Na zapleczu klubu muzycznego ginie znany piosenkarz. Sprawa wygląda na dzieło zawo­dowca. W sprawie brak jednak motywu oraz narzędzia zbrodni. Jedyny naoczny świadek zdarzenia przebywa w szpitalu w śpiączce. Policjanci nie mają praktycznie nic. Jedynym dowodem, który udaje się zabezpieczyć, jest ślad zapachowy. O stwo­rzenie profilu przestępcy zostaje poproszona Sasza Załuska, zawodowa profilerka. Czasu ma niewiele, zapachu nie można badać w nieskończoność.

Tak zaczyna się „Pochłaniacz”, kryminał Ka­tarzyny Bondy. Wydana kilka la temu książka błyska­wicznie stała się bestsellerem, a krytycy zachwalali ją jako „idealną na wakacje 2014”. Skąd ten sukces? Sasza Załuska to zupełnie nowy typ bohaterki. Jej mocne strony to ambi­cja, upór, siła. Sasza ma umiejętność analizy, refleks, a także duże poczucie wolności, świetną figurę i bardzo kocha swoje dorastające dziecko. Ale są też słabsze strony Saszy, choćby jej uzależnienie od alkoholu i egoizm. Okazuje się, że to właś­nie taka postać jest w stanie stworzyć profil psychologiczny najbardziej tajemniczego przeciwnika. Nakreślić, w czym jest dobry, a z czym sobie nie radzi. Tyle literatura kryminalna. W rzeczywistości odkrywanie swoich mocnych stron bywa bardziej fascynujące niż najlepszy kryminał. Bo dotyczy spraw najciekawszych - nas samych.

Wskazówka 1. Sprawdź, co ci przychodzi bez wysiłku

Ale najpierw pytanie, które na początku śledztwa zadałby chyba każdy dociekliwy detektyw: jak to w ogóle możliwe, że nie znamy swoich dobrych stron? Przecież to właśnie nasze zalety, nasze kompetencje, to, w czym jesteśmy mocni, pcha nas do przodu! To dzięki nim odnosimy sukcesy, nie tylko zawodowe. Dlaczego mielibyśmy te nasze mocne strony igno­rować, nie dostrzegać ich, nie być ich świadomi? Dlaczego w tej - akurat bardzo przyjemnej kwestii - mielibyśmy siebie okłamywać?

Odpowiedź jest prosta. Nie wszystkie nasze mocne strony uważamy za atrakcyjne. I odwrotnie - często chcemy mieć te, które były nam stawiane za wzorzec, a których nigdy nie mieliśmy. „W dzieciństwie często spełnialiśmy oczekiwania rodziców, bo baliśmy się odrzucenia. Potem podobnie działo się w relacjach z rówieśnikami. W ten sposób nieświadomie wytworzyliśmy fałszywe self. Takie, które jest dla innych, za które inni będą nas podziwiać. Przez to tracimy kontakt z tym, co w nas autentyczne, nie dopuszczamy do głosu praw­dziwych pragnień, nie doceniamy swoich prawdziwych za­let” - tłumaczy Paweł Pilich, coach, trener i psychoterapeuta z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie.

Przykład? Nasz ojciec był marynarzem, o nawigacji mógł mówić godzinami. Wyrośliśmy w przekonaniu, że nie ma gorszego wstydu niż gdzieś się zgubić. Niestety sami mamy fatalną orientację w przestrzeni. Wiedzą to wszyscy z wy­jątkiem nas samych. A raczej my też to podejrzewamy, ale staramy się tę myśl stłumić. Robimy więc wszystko, by wszę­dzie trafić bez błądzenia i na czas. Studiujemy mapy, byle tylko nikogo nie pytać o drogę. W dotarcie do celu zazwy­czaj wkładamy mnóstwo wysiłku. I - oczywiście - zazwy­czaj w końcu się udaje. Odtrąbiamy wtedy sukces (z czasem zaczynamy wierzyć, że naprawdę jesteśmy świetni w nawi­gacji) i dorzucamy kolejną cegiełkę do budowy „fałszywego ja”. Nie zauważamy, że naszą mocną stroną wcale nie jest dobra orientacja w przestrzeni, ale na przykład... wytrwałość w dążeniu do celu.

Im więcej wysiłku, tym większe uznanie dla samego sie­bie. „Jeśli nie musiałeś nad czymś ciężko pracować, nie mo­żesz tego nazwać sukcesem” - powiedział niedawno w wy­wiadzie dla „Time’a” Ricky Gervais, brytyjski komik, autor kultowych, pokazywanych w telewizjach całego świata seriali „Biuro” czy „Idiota za granicą”. To przewrotne zdanie zrobiło na czytelnikach tygodnika takie wrażenie, że błyskawicznie trafiło na portale społecznościowe i było udostępniane jako „złota myśl”.

„Rzadko doceniamy zdolności, które przychodzą nam bez większego wysiłku. A to właśnie lekkość w robieniu czegoś jest świetną wskazówką, że w tym akurat jesteśmy dobrzy” - podpowiada dr Katarzyna Schubert-Panecka, executive coach, mediatorka gospodarcza, wykładowca uniwersytecki m.in. w Karlsruhe w Niemczech i prezeska Stowarzyszenia Mediacyjnego AGM. Jej zdaniem jeszcze lepszym drogowskazem jest tzw. flow. To stan uskrzydle­nia, szczęście, nie tyle przyjemność, ile satysfakcja płynąca z wykonywania jakiegoś zadania. W stanie flow jesteśmy tak pochłonięci jakąś czynnością, że nie czujemy głodu, nie zwracamy uwagi, że przy pracy zastała nas noc, a może wręcz poranek. „Stan flow, lekkość i przyjemność w robie­niu danej rzeczy, to podstawa do zbudowania kompasu, któ­ry podpowie nam nie tylko, w czym jesteśmy mocni, ale też w którą stronę iść” - mówi Schubert-Panecka.

Stan flow doskonale zna Katarzyna Bonda, autorka wspo­mnianego kryminału „Pochłaniacz”. „Gdy zaczynam pisać powieść, nic nie ma znaczenia. Z nikim się nie widuję, prawie nie wychodzę z domu” - przyznaje. Ale droga do zostania jedną z najlepszych autorek kryminałów w Polsce była długa. I bardzo trudna. Przez ponad 10 lat pracowała jako dziennikarka. Jako 18-latka zaczynała w „Kurierze Podlaskim”, potem przeniosła się do „Expressu Wieczornego Warszawy”, by w końcu trafić do „Newsweeka”. Zajmowała się sprawami sądowymi, krymi­nalnymi i społecznymi: „Choć były za każdym razem nowe i inne, to ja miałam wrażenie, że cały czas przetwarzam te same informacje. Byłam kompletnie wypalona” - wspomina.