Biwak wyciąga mnie z rutyny w sposób, którego nie daje mi zwykły weekend spędzony w domu. Zmienia się praktycznie wszystko: miejsce, w którym zasypiam, dźwięki dookoła, ilość czasu spędzanego na świeżym powietrzu, sposób przygotowywania jedzenia, a nawet to, na czym skupiam uwagę. Zauważyłam, że po takim wyjeździe naprawdę odczuwam kilka konkretnych korzyści. Niektóre są bardzo proste, inne dotyczą głowy znacznie bardziej niż ciała.

1. Mam znacznie więcej kontaktu z naturą
To chyba najbardziej oczywista rzecz. Jednocześnie jedna z tych, które odczuwam najmocniej. Kiedy rozkładam namiot na skraju lasu, nad stawem czy na polu namiotowym otoczonym zielenią, natura jest ze mną od rana do nocy. I to jest takie niesamowite…
Budzę się i pierwsze, co widzę po wyjściu z namiotu, to drzewa, trawa, nawet chwasty, niebo, woda. Jem jakieś tam śniadanie na zewnątrz, spaceruję, siedzę przed namiotem, słucham ptaków i wieczorem obserwuję, jak powoli robi się ciemno. Na co dzień bardzo łatwo zapomnieć, jak mało czasu naprawdę spędzam w takim otoczeniu.
Po kilku godzinach zaczynam też zwracać uwagę na rzeczy, których chcę doświadczać jak najwięcej: wiatr w koronach drzew, zapach mokrej ziemi i trawy, zmianę temperatury po zachodzie słońca. Biwak sprawia, że natura nie jest wreszcie tłem. Znów staje się miejscem, w którym faktycznie żyję.

2. Oddycham innym powietrzem niż na co dzień
Dla mnie las automatycznie kojarzy się z czystszym powietrzem. Może to i efekt placebo, ale moje płuca od razu chcą oddychać jak najgłębiej. Owszem, dużo zależy od miejsca, pogody i lokalnych warunków. Ale ta różnica pomiędzy nocą spędzoną przy ruchliwej ulicy a biwakiem z dala od dużego miasta potrafi być bardzo wyraźna.
A rano to już w ogóle jest totalna bajka. Otwieram namiot i zamiast zapachu miasta, spalin i nagrzanego betonu czuję las, wilgotną trawę albo wodę. Samo przebywanie z dala od intensywnego ruchu samochodowego jest dla mnie przyjemną zmianą.
To również jeden z powodów, dla których lubię wybierać miejsca oddalone od głównych dróg. Nie chodzi nawet o obsesyjne szukanie czystego powietrza. Chodzi mi tylko o prostą rzecz: chcę przez chwilę znaleźć się gdzieś, gdzie praktycznie przez całą dobę nie słyszę i nie czuję miasta.
Czytaj też: Cane Creek zrobił część, której przez lata brakowało w katalogu. Jest aż podejrzanie prosta
3. Naprawdę odpoczywam od miasta
Przejdźmy do tego miasta. Wyjazd do parku albo kilkugodzinny spacer po lesie jest świetny, ale zawsze mam z tyłu głowy świadomość, że wieczorem wrócę do mieszkania, do tych samych ulic i tego samego rytmu dnia. Biwak działa na mnie inaczej, bo granica pomiędzy codziennością a wyjazdem jest znacznie wyraźniejsza.
Kiedy ten namiot stawiam, układam rzeczy i wiem, że właśnie tutaj będę spała, automatycznie przestawiam się na trochę inny tryb. Przestaję zastanawiać się, co jeszcze powinnam zrobić w domu, bo nie planuję sprzątania, zakupów ani domowych obowiązków. Na chwilę naprawdę jestem gdzie indziej i totalnie obchodzi mnie tylko mój namiot i natura.
Czasami nawet jedna noc pod namiotem wystarcza, żebym wróciła z poczuciem, że wydarzyło się coś więcej niż tylko kolejna sobota i niedziela. Biwak potrafi stworzyć wrażenie znacznie dłuższej przerwy od normalnego życia.
4. Praktycznie cały dzień spędzam na zewnątrz
Namiot całkowicie zmienia sposób, w jaki spędzam dzień. W domu mogę obudzić się rano, usiąść przy komputerze, później przenieść się na kanapę i wieczorem zorientować się, że na zewnątrz byłam przez 20 minut. Wiecie, rutyna jest dobra, ale takie wyjątki są dla mnie na wagę złota.
Na biwaku jest dokładnie odwrotnie. Namiot służy mi właściwie głównie do spania. Śniadanie jem na zewnątrz, kawę piję na zewnątrz, czytam na zewnątrz, rozmawiam na zewnątrz i spaceruję po okolicy. Nawet jeżeli danego dnia nie robię nic szczególnie aktywnego, jestem znacznie mniej zamknięta pomiędzy czterema ścianami.
Dzięki temu mam też dużo więcej kontaktu z naturalnym światłem. Zauważam poranek, południe i zachód słońca, zamiast przez większość dnia funkcjonować przy lampach i ekranach. Dla mnie właśnie to jest jedną z największych różnic między biwakiem a zwykłym odpoczynkiem w domu.

5. Łatwiej odcinam się od telefonu
Haczyk jest taki, że teoretycznie mogłabym odłożyć smartfon również we własnym mieszkaniu. Teoretycznie. W praktyce doskonale wiem, jak to wygląda. Ten telefon w dłoni jest jednak w ciągu dnia bardzo często.
Na biwaku przychodzi mi to dużo łatwiej. Po pierwsze mam więcej ciekawych rzeczy dookoła. Po drugie telefon zaczynam traktować bardziej użytkowo: robię zdjęcie, sprawdzam mapę, pogodę albo godzinę i odkładam go z powrotem. Chcę jak najbardziej nacieszyć się naturą, słońcem i dźwiękami dookoła.
Pomaga też prozaiczna kwestia ograniczonego dostępu do ładowania. Kiedy wiem, że powerbank ma wystarczyć na cały wyjazd, godzinne przewijanie filmików nie wydaje się najlepszym pomysłem. Biwak jest więc dla mnie jednym z niewielu momentów, kiedy naprawdę naturalnie ograniczam ekran, zamiast zmuszać się do cyfrowego detoksu.
6. Łatwiej łapię bardziej naturalny rytm snu
Po zachodzie słońca wszystko stopniowo zwalnia. W mieszkaniu zawsze coś jednak do późnych godzin nocnych świeci – czy to telewizor, czy laptop. Nie mam całego mieszkania oświetlonego lampami, ale ekranów faktycznie używam do późna.
I pomyślałam sobie: a może wieczór rzeczywiście powinien przypominać wieczór, żeby łatwiej było mi się wyciszyć przed snem.
Rano z kolei dzieje się odwrotnie. Namiot robi się jaśniejszy, dookoła słychać ptaki i życie zaczyna się wcześniej. Naturalne światło jest jednym z podstawowych sygnałów regulujących nasz rytm dobowy, dlatego taki weekend jest dla mnie dobrym przypomnieniem, jak bardzo na co dzień potrafię od niego odejść.
7. Wracam z poczuciem psychicznego resetu
To jedna z trudniejszych do zmierzenia korzyści, ale też jedna z tych, które odczuwam najmocniej. Po biwaku często wracam po prostu z lżejszą głową.
Zmieniają się bodźce. Nie słyszę cały czas samochodów, powiadomień, rozmów zza ściany czy urządzeń działających w mieszkaniu. Moja uwaga zaczyna skupiać się na prostszych rzeczach: gdzie usiąść, co zjeść, czy będzie padało, czy trzeba przynieść coś z namiotu.
Po powrocie bardzo często mam wrażenie, jakbym na moment przerwała ciąg wydarzeń, który normalnie trwa bez końca. Dla mnie właśnie to jest resetem. Nie spektakularna przemiana, tylko uczucie, że głowa dostała chwilę przestrzeni.
Czytaj też: Miały być butami dla myśliwych. Ja chętnie zabrałabym je na szlak
8. Spanie blisko ziemi daje mi poczucie uziemienia
Nie mam tutaj na myśli żadnych naukowych definicji uziemiania ani tych teorii, według których kontakt z ziemią ma rozwiązać problemy zdrowotne. Spróbuję więc wyjaśnić, o co mi chodzi. Dla mnie jest to przede wszystkim doświadczenie sensoryczne.
W namiocie znacznie mocniej czuję podłoże. Nawet przez materac (chociaż najczęściej śpię na karimacie) zauważam drobne nierówności, chłód ziemi, wilgoć powietrza i zmieniającą się temperaturę. Słyszę też znacznie więcej dźwięków dochodzących z otoczenia. Wszystko jest bliżej.
Paradoksalnie właśnie dzięki temu czuję się bardziej „tu”. Jestem bardziej świadoma własnego ciała i tego, co dzieje się wokół mnie. Po całym tygodniu spędzonym przy ekranach taka zmiana bodźców jest dla mnie bardzo przyjemna. Czuję się inaczej dostymulowana: nie przez kolejne informacje, tylko przez kontakt z ziemią, temperaturę, dźwięki i otoczenie.
9. Mam więcej czasu na własne myśli i trochę lepiej poznaję siebie
Noc pod namiotem potrafi być niezwykle spokojna. Szczególnie kiedy ognisko już zagasa, a ja zostanę na chwilę sama ze swoimi myślami. Nie ma wtedy zbyt wielu rzeczy, którymi mogę natychmiast odwrócić swoją uwagę.
Dla mnie biwak stał się przez to bardzo dobrym momentem na przemyślenia. Czasami analizuję rzeczy, na które normalnie nie mam przestrzeni. Innym razem po prostu siedzę i pozwalam myślom płynąć bez konkretnego celu.
Jest w tym też element mierzenia się z własnym dyskomfortem. Nocą las brzmi zupełnie inaczej niż za dnia. Nagle zwykła gałąź może zabrzmieć podejrzanie, a wyjście z namiotu do toalety o drugiej w nocy wymaga trochę więcej odwagi niż przejście kilka metrów po mieszkaniu.
Nie chodzi mi o celowe wystawianie się na niebezpieczeństwo. Biwakuję w miejscach, w których można robić to legalnie i rozsądnie, a najczęściej na własnym podwórku. Mimo to nocowanie poza bezpieczną przestrzenią domu pozwala mi czasami zobaczyć, jak reaguję na ciemność, nieznane dźwięki czy brak pełnej kontroli nad otoczeniem. I to też jest dla mnie ciekawą formą poznawania samej siebie.
10. Łatwiej skupiam się na ludziach, z którymi jestem
Najlepsze rozmowy podczas biwaku często zaczynają się wtedy, kiedy właściwie nie ma już nic do zrobienia.
Można po prostu usiąść i rozmawiać. W codziennym życiu bardzo rzadko mam sytuację, w której przez kilka godzin jestem z kimś bez większego planu i bez dziesięciu rzeczy konkurujących o naszą uwagę. Podczas biwaku przychodzi to znacznie bardziej naturalnie. Rozmowy są dłuższe, głębsze, a ja przestaję tak bardzo pilnować czasu.
I chyba właśnie dlatego lubię namiot. Nie zapewnia mi największego komfortu, idealnej temperatury ani miękkiej pościeli. Daje mi za to coś, czego na co dzień często mi brakuje: mniej bodźców, więcej natury, więcej czasu i trochę prostszy rytm dnia.
Biwak nie musi być tygodniową wyprawą w dzicz z pająkami i robakami. Czasami wystarczy jedna noc, kilka podstawowych rzeczy i miejsce z dala od codziennego otoczenia.

Czytaj też: Jeden bidon, by wszystko zmieścić. DualFuel to strzał w dziesiątkę dla sportowców
