U progu stalinizmu w Polsce cenzura otrzymała zalecenie bezwzględnego „eliminowania treści religijnych i akcentów fideistycznych” w książkach, artykułach i audycjach radiowych. Instrukcje były jednak mało precyzyjne, a czasy – coraz groźniejsze. Urzędnicy woleli okazać nadgorliwość niż narazić się na zarzut braku czujności. W środowisku dziennikarskim krążyła anegdota – podobno autentyczna – że podczas redagowania kolejnego numeru jednej ze stołecznych gazet doszło do znamiennego incydentu. W przygotowanym reportażu znalazło się zdanie „przez otwarte okno do pokoju wleciała boża krówka”. Przezorny cenzor skreślił słowo „boża”. I tak poszło do druku.

UCIECZKA NA WSCHÓD


Dzisiaj wydaje się, że peerelowski Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk zajmował się przede wszystkim tłumieniem krytyki ustroju i elity władzy. Nic błędniejszego. Tylko niewielki procent ingerencji dotyczył opinii politycznych – większość dziennikarzy sama omijała drażliwe tematy, wiedząc, że partia nie pozwoli im napisać prawdy. Cenzura przywiązywała wagę do spraw pozornie błahych. Od roku 1944 kontroli podlegało każde słowo, mające zaistnieć w przestrzeni publicznej. Dziesiątki tysięcy urzędników zatwierdzało treść zarówno encyklopedii, jak i etykiet zapałczanych. Równie wnikliwie czytano sprawozdanie z plenum KC, jak i maszynopis książki kucharskiej lub elementarza. „Uzgodnienia” wymagały w tym samym stopniu sztuka grana w Teatrze Narodowym, jak i występ estradowy na prowincji.

Władzę nad świadomością milionów Polaków cenzorzy sprawowali tyleż pryncypialnie, co bezmyślnie. Urzędnikom GUKPPiW wszystko kojarzyło się z działalnością antypaństwową. Anegdotyczny pod tym względem stał się przypadek Stefana Kisielewskiego (notabene twórcy słynnego określenia „dyktatura ciemniaków” na rządy cenzorów). Krzysztof Kozłowski, odpowiedzialny w „Tygodniku Powszechnym” za kontakty z cenzurą, wspominał: „Kiedyś nam zdjęto, pamiętam, felieton Kisiela, który załamany przez kolejne zatrzymywane teksty, postanowił napisać rzecz politycznie obojętną, byle go wydrukowano. Opisał swój spacer po lesie. Cenzor nie pozwolił na publikację, interpretując artykulik jako wyraźne wezwanie do walki partyzanckiej”.

Jeszcze bardziej kuriozalny przypadek zdarzył się Juliuszowi Machulskiemu w czasie reżyserowania „Seksmisji”. W scenariuszu filmu była scena, w której jeden z bohaterów filmu – po ucieczce z podziemnej krainy kobiet – wykrzykuje „Kierunek Wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja”. Sprawa oparła się o Komitet Centralny, towarzysze odpowiedzialni za „front kulturalny” uznali jednak, że mają do czynienia z ewidentną aluzją „godzącą w sojusze”.

Najważniejszym zadaniem cenzora było ukazać czytelnikowi rzeczywistość taką, jaka powinna być, a nie taką, jaka jest. Usuwano z tekstów informacje o samobójcach i seryjnych mordercach (chyba że zostali już złapani i osądzeni). W felietonach prasowych chętnie drwiono z pijanych robotników, ale jednocześnie dane statystyczne na temat alkoholizmu skrupulatnie wycinano.

Kontrola obejmowała także te gazety, w których pozornie trudno byłoby przemycić coś nieprawomyślnego. „Bardzo dużo publikowałam na łamach »Twojego Dziecka«, najczęściej na temat różnego rodzaju nerwic dziecięcych oraz dolegliwości psychosomatycznych – pisała we wspomnieniach Jolanta Wachowicz-Makowska. – Moczenie mimowolne, jąkanie, tiki czy wymioty nawykowe najbardziej nawet gorliwemu pracownikowi z osławionej ulicy Mysiej [siedziba GUKPPiW] nie dawały się skojarzyć z niczym ideologicznie słusznym lub niesłusznym. Ale nie wszyscy unikali cenzorskich nożyczek. Wezwano mnie kiedyś przed oblicze cenzora, który kazał wykreślić jedno zdanie z artykułu dr Jadwigi Komorowskiej, socjologa rodziny. Pisała ona o zwyczajach domowych i wypsnęło jej się niedopuszczalne stwierdzenie: »Ciasnota współczesnych mieszkań nie sprzyja domowym potańcówkom«. Wyciachano »ciasnotę mieszkaniową« w przeświadczeniu, że jeśli się o niej nie pisze, to tak jakby nie istniała”.

NIEBEZPIECZNA OSPOWATOŚĆ ŚLIWKI