mają wystarczające koneksje polityczne lub wpływy w mediach, by zadbać o swój wizerunek i skutecznie się bronić, przy okazji dyskredytując mnie jako funkcjonariusza.


A.G.: Myślisz, że łzawe wyznania rozpracowywanych przez ciebie pań wystarczyły, by cię zdyskredytować?


T.K.:  dwie panie? Oto na czym polega manipulacja – wszyscy zapamiętali tylko posłankę Beatę Sawicką i Weronikę Marczuk. Nikt jakoś nie wspomina o wielu innych osobach – choćby burmistrzu Helu czy prezesie Wydawnictw Naukowo-Technicznych – którym polski wymiar sprawiedliwości zdołał, także dzięki mojej pracy, postawić zarzuty karne. Niestety, część materiału dowodowego, który zebrałem, został – nie wiem dlaczego – zanegowany przez prokuraturę. Wracając do pytania... Tak, udało się mnie zdyskredytować, bo zabrakło odpowiedniej reakcji ze strony instytucji strzegących w naszym kraju prawa. Prosty przykład: jeśli „Gazeta Wyborcza” czy „Fakt” publikują moje zdjęcie z informacją, że tak wygląda państwowy funkcjonariusz działający pod przykryciem, to jest to przestępstwo, które stanowi potężne zagrożenie dla mojego bezpieczeństwa oraz skuteczności akcji prowadzonych przez innych funkcjonariuszy. Jednak prokuratura nie zareagowała na ten proceder.


A.G.: Być może trochę wbrew swoim intencjom stałeś się bohaterem prawicy.


T.K.:  Moją intencją była zawsze bezkompromisowa walka z przestępczością. Kiedy obserwuję działania moich byłych kolegów, a obecnie szefów CBA, to mam wrażenie, że miraże kariery przesłoniły im cele, którym mieli służyć.