Kiedy miałem pięć lat, pojechałem do Łodzi i spotkałem na ulicy ciemnoskórego studenta. Podszedłem do niego i spytałem: „A co ty tutaj robisz? Przecież mieszkasz w Afryce”. W moich rodzinnych Kielcach nigdy nie miałem kontaktu z kimś o tak odmiennym wyglądzie, a mój pogląd na mieszkańców odległych krajów opierał się na znanym wierszyku Juliana Tuwima zaczynającym się od słów: „Murzynek Bambo w Afryce mieszka, czarną ma skórę ten nasz koleżka”. W ten sposób pierwszy raz w życiu stałem się – nieświadomie – hejterem.

Pamiętam do dziś, jak łatwo można powielić stereotyp i wygłosić niemal odruchowo uwagę, która jest w najlepszym razie nieprzyjemna. Dziś podobny mechanizm sprawia, że w Polsce szykanowani są cudzoziemcy. Nie brakuje pełnych jadu wypowiedzi pod adresem mniejszości seksualnych czy religijnych.

Czytaj także: Kiedy mowa nienawiści łamie prawo?

Skąd się to bierze? Badania nad mową nienawiści w sieci pokazują, że hejterzy to z reguły zwykli ludzie. Kiedyś swoje nienawistne uwagi mogli wygłaszać co najwyżej w gronie podobnie myślących znajomych czy rodziny. Dziś większa część społeczeństwa ma dostęp do internetu, nierzadko poprzez telefon komórkowy, z którym praktycznie się nie rozstajemy. W takiej sytuacji mechanizmy rządzące naszym umysłem z łatwością mogą zamienić nas w hejterów.

Hejt jest miły

Gdybyśmy mogli zajrzeć do głowy osoby piszącej nienawistny komentarz w internecie, zapewne zobaczylibyśmy pobudzenie ważnego fragmentu jej mózgu – tzw. układu nagrody. To on odpowiada za poczucie satysfakcji z tego, co robimy. Uaktywnia się np. wtedy, gdy patrzymy na zdjęcie ukochanej osoby. Ale taką samą reakcję obserwuje się u osób, które mogą kogoś skrytykować – twierdzą szwajcarscy uczeni.

Jest to szczególnie nasilone wtedy, kiedy uważamy, że czyjeś zachowanie odbiega od normy. Na tej samej zasadzie działa hejt. David Kupelian w książce „How Devil Works” proponuje prosty eksperyment myślowy: wyobraźmy sobie, że za całe zło tego świata możemy obwinić konkretną grupę ludzi, np. Żydów. Co wtedy czujemy? „Euforię, ulgę, ekstazę, siłę, poczucie przynależności i prawości, odzyskanie utraconej niewinności. Nienawiść i obwinianie innych doskonale podrabiają takie uczucia” – pisze autor. Okazywanie takich emocji publicznie nie jest jednak mile widziane i hejterzy doskonale o tym wiedzą. Zdecydowana większość z nich nie potrafiłaby powiedzieć komuś prosto w twarz tego, co na jego czy jej temat wypisują w internecie.

„Wielu ludzi nie wie, jak rozładować frustrację. W sieci mogą zrobić to bezpiecznie, nie narażając się praktycznie na żadną karę” – mówi dr Małgorzata Wójcik, psycholog z  Uniwersytetu SWPS Katowice. Co więcej, ludzie najczęściej odreagowują w ten sposób własne życiowe problemy. „Jeśli nie możemy wyładować swej frustracji np. na szefie, który nie dał nam podwyżki, przenosimy ją na inny obiekt, pisząc o imigrantach, którzy odbierają Polakom pracę. Jeśli widzimy piękniejszą od nas celebrytkę, napiszemy, że jest głupia, by podnieść własną samoocenę i lepiej się poczuć” – wylicza dr Wójcik.