Historia tego składowiska sięga drugiej połowy XX wieku. W latach 1946-1990 czternaście europejskich państw pozbywało się odpadów promieniotwórczych, zatapiając je w Atlantyku. W tamtym okresie głębokie wody oceanu postrzegano jako miejsce, które mogłoby skutecznie odizolować odpady od ludzi i środowiska. Materiały trafiały do pojemników zabezpieczanych między innymi betonem i bitumem. Panowało przekonanie, iż takie zabezpieczenie będzie wystarczające przez około 20 lat. Dziś wszystkie te pojemniki przekroczyły przewidywany okres trwałości.
Czytaj też: Życie rozwija się tam, jak na obcej planecie. Badania ujawniły nieznane obszary różnorodności
Beczki zawierają odpady nisko- i średnioaktywne. Wśród nich znajdują się chociażby osady powstałe podczas procesów przemysłowych, skażone elementy metalowe czy wyposażenie laboratoryjne. Zostały zatopione na wodach międzynarodowych, na głębokości od około 3 do 5 kilometrów. Obszar ten znajduje się mniej więcej 650 kilometrów od francuskiego wybrzeża.
Przez długi czas miejsce pozostawało praktycznie bez nadzoru. Ostatnia udana próba obserwacji beczek przed rozpoczęciem współczesnych badań miała miejsce w 1984 roku. Wówczas francuski batyskaf Epaulard sfotografował zaledwie sześć pojemników. Dopiero po czterech dekadach naukowcy ponownie rozpoczęli szczegółowe badania tego fragmentu dna Atlantyku.
W 2025 roku rozpoczęła się pierwsza faza projektu NODSSUM, prowadzonego przez francuskie Narodowe Centrum Badań Naukowych CNRS oraz instytut badań oceanicznych Ifremer. Podczas 26-dniowej ekspedycji naukowcy wykorzystali autonomicznego robota podwodnego UlyX. Maszyna wyposażona w sonar wysokiej rozdzielczości przeszukała obszar o powierzchni około 165 kilometrów kwadratowych. Robot zlokalizował tysiące beczek, a następnie zbliżył się do dna, aby wykonać szczegółowe zdjęcia 50 z nich.
Obrazy nie pozostawiły większych wątpliwości. Wiele pojemników znajduje się w różnym stadium korozji i degradacji. Nowsza ekspedycja potwierdziła, iż niektóre beczki są już mocno zniszczone i doszło do wycieku ich zawartości do otaczającego środowiska. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z katastrofą ekologiczną na ogromną skalę. Pomiary wykazały podwyższony poziom promieniotwórczości, choć ogólna radioaktywność w badanym obszarze pozostaje stosunkowo niska.
Czytaj też: Naukowcy zajrzeli do największego banku nasion na Ziemi i mają dla nas fatalne wieści
Największym wyzwaniem dla naukowców jest ustalenie, jaka część wykrywanego promieniowania rzeczywiście pochodzi z uszkodzonych beczek. W oceanie znajdują się również radionuklidy będące pozostałością testów broni jądrowej prowadzonych w XX wieku, katastrofy w Czarnobylu czy działalności elektrowni jądrowych. Dlatego badacze muszą szukać charakterystycznych sygnatur izotopowych, które jednoznacznie wskażą źródło skażenia.
W ramach kolejnego etapu ekspedycji naukowcy wykorzystują załogowy batyskaf Nautile. Pobierają próbki wody, osadów, a nawet organizmów żyjących w pobliżu skorodowanych beczek. Łącznie podczas badań udało się już zebrać ponad 300 próbek, w tym rdzenie osadów i tkanki ryb głębinowych. Dzięki nim badacze chcą ustalić, czy substancje promieniotwórcze przedostają się do łańcucha pokarmowego oraz jak daleko mogą rozprzestrzeniać się w głębinowym ekosystemie. Co ciekawe, zdjęcia pokazują coś jeszcze: część beczek stała się elementem podwodnego środowiska. Na ich powierzchni osiedliły się organizmy morskie, które wykorzystują stare pojemniki jako miejsce życia.
