Zabieg od wieków wygląda tak samo: do tylnego otworu ciała wtłacza się płyn w celu spowodowania wypróżnienia. Temat nie do dyskutowania na salonach? Wręcz przeciwnie. Historia lewatywy, zwanej z łaciny enema, enemata, klister albo klizma, stanowi nie tylko ważny rozdział dziejów medycyny. Pozwala także spojrzeć na dawne życie wyższych sfer od tej drugiej strony...

O wlewkach doodbytniczych wspomina już najstarszy tekst medyczny świata znany jako Papirus Ebersa, spisany około roku 1550 p.n.e. Nabył go niemiecki egiptolog Georg Ebers w 1873 r. od pewnego Araba, który twierdził, że znalazł zwój między nogami dobrze zachowanej mumii z Teb.

Zabalsamowany 4 tys. lat temu Egipcjanin prawdopodobnie zażywał lewatyw, a może nawet był… Pasterzem Odbytu? Tak nazwano stanowisko osoby odpowiadającej za prawidłowe aplikowanie lewatyw.

Specjalista musiał mieć pełne ręce roboty – w V w. p.n.e. Herodot wspominał, że Egipcjanie stosowali zabiegi przez kolejne 3 dni raz w miesiącu. Za obsługę samego faraona odpowiadał najwyżej osadzony w hierarchii specjalista w randze Strażnika Królewskiego Odbytu.

Medycznej procedurze dorobiono przy okazji boską otoczkę. Egipcjanie uważali, że zabieg pochodzi od świętego ptaka Ibisa. Gdy ten odczuwał dyskomfort, miał lecieć nad morze, czerpać wodę dziobem, po czym dzięki swej długiej szyi wstrzykiwać sobie płyn w anus.

Lewatywa dobra na wszystko już od starożytności

Zalety lewatywy doceniali Grecy, Rzymianie i inne kultury. Po wiekach w średniowiecznej Europie rozgorzał nawet spór o prawo do jej aplikowania. Ku irytacji lekarzy, we Francji w 1211 r. zezwolono na wykonywanie tego zabiegu zwykłym farmaceutom.

A w renesansie, w czasach rozkwitu medycyny, stosowali ją zarówno wiejscy felczerzy, jak i suto wynagradzani nadworni cyrulicy. Biedota korzystała ze zwierzęcych pęcherzy napełnianych wodą. Bogaci mieszczanie i szlachta używali coraz to wymyślniejszych przyrządów. Przypuszczalnie już od XV w. stosowano kolby strzykawkowe.   

W 1587 r. Heinrich Rantzau, niemiecki myśliciel, lekarz i humanista dowodził, że lewatywa pochodzi od… bociana. Reszta wywodu była identyczna z egipskim mitem o Ibisie, co stanowi ciekawy przykład toposu liczącego 3000 lat.  

„Nikt nie powinien się powstrzymywać przed tą wspaniałą i użyteczną procedurą – zachęcał Rantzau w swych pismach – jest najbezpieczniejszym z zabiegów leczniczych, które można stosować bez ryzyka co tydzień z korzyścią dla pacjenta. Zmiękcza i nawilża stolec, czyści i myje wnętrzności i może być stosowana w dowolnej chorobie, aby przywrócić siłę i zdrowie”.

Friedrich Hoffmann z Halle, sławny medyk XVII-wiecznych Niemiec, zalecał używanie lewatyw dla wielu schorzeń, nawet prozaicznych. „Leczenie każdego bólu głowy, niezależnie od przyczyny, należy zacząć od wlewki doodbytniczej” – pisał. On do lewatyw polecał ciepły olej oraz wodę z syropem z prawoślazu lekarskiego. Ale w zależności od schorzenia zalecano wtedy wprowadzać do odbytu m.in. oliwę, olejek różany, ocet, kleik owsiany, wino, mleko, żółtka jaj. Na kiłę zalecano zaś wlewkę z roztworu rtęci!

Lewatywa znalazła się nawet na służbie psychologii. Angielski lekarz Robert Burton w monumentalnej „Anatomii melancholii” (1651 r.) stwierdzał, że „aplikowana w podrzędne miejsce (...) enema jest używana i zalecana dla pozbycia się melancholii w szeregu przypadków”.

Uznano, że zbite odchody blokujące jelito stanowią istotne zagrożenie dla zdrowia, a nawet życia. Wśród śmietanki towarzyskiej rozwinęła się moda na oczyszczanie jelit. Powstała nawet swoista rywalizacja w rozwiązywaniu „problemów kałowych” i doskonaleniu praktyki „klisteryzacji”.

Lewatywa zaczęła zapewniać temat do dyskusji i swoistą rozrywkę, co doprowadziło do apogeum popularności zabiegu na przełomie XVII i XVIII w. Ten czas przeszedł do historii jako „złoty wiek lewatywy”.

Stolce Króla Słońce, czyli lewatywa dworska za czasów Ludwika XIV

We Francji, kolebce kultury europejskiej i nowych prądów społecznych, zabieg enemy szczególnie docenili panujący. Kiedy król Ludwik XI doznał w 1480 r. udaru mózgu, stan władcy poprawił się ponoć dopiero po zaaplikowaniu lewatywy wykonanej przez nadwornego lekarza Angelo Catho. „Król stał się tak gorącym orędownikiem clyster, że zarówno on, jak i jego psy domowe, kiedy uznał, że tego potrzebują, zabieg otrzymywały” – zanotowały kroniki.

Ludwik XIII (panujący w latach 1610–1642) cenił zwłaszcza lewatywy wykonywane mlekiem migdałowym. W ciągu jednego tylko roku miał 212 takich zabiegów, czyli musiał z nich korzystać 4–5 dni w tygodniu. Szara eminencja tamtych czasów, kardynał Richelieu, również nie stronił od aplikacji płynów w „podrzędne miejsce” – używał do tego celu dedykowanej, bogato inkrustowanej pompo-strzykawki wykonanej ze srebra.

Jednak to słynny francuski Król Słońce Ludwik XIV (1643–1715) uczynił z lewatywy element dworskiego rytuału. Szacuje się, że budowniczy pałacu w Wersalu mógł zaznać w swoim życiu dobrych kilku tysięcy takich zabiegów. Podczas posiłków zdarzało się, że król przerywał ucztę, aby udać się do swoich prywatnych apartamentów na lewatywę, a następnie ponownie dołączał do dworzan. Spotkania oficjalne były zapewne mniej krępujące niż posiłki, gdyż król niekiedy przyjmował gości podczas enemy.

Wraz z władcą „klisteryzował” się cały dwór. Damy powszechnie uważały, że enema dobrze robi na cerę. W przypadku służby uzasadnienie było inne: oczekiwano, że panny służebne raz dziennie będą poddawane lewatywie po to, by nie musiały przerywać swej pracy wizytami w toalecie.

Do regularnych zabiegów używano strzykaw odpowiednich do statusu społecznego. Możni posiadali przyrządy wykonane ze srebra lub kości słoniowej. Zwykli dworzanie korzystali z cynowych. Do poważniejszych królewskich lewatyw używano aparatury przypominającej dzisiejsze kroplówki. Zawieszony zbiornik grawitacyjnie wlewał płyn w tylny otwór ciała, zaś przepływ regulowany był zaworem.

Aby nadać lewatywie pewien stopień wytworności, arystokracja używała płynów perfumowanych różą, pomarańczą lub dzięgielem, często barwionych. Lewatywę wykonywano w najbardziej zaskakujących sytuacjach. Filozof i pisarz Henry Saint-Simon, przytaczał taką oto anegdotę z balu na dworze Króla Słońce:

„Księżna de Bourgogne, w wieczorowej sukni i klejnotach, stała plecami do kominka i opierała się o mały składany parawan. Nanon, jej służka, trzymając rękę pod suknią swej pani, klęczała za nią. Widząc to, król zapytał, co robią. Księżna zaśmiała się i powiedziała, że robi to, co król robił podczas wieczorów teatralnych. Król nalegał.  

– Czy naprawdę król pragnie wiedzieć? – zapytała księżna – Wasza mość nie raczył zauważyć, iż biorę lewatywę.
– Co?! – zawołał król Francji – Czy to znaczy, że bierzesz lewatywę tuż przed naszym obliczem?
– Zgadza się – odpowiedziała.
– Jak ty to robisz?

Gdy król zaspokoił ciekawość, wybuchli oboje serdecznym śmiechem. Księżna wyjaśniła, że Nanon przyniosła strzykawkę przygotowaną pod fartuchem, podniosła spódnicę, zaś księżna udając jakby ogrzewała się ogniem kominka, przyjęła dyszę w miejsce ustronne. Inni obecni na balu zaś myśleli, że Nanon naprawia suknię księżnej”.

Remedium na apetyt

Skąd się wzięła tak zawrotna kariera lewatywy w epoce Króla Słońce? „A co oni jedli?” – zwraca uwagę prof. Krzysztof Bielecki, znany polski chirurg i proktolog.

Okazuje się, że obsługą królewskiego żołądka zajmowało się stale 300 osób: dostawców, rzeźników, ogrodników, kucharzy i służących. Dzień w Wersalu zaczynał się od lekkiego śniadania, po którym przychodził solidny obiad. Prawdziwy posiłek startował jednak późnym wieczorem, gdy w towarzystwie gości król zasiadał do kolacji zwanej La Grand Couvert.

Składała się z 20 do 30 dań. Na przystawkę podawano bażanty, owoce morza, zupy i pasztety. Następnie wjeżdżały stosy pieczystego z indyka, wieprzowiny, baraniny, kaczki, dzika, saren, jeleni i wołowiny wraz z piramidami z warzyw i ryżu. Regularnie podawano ostrygi, łososia oraz sardynki. Niekiedy serwowano żółwie.

Królewski apetyt był legendarny. Szwagierka króla, księżniczka Palatine, relacjonowała, że władca „mógł zjeść cztery talerze zupy, całego bażanta, przepiórkę, duży talerz sałaty, dwa kawałki pieczeni wieprzowej, baraninę duszoną z czosnkiem, talerz wędlin, po czym przejść do owoców i jajek na twardo”. Uczta kończyła się około 22.30, gdy król spożywał deser z kandyzowanych owoców. Do posiłków władca pił wino lub szampana w dowolnych ilościach.

Kiedy król Ludwik XIV umarł, stwierdzono, że posiadał żołądek dwukrotnie większy niż przeciętny człowiek. „Otyli ludzie mają tendencję do zaparć – kwituje prof. Bielecki. – Przy takim stylu odżywiania trzeba było je zwalczać. Każdego pacjenta pytam, ile pije płynów, ile spożywa żywności bogatej w błonnik i jak często się rusza. Nie stosując się do zaleceń, każdy naraża się na poważne problemy z wydalaniem” – przestrzega lekarz.

Terapia doktora Kellogga, czyli lewatywa w czasach współczesnych

W XIX w. lewatywa była nadal powszechną metodą leczniczo-profilaktyczną, urozmaicaną przez wprowadzanie w wiadomy otwór roztworu kawy czy oparów tytoniowych (próbowano tak nawet ratować topielców!). Dopiero około 1867 r. zaczęto odchodzić od doodbytniczego stosowania tytoniu, bo uznano ten zabieg za wręcz niebezpieczny.

U progu XX w. umacniał się pogląd, że częste stosowanie lewatywy jest niewskazane. Naturalne wydalanie wracało do łask. Nie przeszkodziło to jednak, by lekarz z USA John Harvey Kellogg wypromował intensywne płukanki odbytnicy i jelita grubego. Działające w latach 1876–1943 jego sanatorium Battle Creek mogło gościć nawet 2000 gości naraz, poddawanych m.in. regularnym lewatywom z użyciem 15 litrów płynu na minutę aplikowanego za pomocą specjalnych pomp!

Gośćmi ośrodka dr. Kellogga byli Thomas Edison i Henry Ford. Jego dziwaczne terapie pokazał m.in. Alan Parker w filmie „Droga do Wellville” (1994), gdzie demonicznego doktora zagrał Anthony Hopkins. Sam Kellogg przeszedł do historii jako twórca płatków kukurydzianych, bez których wielu z nas nie wyobraża sobie śniadania.

Dopiero po II wojnie światowej lewatywa ostatecznie przestała być modna. Specyficzna obsesja na jej punkcie pozostawiła jednak widoczne dziedzictwo. Wiele przyrządów medycznych pozwalających dziś zajrzeć w głąb ciała wywodzi swój rodowód właśnie od tego zabiegu. Wszelkie wzierniki, endoskopy, proktoskopy, rozszerzacze i cewniki pochodzą w mniejszym lub większym stopniu od dawnych przyrządów do lewatywy.