Jak on mnie denerwuje! Jakaż ona jest irytująca! Ta sytuacja doprowadza mnie do szału! – tak często podsumowujemy nieprzyjemne doświadczenia związane z własną złością. Niewielu z nas potrafi zarządzać swoim stanem emocjonalnym. Tempo życia i poziom stresu nie sprzyjają autorefleksji i wyciszeniu, a zmęczenie powoduje, że nasza wewnętrzna odporność emocjonalna jest niższa niż wtedy, kiedy mamy czas, aby zadbać o równowagę, relaks, przyjemności i zabawę. 

Może właśnie dlatego coraz więcej osób interesuje się zarządzaniem emocjami. To temat poruszany w każdym procesie coachingowym i na coraz większej liczbie warsztatów, zamawianych przez firmy, które mają pomóc przemęczonym pracownikom i zestresowanym menedżerom.

Opóźniona eksplozja

To wszystko, co w zwykłym życiu doprowadza nas do zdenerwowania, irytacji, złości, czasem wściekłości, a nawet szału, wydaje się przerastać naszą możliwość opanowania. I słusznie. Opanowanie złości nie polega na zablokowaniu jej ujścia, bo takie działanie ma przeważnie mocno destrukcyjne długofalowe skutki. Niewyrażona złość, zgodnie z wynikami badań psychologicznych, może prowadzić do kumulacji emocji i opóźnionego wybuchu ze zwielokrotnioną siłą. Działa tu kilka mechanizmów. Po pierwsze, mechanizm przeniesionej agresji, czyli poszukania sobie tzw. bezpiecznego obiektu do wyładowania się: skoro zirytował mnie szef, a nie mogę mu podskoczyć, to przerzucam swoje wkurzenie na osobę, wobec której takie zachowanie ujdzie mi płazem. Często wybieramy kogoś obcego, przypadkowo spotkanego: niesympatyczną panią w sklepie lub kierowcę, który wcisnął się w kolejkę aut. Bywa też, niestety, że jest to osoba z kręgu najbliższych – skoro kocha, to wybaczy. I w ten sposób przenosimy stresy z pracy do domu.

Kolejny mechanizm to nadreaktywność – dużo stłumionej złości może spowodować, że staniemy się „nie w pełni sobą”: nerwy mamy na wierzchu i byle błahostka nas irytuje, znajomi nas nie poznają i my sami siebie też. Dopóki nie przepracujemy świadomie i spokojnie jakiegoś istotnego źródła złości, dopóty nasza nerwowość będzie doskwierać i nam, i naszemu otoczeniu. 

Następnym mechanizmem jest nieadekwatna reakcja – niewyrażona wielokrotnie złość wzbiera i wzbiera, aż któregoś razu dowolna, niezbyt istotna przyczyna wywołuje nadmierny, przesadzony skutek, np. furię po niewinnej (setnej) prośbie o drobną przysługę. Wówczas otoczenie przyzwyczajone do tego, że zwykle reagujemy kompletnie inaczej, stwierdzi: „Ale mu odwaliło i to bez powodu!” lub „Całkiem zwariowała – wściekła się o byle co!”. 

To jeszcze pestka – bo trzy najniebezpieczniejsze mechanizmy wynikające z zablokowania złości prowadzą do destrukcyjnych lub autodestrukcyjnych reakcji i przed nimi naprawdę warto (i można) się chronić. Pierwszym jest działanie w amoku, czyli akt agresji, do którego nie bylibyśmy zdolni, gdyby nie wielokrotnie hamowana złość. Często po takim napadzie człowiek marzy o tym, aby cofnąć czas i zmienić to, co zaszło, oraz dziwi się samemu sobie: jak to w ogóle było możliwe? Nigdy by nie podejrzewał siebie o zdolność do takich zachowań. 

 

Drugi, tym razem autodestrukcyjny mechanizm, to somatyzacja emocji, czyli znane od lat 60. zeszłego stulecia (badania Hansa Selye’go) procesy powstawania chorób psychosomatycznych na tle emocjonalnym: od wrzodów poprzez egzemy skórne aż po nadciśnienie, wylewy, zawały, a nawet nowotwory. Trzeci (także autodestrukcyjny) to mechanizm eskapistyczny: ucieczka od odczuwania, od odpowiedzialności, od samego siebie w narkotyki, alkohol – substancje psychoaktywne mające stłumić ból istnienia, które może i chwilowo znieczulają, jednak de facto utrudniają znalezienie konstruktywnego wyjścia z sytuacji.

Wolność emocjonalna

Istnieje sposób, by wyrwać się z tej pułapki. Potrzeba trochę wiedzy, przećwiczenia paru umiejętności, ale przede wszystkim gotowości do zmiany własnej świadomości. W wolności emocjonalnej utrzymuje tylko praktykowanie uważnego kontaktu z własnymi potrzebami i wartościami. Panowanie nad własną złością polega – tak jak w aikido – nie na jej hamowaniu, walczeniu z nią, lecz na świadomym przekierowaniu wzbudzonej, często jakże silnej energii, ku konstruktywnemu celowi. Jak to zrobić? Pomaga w tym zrozumienie mechanizmów związanych z psychofizjologią i neurokognitywistyką – wówczas jest to możliwe, a po odpowiednim treningu nawet całkiem proste.

To my jesteśmy właścicielami własnych emocji, a uznanie, że ktoś nas denerwuje lub coś nas wkurza, jest wyrazem naszej chwilowej nieumiejętności zapanowania nad własnym stanem, wynikającym z poczucia bezradności wobec tego, co się dzieje. 

Ten stan pojawia się, gdy rzeczywistość jest niezgodna z naszymi oczekiwaniami, dążeniami, założeniami, przekonaniami lub nawet wartościami – co można podsumować hasłem: „Tak nie powinno być!”. Dlatego ważnym krokiem do wyzwolenia samego siebie z okowów złości jest zrozumienie, że sami jesteśmy nie tylko właścicielami, ale wręcz autorami własnych emocji. Warto też zauważyć, że uznanie, iż świat zewnętrzny może sterować naszymi emocjami, bywa wygodną dezercją od odpowiedzialności za swój stan i reakcje.

Jeżeli czytając te słowa, odczuwasz zirytowanie: „Jak to! To przecież on/ona/to mnie wkurzyło!”, wiedz, że uznając determinujący wpływ innych ludzi lub sytuacji bezpośrednio na twoje emocje, nie tylko przerzucasz na nich winę, ale też rezygnujesz z możliwości wpływania na siebie, czyli z możliwości wyboru. Niby mała, ale jakże istotna zmiana zaczyna się już na poziomie lingwistyki: „To ja się złoszczę, kiedy on to robi”, „Gdy na nią patrzę – to ja odczuwam irytację”, „Kiedy tak się dzieje, czuję, jak narasta w  mnie wściekłość”. To zaledwie pierwszy drobny kroczek, ale jakże wyzwalający. Pozwala się uwolnić od roli ofiary zewnętrznych czynników i czyni z nas kreatora własnego wewnętrznego stanu, własnych reakcji i własnych działań. Naturalnie to, co robi druga osoba, nie jest bezpośrednio w kręgu naszego wpływu, natomiast nasza reakcja na to, co się dzieje, oraz świadoma decyzja (a nie odruchowy impuls), co postanawiamy w  związku z tym zrobić – już tak. Ta mała przestrzeń pomiędzy bodźcem a reakcją jest przestrzenią naszej wolności.

 

Jednocześnie, szanując wolną wolę drugiego człowieka, nie możemy stać się „władcą marionetek” i – pociągając za odpowiednie sznureczki – decydować, jak ktoś ma się zachować. Niektórzy próbują to osiągnąć, czy to przemocą, czy przekupstwem, czy też manipulacją i sterować zachowaniem innych. Działa to na krótką metę, niszczy zaufanie i wymaga tak wielkiego wysiłku i ciągłej kontroli wszystkiego dookoła, że jest ostatecznie wykańczające i autodestrukcyjne. 

Nawet bardzo świadoma osoba czasem wpada w sidła własnej złości i wówczas to, jak długo będzie ją odczuwać, zależy od jej umiejętności posługiwania się konkretnymi narzędziami coachingowymi. Trzeba wiedzieć, że nieco inne techniki stosuje się, kiedy bezpośrednio odczuwamy wściekłość, a inne, kiedy możemy cierpliwie popracować nad przyczynami złości. Rozwój osobisty stopniowo, krok po kroku, rok po roku, doświadczenie po doświadczeniu, prowadzi do stanu, w którym rzeczy, jakie niegdyś nas irytowały, nie wzbudzają już nieprzyjemnych emocji. Nadajemy im inne znaczenie, wyrastamy ponad nie. Jeżeli ten proces nie zachodzi samoistnie wraz ze stopniowo osiąganą dojrzałością i mamy poczucie, że zablokowaliśmy się w jakimś powtarzającym się schemacie emocjonalnym, można skorzystać z pomocy coacha. Trzeba też zdawać sobie sprawę z poziomu problemu, ponieważ w pewnych sytuacjach urazy emocjonalne i traumy są na tyle poważne, że nie nadają się do pracy coachingowej, tylko warto je przepracować z doświadczonym psychoterapeutą. 

Wulkany i gejzery

Złość – cała jej skala, od lekkiej irytacji do ekstremalnej furii i szału – nie jest emocją, z którą można racjonalnie pracować, ponieważ jest to emocja wtórna, efekt innych, wcześniejszych uczuć, zwanych emocjami pierwszego rzędu. Złość wybucha jak wulkan, a poprzedza ją poczucie bezsilności, braku wpływu, będące katalizatorem eksplozji. Dopóki mogę cokolwiek zrobić, dopóty nie tracę energii na wściekanie się. Tylko wówczas, kiedy mam poczucie, że nic się nie da zrobić – wybucham. Z tego względu inne techniki stosuje się w wypadku różnego natężenia nagle odczuwanej wściekłości, a inne gdy pracujemy z emocjami pierwszego rzędu, takimi jak: strach, wstręt, gniew, poczucie krzywdy, smutek, wstyd i frustracja. W tym drugim przypadku, dopóki wymienione emocje nie zostaną zrozumiane i spożytkowanie do podjęcia koniecznych działań, będą skutkowały powracającymi atakami furii. 

Doraźnie można, a czasem wręcz trzeba leczyć „objawowo”, zajmując się samą złością, jednak dopiero leczenie „przyczynowe” – prowadzące do wyzwolenia i uleczenia źródłowych emocji pierwotnych – przynosi trwały efekt. Kiedy odczuwamy wściekłość i serce wali w tempie ponad 150 uderzeń na minutę, to z całą pewnością przetwarzanie informacji przez mózg ulega na tyle poważnym zakłóceniom, że nie jesteśmy w stanie myśleć logicznie i podejmować żadnych racjonalnych decyzji. Mówiąc wprost: w takim stanie nie mamy właściwego kontaktu z rzeczywistością i nie możemy adekwatnie oceniać sytuacji. Na taki stan jedynym remedium jest przerwanie trudnej sytuacji, na przykład zawieszenie kłótni na czas określony i umówienie się na spokojne dokończenie rozmowy wówczas, kiedy obie strony będą w lepszym stanie emocjonalnym. Także w sytuacjach zawodowych, np. w negocjacjach, czasem warto zdecydować się na przerwę (tzw. wyjście na galerię) w razie impasu emocjonalnego.

Wówczas najlepiej będzie zadbać o własną psychofizjologię – czyli zatroszczyć się o swój organizm na poziomie autonomicznego układu nerwowego. Świadome, spokojne oddechy, które mają zwykłą fazę wdechu i dwukrotnie wydłużony wydech, mogą przynieść widoczną ulgę już po minucie. W uspokojeniu pomaga też przerzucenie uwagi na coś kompletnie innego: liczenie do dziesięciu jest zbyt proste – możemy w myślach liczyć i nadal się wkurzać, ale czytanie frapującej książki, oglądanie wciągającego filmu, praca w ogródku, sprzątanie lub skupienie na rozwiązywaniu skomplikowanych zadań intelektualnych może przynieść zamierzony efekt. Różni ludzie mają odmienne metody, które w ich przypadku najlepiej się sprawdzają.

 

Fale złości i radości

Nie ma dobrych ani złych emocji – wszystkie są funkcjonalne (czyli użyteczne). Ale bywają przyjemne i nieprzyjemne (tak subiektywnie je odczuwamy), adekwatne lub nieadekwatne (chodzi o subiektywne rozumienie sytuacji, która je wyzwoliła).

Celowo piszę „wyzwoliła”, a nie „spowodowała”, bo jak już wiemy, to nie sytuacje powodują nasze emocje, tylko na skutek bodźców, którym nasz umysł nadaje znaczenie, emocje się w nas wyzwalają. 

Gdyby istnienie emocji nie było z punktu widzenia ewolucji przydatne, już dawno działalibyśmy jako racjonalne cyborgi mające umiejętności niczym niezakłóconego przetwarzania danych i wyciągania w pełni logicznych wniosków z uzasadnionych przesłanek. Skoro emocje nadal istnieją, wpisane nie tylko anatomicznie w budowę mózgu, ale i fizjologicznie w funkcjonowanie całego organizmu, muszą spełniać istotne gatunkowo i indywidualnie funkcje. Dzięki nim chronimy swoje życie, tworzymy wspólnoty, ale też dajemy im wyraz w aktach twórczych – bez nich nie istniałyby poezja, muzyka, sztuka. 

Wyobraź sobie film, który nie porusza żadnych emocji, utwór muzyczny, który nie rezonuje z naszym wnętrzem, dzieło sztuki, które nie wywołuje żadnego wewnętrznego poruszenia. Sam źródłosłów wyrazu emocja, które wywodzi się od łacińskiego e-motio, oznacza wewnętrzny ruch, poruszenie, nadanie kierunku.

Carl Gustav Jung, badając archetypy i symbole, uznał, że świat emocji reprezentowany jest przez żywioł wody. Dlatego proponuję, aby emocje pierwszego rzędu porównać z jeziorami, na których od czasu do czasu pojawiają się większe lub mniejsze fale emocji wtórnych. Pomiędzy jeziorami jest ląd zwany równowagą, stabilnością (brakiem emocji) lub spokojem. Na jeziorach nieprzyjemnych emocji pojawiają się fale irytacji, złości lub wściekłości, a na jeziorach emocji przyjemnych: fale ekscytacji, radości czy euforii. Dlatego nie samo uspokojenie fal na jeziorze, ale dopiero zmiana jeziora, w którym jesteśmy zanurzeni, przyniesie znaczącą zmianę jakości doświadczenia. Na przykład zamiast tkwić w jeziorze strachu, smutku czy gniewu, na którym pojawiają się fale złości, mogę zacząć pływać w jeziorze miłości, szczęścia czy akceptacji, na którym pojawiają się większe lub mniejsze fale radości. Droga od jednego jeziora do innego zawsze wiedzie poprzez stabilny ląd spokoju, na którym można wypocząć zarówno od nieprzyjemnych, jak i przyjemnych emocji.

Złość jest zaledwie – albo aż – skutkiem braku kontaktu z emocjami pierwszego rzędu. Spełniają one niezwykle ważną funkcję: kierują uwagę na to, co ważne, dają energię do podjęcia decyzji i są napędem do ukierunkowanej zmiany, czyli wyzwolenia z niechcianej sytuacji lub osiągnięcia upragnionej. Silna emocja mówi: Patrz! Zadecyduj! I działaj!

Dopiero kiedy złość przeminie, a umysł i ciało są spokojne – możemy samodzielnie, tak po prostu lub w uważnej obecności coacha, dokonać analizy emocji pierwszego rzędu. Możemy wówczas niemal jak taoiści powiedzieć: „Witaj emocjo, co przynosisz?”, aby po odkryciu odpowiedzi konstruktywnie szukać sposobów zaspokojenia ważnych potrzeb lub zadbania o wartości, które w ten sposób dały o sobie znać. 

 

Ostrzegawczy gwizdek

W zasadzie każdy w którymś momencie procesu coachingowego dociera do złości i dzięki niej do tematu własnych silnych emocji – bo bez tego nierealna byłaby trwała i znacząca zmiana. Silne emocje pojawiają się zawsze, kiedy w życiu dzieje się coś istotnego. Jeżeli coś jest nieważne, nie budzi silnych emocji. Natężenie złości to cenny dla coacha wskaźnik – złość jest jak gwizdek ostrzegawczy, który zwraca uwagę: sytuacje i wydarzenia, które klienta „ruszają”, obchodzą, są naprawdę dla niego ważne, zawsze łączą się z silnymi emocjami pierwszego rzędu, którym warto dać dojść do głosu. Coaching oferuje w tym momencie bezcenną możliwość poszerzenia zakresu samoświadomości. Ponadto silne emocje pierwszego rzędu to ukryta energia, niesamowity potencjał do umiejętnego wykorzystania w procesie zmiany.

Kiedy już rozpracujemy źródła złości, pojawia się u klienta dobry kontakt z własnymi wartościami. Tworzy się wtedy przestrzeń na dalszy, spójny z tym, co jest dla niego najważniejsze, rozwój. W słowie pasja łączy się emocjonalne zaangażowanie z ukierunkowanym działaniem. Pasja rodzi się wtedy, kiedy serce i rozum człowieka mogą harmonijnie współtworzyć nową rzeczywistość. Wówczas złość bywa epizodem, a głównym towarzyszem codzienności staje się radość.