Usiadłam kiedyś i ze łzami w oczach obserwowałam, jak rodzina słoni wróciła do miejsca, gdzie wcześniej pozostawiła słoniątko. Było ono zbyt słabe, by wstać i pójść za nimi” – tak Natasha Breed opisuje w internetowym „BBC News Magazine” swoje wrażenia z pobytu w Kenii. „Wkrótce zmarło. Czułość i smutek emanujące z zatroskanego stada słoni, gdy łagodnie dotykały wrażliwymi trąbami szare, martwe ciałko, były jedną z najbardziej poruszających scen, jakie widziałam w życiu”. Taka sytuacja nie jest czymś niezwykłym. Gdy słonie natkną się na szkielet przedstawiciela swego gatunku, często zatrzymują się i go badają. Czasami podniosą jakąś kość i delikatnie przenoszą w inne miejsce.

Zapewne takie obserwacje dały początek opowieściom o cmentarzach słoni. Zwierzęta, które są bardzo stare lub ciężko chore, mają wyruszać do sekretnego miejsca. Tam umierają, dokładając swój szkielet do licznie już zgromadzonych. Zdarza się, że ich rodzina pozostaje z nimi do końca, a po ich śmierci lamentuje oraz grzebie zmarłego, układając na jego ciele gałęzie.

Choć te opowieści brzmią wzruszająco i wiarygodnie, naukowe badania nie potwierdziły istnienia cmentarzy słoni. Rytuał układania gałęzi na zmarłych członkach stada czy też przenoszenia kości w nowe miejsca nie jest też tak stały i regularny, jak uważają miłośnicy trąbowców. Zresztą nawet jeśli się zdarza, to daleko mu do ludzkiego obyczaju zakopywania zmarłych głęboko pod ziemią. Są jednak zwierzęta, które naprawdę grzebią zwłoki.

Dokarmianie w krypcie

Ich nazwa doskonale pasuje do obyczajów: grabarze. „W odróżnieniu od ludzi, którzy na ogół grzebią tylko osobniki własnego gatunku oraz te zwierzęta domowe, które stały się namiastkami ludzi, owe chrząszcze grzebią najrozmaitsze ptaki i ssaki, ale nigdy nie czynią tego z okazami własnego rodzaju” – pisze Bernd Heinrich w książce „Wieczne życie”. Długość ciała grabarza nie przekracza 35 mm. Mimo to, jak opisuje prof. Marek W. Kozłowski w atlasie „Owady Polski. Chrząszcze”, owady te zakopują zwłoki „w ciągu kilku godzin na głębokość 10–30 cm, po czym formują pod ziemią kryptę, w której zamieniają trupka w jajowaty twór po-zbawiony włosów czy piór”.

Cel tej skomplikowanej operacji jest oczywiście całkiem inny niż u ludzi. Grabarze zakopują zwłoki, by ukryć je przed konkurentami. Martwe zwierzę jest bowiem – jak to ładnie określa prof. Kozłowski – „bardzo pożywną i bezbronną grudką materii, doskonałą do wykorzystania na pokarm dla siebie lub swojego potomstwa”.

Chrząszcze chcą mieć pewność, że nikt im go nie sprzątnie sprzed nosa i mają na to swoje sposoby.

Po „pogrzebie” spryskują zwłoki płynem wydzielanym z odbytu, który powstrzymuje procesy gnilne. Innymi słowy: chroni przed konkurencją ze strony bakterii. Następnie samica składa jaja w glebie wokół padliny. Gdy wyklują się z nich larwy, są dokarmiane przez matkę, a czasem też i ojca. Potomstwo dostaje mięso, które rodzice sami najpierw wyszarpią ze zwłok, a następnie przeżują i lekko nadtrawią. Starsze larwy mogą się żywić same, ale dorośli często nadal je dokarmiają metodą „usta-usta”.

Grabarze potrafią też sprawić, że choć ich podziemna krypta kryje zwłoki, to w ogóle nie pachnie. Dzięki temu żadne inne owady czy kręgowce nie są w stanie wykryć tej góry po-żywnego mięsa. A przyroda aż roi się od chętnych na padlinę.