Szacunkowe dane sugerują, jakoby w wodach Morza Północnego znajdowało się około 1,3 miliona ton amunicji pochodzącej z obu wojen światowych. W Bałtyku miałoby spoczywać dodatkowo kilkaset tysięcy ton podobnych odpadów w postaci pocisków czy broni chemicznej. Większość tego arsenału trafiła do obu zbiorników celowo, w celu zatopienia po zakończeniu II wojny światowej w ramach powojennego rozbrojenia Niemiec.
Czytaj też: Kombucha nie jest tylko modą z lodówki. Polskie badanie pokazało coś ciekawego
Przez wiele lat ludzkość wierzyła, że stalowe osłony bomb skutecznie odizolują niebezpieczne związki od środowiska morskiego. Teraz wiemy, iż prawda jest zgoła odmienna, a nasze pokolenie musi ponosić konsekwencje głupoty dawnych Europejczyków. Co się dzieje? Metalowe obudowy zjada korozja, a zawarte w nich materiały wybuchowe przedostają się do wody i osadów na dnie. Na przykład trotyl, powszechnie znany jako TNT, może powodować mutacje komórkowe oraz rozwój nowotworów. Mało zachęcająca perspektywa, prawda?
Pierwszy alarm pojawił się za sprawą badań prowadzonych w latach 2018-2023, które przeprowadzili naukowcy związani z projektem North Sea Wrecks. Analizowali oni próbki osadów oraz organizmów żyjących w pobliżu miejsc składowania amunicji. Szczególnie niepokojące okazały się wyniki dotyczące ryb dennych. W tkankach fląder i innych gatunków znajdowały się produkty rozpadu TNT, a u części badanych osobników badacze dostrzegli zmiany chorobowe, w tym uszkodzenia wątroby czy objawy nowotworowe.
Wody Bałtyku i Morza Północnego są wypełnione bombami i bronią chemiczną. Te szkodliwe substancje przedostają się do ryb, które jemy
Chyba najbardziej niepokojący jest dla mnie inny fakt: ten problem nie ogranicza się do pojedynczych miejsc składowania amunicji. Wiele powojennych operacji zatapiania uzbrojenia odbywało się w pośpiechu, a dokumentacja nie zawsze była kompletna. Oznacza to, że na dnie Morza Północnego i Bałtyckiego mogą znajdować się tysiące nieoznaczonych lokalizacji zawierających niewybuchy czy materiały wybuchowe.
Uczeni obawiają się również konsekwencji dla bezpieczeństwa żywnościowego. Choć obecnie nie dysponujemy jednoznacznymi normami określającymi bezpieczny poziom pozostałości TNT w rybach przeznaczonych do spożycia, sama obecność toksycznych związków w tkankach zwierząt budzi coraz większe obawy. Konieczne są dalsze badania pozwalające określić skalę ryzyka dla ludzi regularnie spożywających owoce morza pochodzące z tych akwenów.
Czytaj też: Jeśli szukasz pretekstu, żeby wrócić na basen, nauka właśnie podsunęła całkiem dobry
Paradoksalnie, rozwój morskiej energetyki wiatrowej uwidacznia skalę problemu. Budowa farm wiatrowych wymaga bowiem szczegółowego badania dna morskiego. Wtedy uczestnicy poszukiwań natykają się na miny i bomby z okresu obu wojen światowych. Samo usuwanie niewybuchów stwarza wyzwania środowiskowe. Tradycyjne detonowanie odnalezionych min pod wodą generuje potężne fale uderzeniowe, które mogą uszkadzać słuch delfinów, morświnów i innych ssaków morskich. Dlatego coraz częściej w grę wchodzą nowatorskie technologie neutralizacji amunicji, pozwalające ograniczyć hałas i wpływ na ekosystem.
Niemcy uruchomiły już specjalny program mający na celu stopniowe oczyszczanie Morza Północnego i Bałtyku. Na ten cel przeznaczyli około 100 milionów euro. W działaniach biorą udział zaawansowane podwodne roboty wyposażone w kamery, czujniki i manipulatory zdolne do identyfikacji oraz wydobywania niebezpiecznych obiektów. Inżynierowie testują dodatkowo pływające instalacje w celu bezpiecznej utylizacji materiałów wybuchowych bez konieczności transportowania ich na ląd. Ale czy możemy jeszcze realnie uporać się z tymi problemami? Obawiam się, że na ratunek było za późno już w momencie zatapiania amunicji.
