W rezultacie obserwuje swoje życie w zawężonej perspektywie – wyłapuje potwierdzenia wdrukowanego przekazu i skupia uwagę na tym, co się nie udało i z tego buduje wspomnienia. Z kolei ktoś wychowany w poczuciu, że jest wspaniały i nikt mu nie dorówna, zawęża w przyszłości perspektywę do swojej wspaniałości i np. nie radzi sobie z porażkami albo nie przyjmuje do wiadomości, że ma wady – to inni je mają. To też jest fałszywa narracja. Najlepiej oczywiście zachować balans – mieć w sobie zgodę na jasną i ciemną stronę – zarówno siebie, jak i życia. To jest jak z księżycem. Widzimy tylko jasną część,
a przecież ta zasłonięta też istnieje.

A jak pamięć o przeszłości wpływa na teraźniejszość?

- To zależy oczywiście od tego, czy mamy skłonność do idealizacji, czy pozostawania w poczuciu krzywdy. Uczestniczyłam niedawno w spotkaniu towarzyskim, na którym jedna z osób, choć już znacznie dojrzała, ciągle jest kilkunastoletnią dziewczynką sprzed 50 lat, która nieustannie, w poczuciu krzywdy, wydobywa starą historię, kiedy spotkała ją przykrość. Ta niezałatwiona przez pół wieku pretensja sprawia, że ona cały czas postrzega innych jako krzywdzicieli, a siebie jako ofiarę. Czy taka narracja jej służy? Nie sądzę. Mogłaby być szczęśliwsza, gdyby oprócz krzywdzącej historii pamiętała jeszcze te szczęśliwe, które też przecież były jej udziałem.

Pielęgnowanie wspomnień niewątpliwie determinuje teraźniejszość. Jeśli są one złe, może to być destrukcyjne. Zarazem jest to wygodna postawa: przyjmujemy, że jesteśmy ofiarą, my – tacy szlachetni wobec innych, takich złych.  Ale z tego uporczywego cierpienia czerpiemy tak zwane zyski wtórne: pozostajemy w centrum uwagi, a inni mają nam współczuć. Trwanie w roli ofiary zwalnia nas, w naszym odczuciu, z działania.

Przeczytałam kiedyś w powieści włoskiego pisarza Giancarla Carofiglia takie zdanie: „Przywiązujemysię również do cierpienia, nawet do rozpaczy. Kiedy bardzo cierpieliśmy z powodu jakiejś osoby, jesteśmy przerażeni, kiedy ból mija. Ponieważsądzimy, iż znaczy to, że wszystko naprawdę się kończy”.

- Tak bywa. Zdarza się czasem, że ludzie rozczarowani w miłości nie wchodzą w następne związki, bo latami karmią się poczuciem, że ten nieudany był taki wyjątkowy. Inni robią wszystko, by zapomnieć. Tymczasem warto rozróżnić „pamiętać” od „rozpamiętywać”. Pamięć ma w tym wypadku zbawienną właściwość – chroni nas nieraz przed popełnieniem podobnych błędów. Choć to oczywiście nie jest reguła. Często, skrzywdzeni przez trudnego partnera, następnym razem wybieramy „bezpiecznego”, kosztem być może temperatury uczuć. Najlepiej jest oczywiście ani nie pielęgnować straty, ani nie udawać, że nic się nie zdarzyło, tylko świadomie przeżyć to, co się stało. To pozwala następny związek oprzeć na bardziej realnych przesłankach niż tylko uczucie.

Bardzo ważne w radzeniu sobie z przeszłością jest dopuszczenie do siebie, że my też mieliśmy swój udział w tym, jak potoczyło się życie. To pozwala wyzwolić się z roli ofiary i w przyszłości postępować bardziej świadomie. Rzecz jest w autorefleksji – przemyśleniu dawnych zdarzeń w taki sposób, by zrozumieć, że był to fragment naszego życia, w jakimś stopniu nieudany, ale jednocześnie przecież zdarzyły się inne rzeczy. To nie wyszło, ale inne rzeczy – tak. Jeśli spróbujemy tak myśleć, pogodzimy się, że życie nie przebiega linearnie, tylko składa się ze wzlotów i upadków i wszystkie one są chwilowe, przeminą, to będzie nam łatwiej pójść do przodu. A jeśli nawet zbłądzimy, będziemy potrafili wyciągnąć wnioski.