Pan Marian, właściciel kilku hoteli na Mazowszu, dziwi się, gdy słyszy o galopującym bezrobociu wśród młodych. On w kółko ma problem z brakiem personelu, zwłaszcza w kuchni, choć płaci przyzwoicie, nadgodziny rozlicza sumiennie i pozwala uczyć się pod okiem doświadczonych kucharzy z renomowanych hoteli. Ale co z tego, skoro świeżo upieczeni absolwenci szkół gastronomicznych nie są w stanie przejść u niego rozmowy kwalifikacyjnej. „Sprawdzam na niej, oprócz umiejętności praktycznych, także podstawową wiedzę matematyczną. Teraz już jestem do tego przyzwyczajony, ale na początku szokowało mnie, jak ogromny problem moi potencjalni pracownicy mają z tabliczką mnożenia. Kiedyś w takim wypadku od razu kończyłem spotkanie, ale zrozumiałem, że w ten sposób jeszcze chwila i nie będę miał kim obsadzać wolnych stanowisk. Dlatego teraz tym niedouczonym daję tydzień. Po tygodniu przepytuję ich z tabliczki mnożenia i jak się nie pomylą, mają pracę. I tylko wkurza mnie, że oni mają mnie przez to za wariata. Obce jest im poczucie obciachu, że nie umieją tak oczywistej rzeczy” – zżyma się pan Marian.

Jego lista zarzutów wobec młodych pracowników jest znacznie dłuższa. I nie tylko jego. Według szefów i bardziej doświadczonych kolegów dwudziestolatkowie mają na sumieniu znacznie cięższe grzechy niż brak znajomości tabliczki mnożenia.

Pycha

CZYLI NIE LICZ NA WENFLON

92 proc. młodych pracowników (a więc urodzonych po 1981 roku) uważa, że pracodawca ma szczęście, że zatrudnia właśnie ich. Trzech na czterech nie wątpi, że ich szef mógłby się od nich sporo nauczyć. Wyniki międzynarodowych badań nad pokoleniem Y „No Collar Workers” przeprowadzone na zlecenie MTV wskazują, że najmłodsi wiekiem i stażem pracownicy, delikatnie mówiąc, nie mają kompleksów. O tym, jak to wygląda w praktyce, przekonuje się na co dzień Janusz, ratownik medyczny jeżdżący w karetce reanimacyjnej. „Łatwiej byłoby znieść nieprzygotowanie młodych lekarzy i ratowników, gdyby mieli głód wiedzy. Ale oni na każdym kroku podkreślają, że skończyli studia, że uczyli się najnowszych metod. A jak przychodzi co do czego, nie potrafią założyć wenf lonu czy zaintubować” – wylicza Janusz i wspomina, jak ostatnio jedna z takich ekip nie umiała wyjąć noszy z karetki i pacjent spadł im na ziemię. „A pielęgniarki na izbie przyjęć to już w ogóle mają problem z młodziakami, bo oni ukrywają swoją niekompetencję, nie zważając, jakie to może przynieść skutki. Ostatnio kilka razy trafił do ich szpitala pacjent, który jeszcze w karetce powinien mieć założony wenf lon. Ale gdy pielęgniarki chciały mu pobrać krew, okazało się, że wenf lon jest jedynie prowizorycznie przyklejony plastrem do skóry. Nie umieli się wkłuć, więc tylko udali, że to zrobili” – wspomina ratownik, denerwując się, że gdy takie zachowanie nie ma konsekwencji, wszyscy przechodzą nad nim do porządku dziennego.

Z kolei Anna, internistka z ponadtrzydziestoletnim stażem w przychodni i na oddziale internistycznym, zauważa, że młodzi są tak zadufani w sobie, że nie uważają, iż nawet wiedza nabyta podczas studiów jest im do czegoś potrzebna. Wspomina przypadek młodej pielęgniarki, która skontaktowała się z nią w trakcie wizyt domowych na osiedlu. „Pani doktor, proszę natychmiast przyjść do przychodni, bo mam tu pacjenta z bólem klatki, zrobiłam mu EKG i tu są jakieś dziwne wieżyczki”. „Przybiegłam natychmiast. Okazało się, że te »wieżyczki« to obraz poprawnego zapisu EKG, który ta dziewczyna powinna znać z książek” – opowiada Anna.

„Jeden z głównych problemów przedstawicieli pokolenia Y to nieumiejętność przyjęcia konstruktywnej informacji zwrotnej na swój temat” – nie ma wątpliwości Tomasz Jędrkiewicz, szef firmy NUQ, prowadzącej m.in. program badawczy „Świat młodych”. „Zwykle taką informację wypierają. Gdy szef bierze ich na rozmowę, mówi, co zrobili źle, gdy pokazuje, jakie są tego konsekwencje i jak można sobie z tym poradzić – oni sprawiają wrażenie kompletnie odpornych. Nagminnie nie poczuwają się do winy. Wychodzą potem na salę i gdy współpracownicy pytają, co się działo podczas rozmowy, odpowiadają co najwyżej: a nic, jakieś pierdoły” – opowiada Jędrkiewicz, przyznając jednocześnie, że nieumiejętność reakcji na krytykę ma też drugi koniec: niektórzy pracownicy reagują na negatywny feedback, nawet przeprowadzony możliwie delikatnie, rzewnym płaczem.