To te dni, kiedy trudno uwierzyć, że czegoś już nie ma i nie będzie. To trudny telefon do wykonania, bo nasz rozmówca nieprzejednany, mówi: Dzień dobry, nie, niestety, przeszłości tu nie ma, nie może podejść do słuchawki. Mogę przekazać Pani teraźniejszość. Podać do telefonu?

I niby to rozumiemy na poziomie głowy, ale chce serce wydzwaniać i wydzwaniać do „wtedy”, „tamtego”, „kiedyś”. Książka adresowa pełna czasu przeszłego.

Lubimy przeszłość, bo jest pełna, kompletna, dookreślona

Trudno nam puścić przeszłość, szczególnie tę dobrą jej część. W niej się lubimy pławić, wspominać, a nawet ją ulepszać. Łudzimy się, że to możliwe i nagle to, co dobre, staje się lepsze, a to, co było lepsze, z czasem staje się wspaniałe.

Co ciekawe, mamy też zdolność rozpamiętywania tego, co trudne. Ale tu też wspomnienie lubi się wypłaszczać i kwitujemy podróż sentymentalną: a w sumie to nie było tak źle.

Lubimy przeszłość, bo przeszłość jest pełna, jest kompletna. Ma swój początek, środek i koniec. Ona jest dookreślona. Ona ma przyczyny i skutki. I choć czasem możemy odkrywać kolejne zaskakujące dane z tej przeszłości, to jednak większość faktów w niej pozostaje bez zmian. A to daje poczucie bezpieczeństwa, za którym tak tęsknimy.

Ani teraźniejszość, ani też przyszłość nie mają takiej opcji. One się albo właśnie dzieją, albo dopiero wydarzą i nic nie można przewidzieć. Dlatego też lubimy więc wracać do tego, co już znane, logiczne i odkryte.

I jak ten detektyw za biurkiem z butami wyłożonymi na blat, w ręku trzymając cygaro mówimy: No to wiadomo, ta sytuacja zapoczątkowała cały cykl zdarzeń. Osoby zaangażowane w to zdarzenie nie miały wyboru i pociągnęły losy kolejnych osób. Gdyby nie to, to można by było sprawy uniknąć, ale tak to wiemy już, że się nie dało, bo prawdziwa przyczyna leżała gdzie indziej.

Do zaakceptowania przeszłości potrzeba czasu i świadomości

Ja lubię przeszłość. Ale musiałam do niej dojrzeć. A raczej musiałam wystarczająco się od niej odsunąć, żeby zobaczyć w niej wartość. Funkcja czasu to żyła złota, ale sama ona nie wystarczy.

Żeby zrozumieć i zaakceptować przeszłość, trzeba nam czasu i... świadomości. Zbudowania wiedzy o sobie samych z wtedy, o tamtych okolicznościach, o tamtym otoczeniu. I dopiero taka para, czas i świadomość, może spokojnie odprowadzić przeszłość – gdzieś, gdzie ta może odpocząć. Posadzić ją w bujanym fotelu i co jakiś czas wracać, jak wnuczek do dziadka z kolejnymi pytaniami, na które odpowiedź zna tylko on.

Przeszłość trzeba rozłożyć i złożyć na nowo. Spoiwem ponownie łączącym jest dystans i mądrość. Oswajanie tego, co było, pomaga przeorganizować przeszłość i sprawić, żeby cegły cierpienia stały się ścianą mądrości.