Znów, jak co roku, w ostatnią sobotę października zmienimy czas na zimowy. Rano będzie robić się o godzinę jaśniej, ale wieczorem zmierzch nastanie godzinę wcześniej. Z pozoru to niewielka zmiana. Jednak nasze zegary biologiczne źle na nią reagują.

Owszem, będziemy mogli pospać godzinę dłużej (wskazówki zegarów przestawimy z trzeciej nad ranem w niedzielę z powrotem na drugą). Spójrzmy jednak na biologiczny zegar dzieci (i zwierząt), które żyją według rytmów dobowych, a nie zegarów. Zaczną nas budzić godzinę wcześniej, bo ich dobowy rytm się nie zmieni. Zmieni się tylko czas urzędowy.

Nawet dla dorosłych, przyzwyczajonych już do zmiany czasu, nie jest to łatwe. Ze statystyk wynika, że na wiosnę (gdy w ostatni weekend marca przestawiamy zegary z wybiciem drugiej w nocy od razu na trzecią), przez kolejne dni po zmianie czasu jest więcej zawałów serca i wypadków drogowych. Rośnie też ryzyko udaru mózgu. A przecież to tylko jedna godzina snu mniej i to tylko przez jeden dzień.

Skąd w ogóle pomysł na zmianę czasu?

Powodem, dla którego wprowadzono zmianę czasu, była chęć oszczędności energii elektrycznej podczas I wojny światowej. W Rzeszy, sprzymierzonych Austro-Węgrzech i w krajach okupowanych wprowadzono wtedy czas letni, by móc dłużej cieszyć się długimi letnimi dniami i zużywać mniej prądu wieczorem.

Dlaczego nie przesunięto czasu na stałe? Zimą czas letni oznaczałby późniejszy wschód słońca według czasu urzędowego, zużywano by więc więcej prądu zimą. Poza tym zimowe dni i tak są za krótkie – i zbyt pochmurne – by dodatkowa godzina słońca po południu dała oszczędności.

Zwyczaj ten utrzymał się w większości krajów europejskich po I wojnie – choć w Europie z przerwami. Czasu na letni nie zmienialiśmy w latach 1950-1956 ani 1965-1976. Czas letni stosowany jest w prawie 70 krajach na świecie. Zmiany czasu w Europie nie przeprowadzają tylko Islandia, Rosja i Białoruś.

Dlaczego nadal zmieniamy czas dwa razy do roku?

Dlaczego zmiany czasu utrzymują się nadal, mimo tego, że są kłopotliwe i szkodzą zdrowiu? Głównie dlatego, że trudno się zdecydować, który czas wybrać. Unia Europejska chciałaby zmianę zlikwidować. Nie sugeruje jednak, przy którym czasie mielibyśmy pozostać. Każde państwo ma samo zdecydować, czy pozostanie na stałe przy czasie letnim, czy zimowym.

Trudno byłoby pożegnać się z czasem letnim i późnymi zachodami słońca. Z biologicznego punktu widzenia cenniejsze jest światło rano – mówi prof. Erik Herzog, biolog z Washington University w St. Louis i były przewodniczący stowarzyszenia badaczy rytmów biologicznych (Society for Research on Biological Rhythms).

Prof. Herzog tłumaczy, że poranne światło reguluje nasze biologiczne zegary, pobudzając organizm do działania. Natomiast późne, wieczorne światło, przestawia te zegary tak, że zaczynają się spóźniać. Wówczas idziemy spać, gdy już dawno jest ciemno, a potem budzimy się długo po wschodzie słońca. To sprawia, że trudno jest nam funkcjonować bez budzika. Z punktu widzenia biologii lepszy będzie taki czas urzędowy, gdy wchód słońca następuje wcześniej. Czyli zimowy.

Polacy przeciwni przejściu na stałe na czas zimowy

Taki pomysł odrzuciłaby większość Polaków. Z ankiety prowadzonej przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii wynika, że zmian czasu ma co prawda dość aż 78 proc. badanych. Jednak znakomita większość z nich, nieco ponad 74 procent, wolałaby pozostać przy czasie letnim. Pozostanie przy czasie zimowym chętnie widziałoby tylko niespełna 15 proc. badanych (co dziesiąty nie miał na ten temat zdania).

Który czas jest „naturalny”? Taki, w którym słońce góruje nad daną miejscowością w południe. W centralnej Polsce zimą południe słoneczne wypada około 11:30, latem godzinę później. Jesteśmy więc w rozkroku między czasem letnim a zimowym. Trudno będzie coś z tym zrobić.

Jeśli pozostaniemy przy czasie letnim zimą, słońce będzie wschodziło co prawda później, między 8 a 9 rano. Ale za to większość z nas będzie mogła wrócić z pracy jeszcze przy naturalnym świetle.

Źródła: Washington University St. Louis, Money.pl.