Po raz pierwszy Polacy mieli okazję poznać tak szczegółowo stan zdrowia swojego przywódcy. W poniedziałek, 21 grudnia 1970 roku, „Trybuna Ludu” napisała: „Od kilku tygodni wystąpiły u Władysława Gomułki zaburzenia w zakresie układu krążenia, powodujące przemijające zakłócenia sprawności widzenia. […] 19 grudnia w godzinach rannych powyższe dolegliwości pojawiły się ponownie w stopniu nasilonym. Rozpoznano podwyższenie ciśnienia tętniczego, zaburzenia krążenia prowadzące do przejściowego upośledzenia widzenia oraz stan ogólnego przemęczenia. Konsylium zaleciło kontynuowanie leczenia szpitalnego. Leczenie będzie wymagało dłuższego okresu czasu”.

Z powyższą notatką sąsiadowały gratulacje dla nowo wybranego I sekretarza Edwarda Gierka. Jednak po dziesięciu latach także jego zdrowie nadwyrężyły trudy władzy. „W dniu 5 września 1980 r. w godzinach rannych u pierwszego sekretarza KC PZPR wystąpiły poważne zaburzenia czynności serca. Konsylium lekarskie uznało za konieczne leczenie w szpitalu” – zawiadomiła „Trybuna Ludu”, obwieszczając zarazem wybór Stanisława Kani na stanowisko przywódcy partii.

NIEPARZYŚCI KONTRA PARZYŚCI


Podczas gdy w demokracjach parlamentarnych ustąpienie prezydenta lub premiera zawsze rozgrywa się w konwencji politycznego show, w PRL działo się dokładnie na odwrót: o wymianie rządzącej ekipy Polacy dowiadywali się z lakonicznych komunikatów. Gdy dochodziło do przesilenia, gazety – zamiast, jak zwykle, streszczać przebieg partyjnych narad i konferencji – całą uwagę poświęcały kryzysowi we Francji lub napiętej sytuacji w Wietnamie. Kulisy przewrotów pałacowych stanowiły pilnie strzeżoną tajemnicę systemu.

Naturalnie to, co nieobecne w propagandzie, stanowiło temat plotek i dowcipów. Możliwy upadek panującego przywódcy partii i kwestia tego, kto obejmie po nim schedę, rozpalały wyobraźnię Polaków. Gdy w marcu 1968 roku studenci skandowali hasła na cześć Praskiej Wiosny, ulica ukuła powiedzonko: „Cała Polska czeka na swego Dubčeka, ale chodzi szmerek, że to będzie Gierek”. Dwa lata później, kiedy kierownictwo partii po protestach na Wybrzeżu w popłochu zwoływało Plenum KC, warszawiacy opowiadali sobie dowcip: „Jaki komunikat nadają megafony na Dworcu Głównym, gdy podjeżdża pociąg z Katowic [gdzie Gierek był szefem organizacji partyjnej]? Proszę odsunąć się od stanowisk...”.

Przez kolejne dekady PRL oficjalne media kreowały mit o nieomylności kierownictwa, a zwłaszcza o pełnym i bezwarunkowym poparciu, jakim cieszy się ono ze strony społeczeństwa. Kryzysy polityczne targające krajami kapitalistycznymi nie mogły – w myśl tej logiki – przydarzyć się w socjalizmie, w którym nie zachodził konflikt interesów między władzą i społeczeństwem. Swobodną grę sił politycznych zastąpiono dyktaturą proletariatu. Upadek „pierwszego” zaprzeczał dogmatowi mówiącemu, że trwałość systemu zasadza się na niezmienności przywódców.

Nic dziwnego, że komunistyczna propaganda dokonywała nadludzkich wysiłków, aby powtarzające się konwulsje systemu przedstawić jako wyraz politycznej mądrości PZPR. Jacek Fedorowicz pisał w latach 80. w podziemnej prasie o „konieczności zachowania czegoś w rodzaju dobrego imienia dynastii”. Ironizował: „O władcy poprzednim trzeba mówić źle, bo przecież zastąpiło się go dla dobra klasy robotniczej, nie można jednak mówić źle o wszystkich poprzednikach, bo wynikałby z tego nieciekawy obraz władzy jako całości. Mówi się więc źle zawsze o poprzedniku, czyli o ostatnim, a dobrze o przedostatnim. Licząc w tył, władcy dzielą się na nieparzystych i parzystych. Nieparzyści są źli, parzyści dobrzy. Z tego niepodważalnego prawa wynika, że dobrze o Gierku i Jaroszewiczu będą z pewnością mówić następcy dzisiejszej ekipy. A co będą mówili o sprawującej właśnie władzę, to aż się boję powiedzieć”.

Zmiany u steru partii i państwa odbywały się w PRL najczęściej spośród wszystkich państw bloku. Większość szefów partii komunistycznych sprawowała funkcję nie krócej niż przez dwie dekady, niewątpliwym rekordzistą był Todor Żiwkow, który przez prawie 40 lat stał na czele państwa bułgarskiego.

Sytuacja Polski była na tym tle wyjątkowa. Po roku 1944 do zmiany na stanowisku I sekretarza doszło aż sześciokrotnie (było w sumie siedmiu „pierwszych”). Tylko raz – mowa o śmierci Bolesława Bieruta w 1956 r. – u podstaw tego wydarzenia nie leżał kryzys polityczny. Władysław Gomułka (w 1970 r.) i Edward Gierek (w 1980 r.) stracili władzę w wyniku masowych protestów społecznych, które zachwiały stabilnością państwa. Na dobrowolne dymisje Edwarda Ochaba i Stanisława Kani (w 1956 i 1981 r.) wpłynął z kolei brak poparcia ze strony większości członków Komitetu Centralnego, a także zwykły strach przed wzięciem odpowiedzialności za państwo, które zdawało się stać na skraju wojny domowej.

Dopiero protokoły i stenogramy posiedzeń najwyższych władz partii – wydobyte z kas pancernych na początku lat 90. – rzucają światło na kulisy wewnątrzpartyjnych rozgrywek. W połączeniu z publikowanymi na przestrzeni ostatnich lat dziennikami i wspomnieniami peerelowskich dygnitarzy pozwalają odtworzyć okoliczności, w jakich komunistyczni przywódcy schodzili ze sceny; pokazują ostatnie godziny spędzone przez nich w „Białym Domu”, czyli Domu Partii.

Rywalizacja o przywództwo odbywała się w PZPR w całkowitym oderwaniu od jakichkolwiek spisanych praw. Od roku 1952, kiedy zniesiono prezydenturę, oficjalny tytuł głowy państwa, używany także podczas wizyt zagranicznych, brzmiał: „I sekretarz Komitetu Centralnego PZPR”. Problem w tym, że takie stanowisko formalnie nie istniało. Nie wspominała o nim nie tylko konstytucja, ale nawet statut PZPR. Najwyższy dostojnik PRL, podobnie jak wódz w państwach plemiennych, sprawował władzę w oparciu o prawo zwyczajowe.