Aby odkryć życie, trzeba najpierw znaleźć miejsca, w których może ono zaistnieć – najlepiej podobne do Ziemi. Przez wiele lat jednak nie znano żadnych planet poza naszym Układem Słonecznym. Dopiero w 1992 roku polski astronom prof. Aleksander Wolszczan wraz ze swym amerykańskim kolegą Dalem Frailem opisał pierwsze takie obiekty. Wkrótce odkrycia zaczęły mnożyć się w coraz szybszym tempie. Na początku 2012 roku potwierdzono już istnienie ponad 700 planet pozasłonecznych. A w styczniu prestiżowy tygodnik „Nature” doniósł, że tylko w naszej galaktyce – Drodze Mlecznej – może być ich 160 miliardów! 

 

Wśród 42 autorów pracy z „Nature” jest ośmiu Polaków z zespołu OGLE Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Warszawskiego, wraz z  jego szefem prof. Andrzejem Udalskim. Grupa ta już od lat regularnie obserwuje 100 mln gwiazd Drogi Mlecznej. „To nie są gwiazdy badane po to, by stwierdzić, czy mają planety. To po prostu źródła światła, wzmacniane ewentualnie przez przechodzące między nami a  nimi gwiazdy z układami planetarnymi. I dopiero te ostatnie dają nam informacje o  liczbie planet” – podkreśla prof. Udalski w rozmowie z „Focusem”. 

 

Gdzie jest Ziemia-bis? 

 

W ten sposób zespół OGLE odkrył już wiele globów pozasłonecznych. Opisał również nową ich klasę – niezwiązanych z żadnymi gwiazdami, samotnie przemierzających przestrzeń kosmiczną. I wreszcie teraz, na podstawie zebranych dotychczas danych, pokusił się o oszacowanie całkowitej liczby planet w Drodze Mlecznej. Naukowcy wyliczyli, że każdą gwiazdę naszej Galaktyki obiega średnio 1,6 planety. Ponieważ zaś w Drodze Mlecznej  znajduje się blisko 100 miliardów gwiazd, to w sumie powinno im towarzyszyć wspomniane 160 miliardów planet. „Oczywiście, nasze wyniki to dopiero pierwsze i pewnie dość przybliżone oszacowanie. Jednak ten wynik raczej na pewno nie zmieni się np. dziesięciokrotnie. Myślę, że co najwyżej 2–3-krotnie, w górę lub w dół” – przewiduje prof. Udalski. Globy, które opisali badacze, są znacznie większe od Ziemi. „W  naszym eksperymencie odkryta planeta o najmniejszej masie to tak zwana Super-Ziemia, obiekt najprawdopodobniej skalisty o masie około pięć razy większej niż ten, na którym żyjemy. Mniej masywnych ciał niebieskich w tych danych nie znaleźliśmy. Możemy jedynie spekulować, że takich planet ziemiopodobnych jest jeszcze więcej” – wyjaśnia astronom.

 

„Teraz odkrywamy, że rzeczywiście ziemiopodobne planety są powszechne. A zatem następną sprawą będzie próba odkrycia, które z nich mogą mieć wodę i podtrzymywać życie” – mówił serwisowi „Voice of America” współautor pracy dr Kailash Sahu z amerykańskiego Johns Hopkins University. „Jeśli gdzieś rodzi się system żywy, to będziemy go w stanie zidentyfikować jedynie, jeśli będzie podobny do tego, co znamy. Bo inaczej nie mamy klucza” – komentuje dla „Focusa” prof. Józef Kaźmierczak z Instytutu Paleobiologii PAN, czołowy polski astrobiolog.

 

Z węgla, wody i magnetyzmu

 

Jego stanowisko jest podzielane przez większość poszukiwaczy życia pozaziemskiego. Dlatego, przeczesując niebo, zwracają uwagę głównie na skaliste globy o masie podobnej do Ziemi. Taka wielkość daje szansę, że w  środku będzie się znajdować płynne metalowe jądro, które wytwarza pole magnetyczne. Ono zaś jest potrzebne, aby od powierzchni planety odepchnąć cząstki zabójczego dla organizmów wiatru słonecznego. 

 

Planeta musi mieć też jakieś źródło energii, której potrzebuje życie. Najbardziej prawdopodobne jest oczywiście, tak jak i w przypadku Ziemi, promieniowanie gwiazdy macierzystej. Inna opcja to zasoby samej planety – takie jak choćby w głębokomorskich kominach hydrotermalnych, gdzie bakterie korzystają z energii chemicznej płynącej z  wnętrza Ziemi. No i wreszcie ów glob musiałby mieć taką temperaturę, by przynajmniej przez część roku znajdowała się na nim płynna woda. „Nie musi być to zewnętrzna pokrywa wodna. Równie dobrze woda może znajdować się pod powierzchnią planety” – dodaje prof. Kaźmierczak.

 

To dlatego jeszcze w naszym Układzie Słonecznym wielkie zainteresowanie poszukiwaczy życia pozaziemskiego budzi księżyc Jowisza – Europa. W 2020 roku NASA ma wysłać sondę, która zbada ten tajemniczy glob. Jego powierzchnię pokrywa wielokilometrowej grubości warstwa lodu, w którym mogą znajdować się „oczka” ciekłej wody. Pod nią kryje się najprawdopodobniej gigantyczny ocean, którego głębokość może dochodzić do dziesiątek, a  może i setek kilometrów. Jeśli cokolwiek w nim żyje, to raczej nie ma szans, by energię czerpało ze Słońca. Przypuszcza się raczej, że korzystałoby z  siarkowodoru lub metanu – związków chemicznych wydobywających się z kominów hydrotermalnych na dnie oceanu.

 

Kolejny warunek powstania w kosmosie życia to dostępność węgla organicznego. Wszystko, co istnieje na naszej planecie, jest zbudowane z jego związków. Ten pierwiastek zwie się wręcz czasem „kręgosłupem życia”. Ma on rzadko spotykaną w świecie chemii zdolność „sklejania” różnych atomów tak, by powstała ogromna rozmaitość cząsteczek o złożonej budowie. Dzięki temu na bazie węgla powstają białka, węglowodany, tłuszcze i kwasy nukleinowe. Bez nich nie byłoby na Ziemi nawet bakterii.

 

Na szczęście związki węgla organicznego tworzą się wyjątkowo łatwo w przestrzeni kosmicznej. Jest ich tam nawet dużo większa rozmaitość niż na Ziemi. Życie na naszej planecie wykorzystuje np. 20 aminokwasów jako cegiełek do budowy łańcuchów białkowych.