Imprezy, ostrygi i wino? Nie tak sobie wyobrażaliśmy życie rzymskich legionistów

Uczty i polowania w ramach zwykłej służby, obowiązkowy wypoczynek w zdobionych malowidłami łaźniach, w czasie wolnym gra w kości i zabawa z kobietami – życie codzienne legionisty stacjonującego na obrzeżach imperium było znacznie przyjemniejsze, niż mogłoby się wydawać
Imprezy, ostrygi i wino? Nie tak sobie wyobrażaliśmy życie rzymskich legionistów

Sposób organizacji armii rzymskiej robił wrażenie na starożytnych historykach. „Można zrozumieć, że to ogromne cesarstwo nie było darem losu, lecz owocem ich [Rzymian] męstwa. Albowiem oni nie czekają na wojnę, żeby zacząć ćwiczenia z bronią, ani w czasie pokoju nie siedzą z założonymi rękami, aby dopiero w chwili potrzeby przyłożyć je do dzieła, lecz jakby przyszli na świat uzbrojeni, nigdy nie zaprzestają ćwiczeń ani nie odkładają ich, aż nadejdzie czas próby” – pisał w I w. n.e. Józef Flawiusz.

A jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że stworzona przez żydowskiego historyka laurka ocieka fałszywym lukrem. W jego opisie rzymscy żołnierze to prawdziwi herosi, na znak budzący się, na znak jedzący, pozdrawiający dowódcę. Coś na kształt cyborgów gardzących urokami życia, skupionych jedynie na walce. Było jednak nieco inaczej…

NAD PIĘKNYM MODRYM DUNAJEM

Wykopaliska polskich archeologów z Ośrodka Badań nad Antykiem Europy Południowo-Wschodniej UW prowadzone w naddunajskim Novae (współczesna Bułgaria), dowodzą, że stacjonujący tam legioniści wiedli całkiem miłe życie. Choć nie było ostentacyjnie luksusowe, pozwalali sobie na liczne przyjemności: dobre wino i sos rybny garum, owoce, polowania czy hazard. „Za wiele z tych rzeczy musieli zapłacić z własnej kieszeni. Z ilości amfor, które mamy, wynika, że ich to nie powstrzymywało” – mówi prof. Piotr Dyczek, szef zespołu badawczego. Rzymianie po prostu lubili sobie dogadzać, co potwierdzają znaleziska także z innych obozów.

Legioniści stacjonowali wszędzie tam, gdzie byli potrzebni. „Idea limesu, czyli budowy szeregu umocnień na granicach imperium, zaczęła się kształtować za panowania Oktawiana Augusta, czyli na przełomie I w. p.n.e. i I w. n.e.” – mówi prof. Dyczek. I choć późniejsi cesarze podbijali kolejne tereny, od samego początku rzymskie obozy stanowiące trzon tych umocnień zawsze wyglądały tak samo. Ich pozostałości są niemal żywcem wyjęte z dzieła „O wytyczaniu obozów wojskowych” sporządzonego najprawdopodobniej w I w. n.e. przez autora zwanego Pseudo-Hyginusem. Tak więc w obwarowaniach, w których stacjonował legion, czyli około 6 tys. ludzi, znajdowały się dwie główne ulice, przecinające się pod kątem prostym, pośrodku była komendantura. Węższe uliczki dzieliły obóz na regularne czworoboki wypełnione w dużej mierze żołnierskimi barakami.  W zależności od położenia i ukształtowania terenu drobne detale zabudowy mogły być modyfikowane, ale zasadniczo wygląd warowni pozostawał bez zmian. Tymczasowe obozy budowano z drewna, ale na stałych granicach – np. na  Renie czy w okolicy Wału Hadriana – wykorzystywano kamień.

Nie inaczej było w Novae, które mniej więcej w poł. I w. n.e. zostało domem VIII legionu Augustowego. Nad Dunajem, stanowiącym granicę między światem Rzymian a morzem barbarzyńców, żołnierze wznieśli wówczas drewniane konstrukcje oraz otaczający je wał ziemny. Całość nie przetrwała długo, bo już ok. 69 r. n.e. legion VIII został odwołany, a na jego miejsce pojawił się I legion Italski. Ponieważ wszystko wskazywało na to, że wschodnie tereny naddunajskie na stałe wejdą w skład imperium jako prowincja zwana Mezją, drewniano-ziemne konstrukcje zastąpiono kamiennymi. Tak powstała rozległa twierdza licząca 18 ha. Wzniesiono ją na planie czworokąta 600 na 300 m, otaczał ją zaś mur wysoki na ok. 7,5 m.

LEGIONISTY DZIEŃ POWSZEDNI

Dzień w obozie zaczynał ok. godz. 6. Zaraz potem spożywa-no śniadanie, a ok. 7–8 żołnierze rozchodzili się do swoich obowiązków, chyba że właśnie przypadała ich kolej na skorzystanie z łaźni.  Ponieważ pełen cykl kąpieli (pluskanie się w basenach z wodą o różnej temperaturze, masaże i odpoczynek) trwał parę godzin, w tym dniu legionista był raczej wyłączony ze zwykłych zajęć. Codziennie z łaźni korzystało kilkaset osób, co oznacza, że takiego relaksu każdy wojak zażywał co 5–6 dni.

W legionie obowiązywał ścisły podział pracy. Wojsko miało budować drogi, budynki użyteczności publicznej czy naprawiać baraki obozowe. Część żołnierzy pracowała więc w cegielni – dachówki i cegły były potrzebne na okrągło. Każdy legion miał swój stempel, którym oznaczał wyroby – chodziło o to, żeby nikt ich nie kradł. Inni wojacy służyli jako policja celna czy drogowa. No i oczywiście co najmniej parę godzin dziennie ćwiczyli się w sztuce wojennej.

Naukowcy podejrzewają, że w środku dnia rzymscy żołnierze mieli coś w rodzaju „okienka” – czasu wolnego na załatwienie swoich spraw, może na małą przegryzkę. W różnych miejscach znajdowane są bowiem kości do gry, a trudno zakładać, że uprawiano hazard podczas służby.

„Praca” legionisty kończyła się zazwyczaj po 12 godzinach, czyli po 18. Żołnierz mógł wtedy odwiedzić rodzinę poza twierdzą, zabawić się z kolegami. Oczywiście nie każdy pracował równe 12 godzin. Jeśli ktoś pełnił wartę krócej, po opuszczeniu stanowiska mógł się zająć swoimi sprawami albo robił coś, o co poprosili go przełożeni. W trakcie świąt część obowiązków im odpadała, ale dróg, granicy, portów musieli pilnować nieustannie.

OSTRYGI W SOLANCE I WINO

Twórcy twierdzy nie myśleli jednak wy-łącznie o obronie. Najlepszym tego przykładem są łaźnie wzniesione w Novae ok. 70 r. n.e. Oczywiście takie kompleksy budowano we wszystkich obozach, bo wojsko nie może śmierdzieć (Rzymianie przywiązywali wielką wagę do zachowania higieny), ale w innych miejscach były przede wszystkim użyteczne, nie piękne. „W tym przypadku,  gdybyśmy nie wiedzieli, że to łaźnia legionowa, moglibyśmy pomyśleć, że mamy do czynienia z luksusową łaźnią miejską gdzieś z terenu Italii. W żadnym  obozie z tego okresu, w żadnym nadgranicznym mieście, nie znajdziemy tylu elementów architektonicznego porządku kampańskiego jak właśnie w Novae” – opowiada prof. Dy-czek.  Mowa tu przede wszystkim o oryginalnie ukształtowanych kapitelach kolumn, proporcjach pomiędzy elementami budowli. Do tego dochodzą stiuki, malowidła naścienne kom-pletnie niezwiązane z wojskiem, przedstawiające sielskie sceny pasterskie, kłosy zboża. Plus kolorowe marmury, z których zrobiono obramowania okien i drzwi. „Czerwony kamień ściągano aż z greckiej Eubei, wyspy położonej niedaleko Aten. Luksus, który napotkaliśmy w Novae, był zupełnie nadzwyczajny. Podejrzewamy, że sami legioniści musieli częściowo za niego zapłacić” – mówi prof. Dyczek.  Wiele wskazuje na to, że było ich na to stać. Legion sformowano z Italików – bogatych mieszkańców Italii, przyzwyczajonych do życia na odpowiednim poziomie.

A jednak, kiedy pojawiła się wyższa konieczność – przygotowania do wojen z Dakami rozpoczęte około 100 roku n.e. – kompleks łaźni rozebrano, a na jego miejscu wzniesiono szpital. Chodziło o to, żeby punkt medyczny znajdował się jak najbliżej rzeki, bowiem od tej strony spodziewano się napływu rannych (Dakowie zamieszkiwali tereny po drugiej stronie Dunaju). W szpitalu w zależności od sposobu rozmieszczenia mieściło się od 300 do nawet 600 rannych, czyli 5–10 proc. legionu. Rzymianie dbali przede wszystkim o odpowiednią dietę rekonwalescentów, zdawali sobie bowiem sprawę, że by wrócić do pełni zdrowia, chory musi nabrać sił.  Dowodem na to jest znaleziona w szpitalu w Novae duża 40-litrowa amfora z napisem „Ostrygi w solance”.  Ówcześni lekarze doskonale wiedzieli, że te mięczaki stanowią bogate źródło witamin oraz mikro-elementów, zwłaszcza cynku, zwiększającego odporność na infekcje.

Z kolei w innym obozie wojskowym – Aquincum (Budapeszt) znaleziono pozostałości po beczkach na wino, w których przechowywano specjalny aromatyczny trunek dla rekonwalescentów. „Podobnie jak nasze ostrygi był to towar drogi, luksusowy. Jednak chorzy dostawali te specjały za darmo, bo władzom zależało, by szybko wrócili do służby. I nie były to sytuacje wyjątkowe, po prostu w ramach określonych przydziałów sprowadzano lecznicze frykasy do jednostek wojskowych” – mówi prof. Dyczek.

Co więcej, obozowi lekarze dbali o to, by ich pacjenci się nie nudzili. W szpitalu w Novae znajdowało się pomieszczenie rekreacyjne, coś w rodzaju świetlicy, gdzie chorzy grali w rozmaite gry, znaleziono tam bowiem wyrysowane na fragmentach dachówek tabliczki do gry w kości oraz same kości. Czasami, kiedy wymagała tego sytuacja, chory żołnierz bywał wysyłany  do sanatorium. Na przykład niedaleko chorwackiego Zagrzebia znajdowały się bogate w siarkę lecznicze źródła dobre na choroby skóry. W ich pobliżu zachowały się inskrypcje, w których prości żołnierze dziękują bogowi Asklepiosowi za uzdrowienie. Podobnie zresztą działo się w angielskim Bath.

CO TYDZIEŃ IMPREZA

W obozach na obrzeżach imperium dobrze żyło się nie tylko rekonwalescentom. Potwierdza to papirus znaleziony w syryjskiej twierdzy Dura Europos. Zawierał wojskowy kalendarz ze spisem świąt i uroczystości, w których uczestniczyli żołnierze tamtejszej jednostki. Okazuje się, że praktycznie co 4–5 dni trafiała się im mniejsza lub większa impreza. Od urodzin boskiego Cezara albo jego nie mniej boskiej małżonki po uroczystości religijne czy prywatne fety poszczególnych oficerów.  „Takie święto oznaczało zazwyczaj składanie ofiar, czyli szlachtowanie zwierząt, rozdawnictwo mięsa plus wina” – opowiada prof. Dyczek. Na to także przeznaczano specjalne legionowe fundusze – żołnierze bawili się za darmo.

Warto tu podkreślić, że generalnie także na co dzień nie było większej różnicy między tym, co jedli szeregowi legioniści a dowodzący nimi oficerowie. Podstawowe pożywienie – określone nadziały ziarna, zwykłego wina i oliwy – wszyscy dostawali bezpłatnie. Jeśli chcieli zjeść warzywa, owoce czy inne przy-smaki, płacili za nie z własnej kieszeni, albo prosili rodzinę o przysłanie „paczki żywnościowej”. Zachowały się żołnierskie listy, w których legioniści  przypominają o przysłaniu jabłek, jajek czy innych smakołyków. Wbrew jednak temu, co dziś kojarzy się nam z dietą śródziemnomorską, legioniści je-dli mało warzyw. Najwięcej kapusty, cebuli i czosnku. Poza tym rzepę, marchewkę oraz pietruszkę. Owoce były tak drogie, że jabłka sprzedawano na sztuki (jabłko kosztowało 1,6 sestercji, przeciętny legionista zarabiał zaś 2,5 sestercji dziennie). Ale mimo to od czasu do czasu legioniści kupowali sobie rozmaite frykasy. W jednym z baraków w Novae polscy archeolodzy znaleźli pestkę nektarynki – owocu drogiego i egzotycznego. Wiele wskazuje, że dotarła tam ze słonecznej Kampanii.

Dużym wzięciem wśród legionistów cieszyły się także luksusowe wina. „Wiemy, że były drogie, bo sprzedawano je w niewielkich kilkulitrowych amforach. Nasi legioniści uwielbiali wina z Krety, a także z Synope w północnej Turcji. Ze znalezisk w innych obozach wynika, że wielkim powodzeniem cieszyły się także określone rodzaje oliwek” – opowiada prof. Dyczek. Duże wzięcie miały greckie oliwki z regionu Kalamata do dziś słynącego z wyjątkowo smacznych produktów. Na wagę złota były również specjalnie leżakowane, doprawiane ziołami, kilkuletnie sosy garum. Ten typowo rzymski przysmak, podobny nieco do współczesnego tajskiego sosu rybnego, Rzymianie dodawali do praktycznie każdej potrawy (nie-które ich gatunki były uznawane za lekarstwo, m.in.  smarowano nimi odparzenia u koni).

JAKO MĄŻ I NIE MĄŻ

Ze współczesnych wyliczeń wynika, że każdego dnia przeciętny legionista potrzebo-wał około 5–6 tysięcy kalorii, czyli mniej więcej tyle, ile górnik.  I nie chodzi tu bynajmniej o momenty, kiedy walczył lub maszerował. Praca (poszczególne oddziały miały swoje specjalizacje, np. zajmowały się produkcją dachówek lub pełniły funkcje policji drogowej), a także codzienne ćwiczenia z bronią pochłaniały ogromne ilości energii. Oprócz zboża i pomniejszych smakołyków rzymski żołnierz musiał więc jeść mięso. Część dostawał w ramach fetowania rozmaitych uroczystości, resztę kupował lub zdobywał na polowaniach. Co ciekawe, wyprawy do lasu nie były fanaberią znudzonych wojaków, lecz podstawowym elementem ćwiczeń. „W ten sposób legioniści ćwiczyli jazdę konną, uczyli się tropić przeciwnika,  orientować w przestrzeni, pracować w grupie. Mniej ważne było, co upolują,  istotniejsze, jak spędzą ten czas” – mówi prof. Dyczek.

Głodny legionista zawsze  mógł też wy-skoczyć z obozu do swojej ulubionej knajpy, znajdującej się poza murami twierdzy, albo… do domu.  Wokół rzymskich warowni – niezależnie od miejsca ich położenia – zawsze szybko wyrastały osady. Mieszkali w nich rzemieślnicy, np. płatnerze naprawiający zbroje, oraz kobiety legionistów. Jeśli były córkami lokalnych rolników czy pasterzy, mogły mieć dostęp do mięsa czy świeżych warzyw. Takie nielegalne żony to nic nadzwyczajnego. Teoretycznie zwykły wojak nie mógł się żenić, ale przecież trudno było zakładać, że przez ponad 20 lat obędzie się bez kobiety. „Rzymianom  nie chodziło o to, by legioniści żyli w celibacie. Raczej o utrzymanie dyscypliny. Wyobraźmy sobie, że obóz, w którym mieszkają wojskowi wraz z rodzinami, atakuje nieprzyjaciel. Ten pisk dzieci i kobiet, zamieszanie. Kompletnie bez sensu. Żołnierze mieli noce spędzać w barakach albo jak to było w przypadku oficerów w domach w twierdzy,  ale to, co robili po za-kończeniu codziennej służby, było ich prywatną sprawą”– mówi prof. Dyczek. W praktyce oznaczało to, że około godz. 18 legionista mógł wyskoczyć na randkę, odwiedzić nielegalną żonę, albo jeśli nie chciał się wiązać – dom publiczny.

Teoretycznie już najniżsi stopniem rzymscy oficerowie, czyli centurioni, mogli mieć oficjalnie rodzinę, dostawali bowiem osobne kwa-tery w obozie, ale to zdarzało się rzadko. „Czasami w ich domach znajdujemy dziecięce buciki, zabawki. Wydaje się jednak, że w większości woleli zostawiać bliskich poza obozem. Kiedy kończyli służbę, zabierali żonę, dzieci. I osiedlali się na działce, którą dostawali od państwa” – mówi Dyczek. Życie legionisty miało więc i tę dobrą stronę, że Rzym nie zapominał o swoich weteranach (kawałek ziemi dostawał każdy, niezależnie od stopnia).  Cały rzymski system militarny funkcjonował lepiej niż współczesne wojsko. Od I w. n.e. aż po panowanie cesarza Konstantyna Wielkiego, czyli ponad 200 lat, przetrwał praktycznie w niezmienionym kształcie. „Proszę mi pokazać państwo w Eu-ropie, które w tej samej formie działa przez tak długi czas. A jak porównamy funkcjonowanie rzymskiej administracji z I i z IV wieku – nie ma większej różnicy” – mówi prof. Dyczek.

Istotą działania armii Imperium Romanum była bowiem decentralizacja w centralizacji. Cesarz wyznaczał ogólne cele, ale sposób ich realizacji zależał od poszczególnych legionów. Stąd tak ważna była w wojsku dyscyplina, o której wspominał Flawiusz. Żołnierz niezdyscyplinowany tracił honor, a dla Rzymianina nie było większej tragedii. Dlatego, mimo licznych przyjemności, którymi cieszyli legioniści, i pozornego rozprężenia, rzymska armia była wyjątkowo skuteczną machiną wojenną.