Pierwszy raz rozmawiałam z nim w 2012 roku. Dostałam zlecenie z redakcji „National Geographic Traveler” na wywiad z człowiekiem bez płuca, który ukończył Ironmana – morderczy triathlon (4 kilometry pływania, 180 kilometrów jazdy na rowerze i 42 kilometry biegu). Mniej więcej tak został mi przedstawiony. 

Pojechałam do Krakowa, usiedliśmy w przytulnej knajpce, włączyłam dyktafon. Spodziewałam się historii o wygranej z nowotworem i przesuwaniu granic tego, co uznaje się za możliwe dla osób po tak ciężkiej chorobie. A potem zamierzałam napisać przyjemną, motywującą historię z happy endem.

Wystarczyły dwie godziny i trzy kubki kawy, żebym zorientowała się, że to zupełnie inna opowieść.
Opowieść o śmierci klinicznej, wyciętym płucu, bezdomności i bankructwie. O chorobie, która z Piotrem Pogonem jest już od trzydziestu lat: o nowotworze gardła, przerzucie na płuco, guzie na czole, usuniętej tarczycy.

A także o powolnej utracie słuchu, dziewięćdziesięciu czterech szwach na ciele po różnych
zabiegach i operacjach, o człowieku, który od szesnastego roku życia musi walczyć o każdą minutę życia. I robi to z niewyobrażalną intensywnością. Czasem bardzo twórczą, czasem cholernie niszczycielską.

Wtedy zobaczyłam też to szaleństwo w jego oczach, o którym będzie mi mówiło wielu jego znajomych. Niepohamowaną chęć życia, która pcha go na najwyższe szczyty świata czy na starty najtrudniejszych zawodów triathlonowych, które wymagają żelaznego zdrowia, dyscypliny, treningu. Opowiedział mi też o ogromnej potrzebie pomagania innym – przy okazji pomagania sobie.

Wypiliśmy kawy, pożegnaliśmy się, wywiad został opublikowany. Ale jego historia we mnie została. Rodziła kolejne pytania: jak choroba wpływa na nasze życie, jakie są granice ludzkiej wytrzymałości, czy realizowanie coraz bardziej morderczych celów i zdobywanie coraz wyższych szczytów ma sens
i skąd bierze się siła, by z każdego, nawet największego dołu się odbić, często w zupełnie nieoczekiwaną stronę.

Dlatego spotkałam się z Piotrem Pogonem cztery lata później. Spóźniona. Ale zdecydowana wypić znacznie więcej kaw i rozmawiać nie tylko z nim, lecz także z ludźmi, których spotkał na swojej drodze. Chciałam się dowiedzieć, co 780 sekund oznacza dla człowieka, który już cztery razy uciekł przed śmiercią.


Tak zaczyna się książka Julii Lachowicz "Umarłem cztery razy". To opowieść o człowieku, który nie ma w sobie szarości. Jest wyrazisty. Jak jego życiorys. Polecamy!

Pobierz darmowy rozdział na www.umarlemczteryrazy.pl