KRYSTYNA ROMANOWSKA: Szefa, o którym mogłabym powiedzieć, że był odpowiedzialny, miałam ostatnio dziesięć lat temu. Potem spotykałam osoby, które zajmując wysokie stanowiska, nie zdawały sobie sprawy, jak mają używać władzy, a co za tym idzie – swojej odpowiedzialności.

DOROTA BIAŁY: I co pani z tym robiła?

Zmieniałam pracę.

I dobrze. Czasem dopiero z perspektywy wielu lat widać, czy poprzedni szefowie byli personifikacją mojego pecha, czy szczęśliwego zbiegu okoliczności... Czy też jednym i drugim naraz! Bo przecież, kto wie, gdyby nie oni, może nie siedziałybyśmy dzisiaj we włoskiej restauracji, popijając pyszną kawę. Czasem, chcąc się rozstać z szefami lub z zespołami, które tworzą, podejmujemy decyzje pomagające nam przekraczać dotychczasowe ograniczenia. Niestety, władza i odpowiedzialność często są sobie tragicznie obce. I to nie jest zabawne – nie można używać władzy i przywilejów bez odpowiedzialności.

Co się wtedy dzieje?

- Zamiast firmy mamy cyrk, w którym w gabinecie dyrektorskim siedzi małpka zaglądająca bez przerwy do lustra, a przed widownią występuje neurotyczny pudelek w czołgu, który w ataku lęku myli scenę z widownią. I rozjeżdża ludzi gąsienicami. Marzy mi się jakaś społeczna kampania, w której rozmawiają ze sobą już od przedszkola Siła i Odpowiedzialność. W roli szefa – zresztą także w roli zwykłego pracownika – często zaspo-kajamy swoje narcystyczne potrzeby, gramy w różnego rodzaju gry. Nie za-wsze znamy siebie i nie zawsze wiemy, co się z nami dzieje. I widać, jak cierpimy z tego powodu. Widać, że ludzie zarządzający często i boleśnie ścigają się: kto ładniejszy albo kto skuteczniejszy w zwalnianiu ludzi.

Amerykanin Al Dunlop bez mrugnięcia okiem zwalniał tysiące pracowników, sprzeniewierzył 60 mln dolarów. „Fast Company” nazwał go „najbardziej psychopatycznym szefem wszech czasów”.

- Tak, to jest dopiero odpowiedzialność! Mówię to z ironią. Nie można jednak pomijać w tym obrazku rzeszy świadomych, odpowiedzialnych kucharzy, kelnerek, lekarzy, nauczycieli, rodziców, dyrektorów, prezesek, studentów i rolników, którzy nie zachwycają się sobą w lusterku. Robią swoją robotę, a przywilejami cieszą się tak po prostu i bez wyrzutów sumienia. Mając je, używając ich świadomie, potrafią się też nimi dzielić. Kwestia odpowiedzialności dotyczy w jakimś stopniu każdego z nas indywidualnie. Codziennie przydałoby się każdemu z nas zrobienie wewnętrznego bilansu siły, władzy i przywilejów, jakie mamy (a często mamy tego dużo: pieniądze, uroda, zdrowie, wiedza, umiejętności psychologiczne, przywileje płynące z duchowości itd.), widzianych jako nasz zasób, i sposobu, w jaki nimi zarządzamy.

A dokładniej: jakie pytanie powinniśmy sobie zadać?

- Jakim celom służy mój potencjał, jakim wartościom, jakiej idei? Bierzmy odpowiedzialność za to, co mamy w głowach i sercach, nie zrzucajmy odpowiedzialności za to wszystko na swojego szefa albo na państwo. Co my tak naprawdę wspieramy swoją codzienną pracą? Jeśli nasze niezaspokojone, głodne (zabawy? uwagi?) dziecko w nas, ciągle i ciągle ma za mało zabawek, musi mieć jeszcze więcej władzy albo lepszych rzeczy, na które musimy zarobić w taki czy inny sposób, to nie możemy narzekać, że szef traktuje nas przedmiotowo – przecież my sami tak się traktujemy.