Arthur Schopenhauer, filozof wolny strzelec (z epizodem zatrudnienia przez korporację uniwersytecką w Berlinie), pewnego dnia wpadł na pomysł, że źródłem naszego nieszczęścia są pragnienia, wola życia. Może nawet nie wpadł, tylko przetłumaczył tę ideę z buddyzmu lub Upaniszad na zachodni sposób myślenia. Uprośćmy ją do takiej postaci: po pierwsze doświadczamy wyobrażeń, a nie rzeczywistości, bo pragnienie zniekształca nasze poznanie. Po drugie życie w świecie wyobrażeń jest cierpieniem, bo w tym świecie nie ma mechanizmu trwałego zaspokojenia.

Współczesna religia bogacenia się, wspierana etosem biznesmena, w świetle słów Schopenhauera musi wyglądać jak makabryczny kawał, który wola życia zrobiła ludzkości. Dlatego niemiecki filozof ucieszyłby się pewnie, gdyby usłyszał o Gregu Smisie, dyrektorze wykonawczym finansowego megagiganta Goldman Sachs, który zrezygnował z wartej miliony dolarów rocznie roboty, bo – jak twierdzi – nie mógł już patrzeć w oczy studentom i mówić im z czystym sumieniem, że na Wall Street czeka ich spełnienie.

Niczego takiego nie doświadczą, bo Wall Street to świat nakręcającej się chciwości, uprawianej przez ludzi, którzy amputowali sobie moralne kręgosłupy. Smith oburzył i przeraził kolegów finansistów. Skąd wezmą teraz zastępy inteligentnych młodych ludzi do przyuczenia na kapłanów religii chciwości? Już dzisiaj, kiedy wielki bank chce rekrutować młodych na kampusach prestiżowych amerykańskich uczelni, musi się liczyć z demonstracjami studentów, wznoszących hasła „Take a chance, don’t go into finance” (czyli „Daj sobie szansę, nie idź w finanse”, przykład z Princeton).

Chciwość wyniesiona przez media do roli uniwersalnego standardu, zaszczepiona jako niekwestionowana wartość na całej planecie (piszę ten tekst z Singapuru, gdzie mogę z bliska obserwować jej przejawy), powoduje wewnętrzne spustoszenie człowieka. Unieszczęśliwia nie tylko ludzi umierających z głodu w Trzecim Świecie, bo mieli pecha znaleźć się na niewłaściwym końcu łańcucha konsumpcji, ale także samych bankierów.

Bogacenie się jest jak picie słonej wody. Trudno w to uwierzyć, kiedy ogląda się w telewizji jachty, rezydencje i prywatne jety miliarderów, a samemu przelicza, ile zostało do następnej wypłaty. Kiedy chciałoby się tak jak oni mieć coś płaskiego i szybkiego, w środku obitego skórą – na przykład lamborghini. A jednak psychologiczne (i metafizyczne) prawo brzmi: chciwość nakręca samą siebie. Zaspokajanie jej jest jak drapanie swędzącego miejsca.

Tak mówią mędrcy. A jeśli im nie wierzycie, posłuchajcie psychologów i neurologów. Mózg reaguje nie na siłę doznania, tylko na zwiększającą się intensywność doznań. Kupowanie coraz droższych rzeczy jest jak wstrzykiwanie sobie heroiny – prowadzi do coraz większych potrzeb. Często, jak u heroinistów, do porzucenia moralności w imię zaspokojenia. Dlatego pytam: czy młody człowiek, zanim w stadzie innych owieczek zapisze się na MBA, nie powinien mieć możliwości przemyślenia tego kroku? Czy ktoś nie powinien zasugerować mu, by choć raz ze zrelaksowanym umysłem i rozluźnionym ciałem zadał sobie pytanie: po co? Czy nie powinien mieć możliwości jednorazowej, darmowej konsultacji z neuropsychologiem?