Znudzenie vs uniesienie

„Jeszcze trzy kwadranse?!” – Gaweł nie może się nadziwić, że czas płynie tak wolno. Przez pierwsze dwie godziny dzielnie brnął przez dziesiątki CV. Doszedł jednak do kresu wytrzymałości. Ulotniło się wszelkie zainteresowanie selekcją kandydatów i ich życiorysami. Myśli tylko o tym, jak dotrwać do fajrantu (och, jak on kocha to nieco staromodne słowo). Taktyka jest prosta: odpowie na kilka prywatnych SMS-ów, wyskoczy na papieroska, poflirtuje z nową recepcjonistką. W końcu przecież musi wybić ta upragniona, wytęskniona i oczekiwana jak nic innego na świecie siedemnasta.

A przecież można zupełnie inaczej, na co wskazuje przykład kolegi Gawła zza sąsiedniego biurka. Paweł (powiedzmy, że tak ma na imię) siedzi przed klawiaturą swojego laptopa, a sprawozdanie z rekrutacji właściwie samo się pisze. Minuty i godziny mijają mu tak szybko, jakby były sekundami. Zmęczenie nie ma nad nim władzy. Nie czuje też głodu i pragnienia, więc zapomniał o lunchu. Co z tego, że wdzięczy się do niego najfajniejsza dziewczyna w dziale? Jedyne, co istnieje w tym momencie, to jego raport.  

Stan, w którym znajduje się Paweł, psycholodzy nazywają flow, a z polska – przepływem lub uskrzydleniem. Pojęcie stworzył i upowszechnił Mihály Csíkszentmihályi, amerykański badacz szczęścia o niemożliwym do wymówienia nazwisku. Pochodzący z Węgier uczony przez lata zadawał sobie pytanie, jak pracować i zarabiać, nie tracąc radości życia.

Odkrył, że naszej aktywności (zresztą nie tylko zawodowej) może towarzyszyć satysfakcja, uniesienie, a czasem nawet ekstaza. Kluczem jest zespolenie z tym, co się robi.


Nic za darmo

Gdy mówimy o flow, przed naszymi oczami stają wybitni ludzie, tacy jak Robert Lewandowski, Chris Botti czy Richard Branson. Pierwszy jak natchniony strzela gole w ważnych meczach, drugi odlatuje razem z dźwiękami swej trąbki, trzeci nie zazna spokoju, dopóki nie zachwyci rynku kolejną kosmiczną usługą. Ale to euforyczne przeżycie nie jest zarezerwowane dla gwiazd sportu, muzyki i biznesu. Może go doświadczyć także ktoś taki jak Paweł, zwykły zjadacz korporacyjnego chleba.

Wykształcenie, zawód, pozycja społeczna nie mają tu nic do rzeczy. Jak twierdzi Csíkszentmihályi, ten rodzaj transu w równym stopniu dostępny jest wynalazcy jak i hydraulikowi. Trudno nie przyznać mu racji, skoro od czasu do czasu przydarza się to każdemu z nas: w godzinę robimy to, na co zwykle potrzebujemy dnia, a mimo to zamiast zmęczenia czujemy entuzjazm.

Takie momenty wydają się nieprzewidywalne, ale doświadczenia Pawła pokazują coś innego. Zazwyczaj długo musi się wgryzać w dane zagadnienie, pokonywać swój wewnętrzny opór i rozproszenia, zanim złapie pożądany rytm. Co zgadza się ze spostrzeżeniem Csikszentmihalyiego, według którego niepodobna osiągnąć flow „bez wysiłku, bez mozołu zdobywania”. To nagroda za podjęcie inicjatywy, za wyjście poza strefę komfortu. Dostają ją jedynie ci, którzy nie chcą być jak korek dryfujący tam, gdzie fala poniesie.

„Auto spala najwięcej paliwa, ruszając” – obrazowo tłumaczy trener rozwoju osobistego Mirosław Słowikowski. „Z człowiekiem jest tak samo – najtrudniej mu się do czegoś zabrać. A to komputer źle działa, a to koleżanka kusi urodzinowym tortem, a to trzeba napić się kawy. Wymyślimy wszystko, byle odciągnąć się od roboty”.

Ale zacząć to zaledwie połowa sukcesu. Wie o tym doskonale Gaweł, który na początku dnia jest zwykle w stanie wysokiego pobudzenia i sumiennie zajmuje się tym, za co mu płacą. Potem jednak przechodzi do czynności pozorowanych – jak przeglądanie firmowej poczty, wchodzenie na branżowe portale czy zwoływanie zebrań. W końcu nie ma nawet tyle energii, by udawać przed kierowniczką pilnego i zaangażowanego.

„Markowanie pracy może być cięższe niż pełne w nią zaangażowanie” – uśmiecha się dr Marek Suchar, socjolog i prezes IPK jednej z najstarszych firm doradczo-rekrutacyjnej. Gaweł, patrząc na  odprężenie i spokój swego działowego kolegi Pawła, bezwarunkowo zgadza się z tym stwierdzeniem.

Prawdę mówiąc, nie jest typowym obibokiem. Gdy się jednak bierze za jakiś projekt, umysł przypomina mu o sprawach, którymi akurat nie powinien się zajmować – jak niezapłacona rata kredytu, kłótnia z sąsiadem czy huśtawka nastrojów żony. Na to się nakłada lęk, że jego stosunek do obowiązków i niska wydajność wyjdą w końcu na jaw, co może pociągnąć za sobą utratę posady.

 

Pułapka frazzle

„Rewolucje w głowie” Prof. Daniel Goleman (ten od inteligencji emocjonalnej powiedziałby zapewne, że Gaweł utknął w pułapce frazzle. Tak anglojęzyczni neurobiolodzy określają stan będący całkowitym przeciwieństwem flow – cechuje go emocjonalne rozstrojenie, które bierze się stąd, że nasz układ nerwowy wskutek ciągłego stresu tonie w powodzi kortyzolu i adrenaliny.

W chwili przepływu nasze zazwyczaj chaotyczne myśli zostają uporządkowane przez koncentrację na bieżącym przedsięwzięciu. Nie tracimy energii na zamartwianie się codziennymi problemami, do czego zazwyczaj ma skłonność nasz pozostawiany samemu sobie umysł. Uskrzydlenie daje choćby chwilową wolność od trosk. To jeden z powodów, dla których Paweł tak ceni to bliskie magii uczucie. I powtarza za Stevenem Kotlerem, amerykańskim dziennikarzem naukowym, że flow to najbardziej uzależniający stan, jaki istnieje.

 

Mówi o najcudowniejszym pod słońcem haju, bo osiąganym bez chemicznych wspomagaczy. A jednak ten szczególny rodzaj odurzenia to rzadkość. W swojej najnowszej książce „Focus” Daniel Goleman przywołuje badania polegające na pytaniu ludzi w losowych momentach o nastrój. Jak się okazuje, przez większość czasu jesteśmy tacy jak Gaweł – znudzeni lub zestresowani, a okresy całkowitego zanurzenia się w daną aktywność – decydujące o skuteczności i satysfakcji pasjonatów w rodzaju Pawła – są wyjątkiem. Tylko co piąty ankietowany doświadcza takiego szczęścia choćby raz dziennie. Około 15 proc. stwierdza, że doznania z gatunku flow są im zupełnie obce.

 

Jak osiągnąć flow?

„Żeby niezaangażowany pracownik mógł się zbliżyć do strefy, w której można mówić o uwadze, trzeba mu zwiększyć motywację i entuzjazm, obudzić poczucie celowości i dorzucić nieco presji” – podpowiada prof. Goleman.

Środkiem do celu – dodaje – może być połączenie pracy z pasją. Aby się zatracić w swoich obowiązkach, trzeba przecież naprawdę je kochać. Spójrzmy prawdzie w oczy: czy coś takiego może przydarzyć się księgowemu, który wybrał zawód pod naciskiem rodziny, a w głębi duszy jest artystą?

„Umiarkowana motywacja raczej nie pozwoli nieszczęśnikowi poczuć jedności z podatkową księgą przychodów i rozchodów, którą akurat prowadzi” – odpowiada dr Suchar. I uściśla: „Ten człowiek ma szanse na flow, jeśli po godzinach poświęci się swojemu zamiłowaniu – rysowaniu komiksów, muzykowaniu lub występom na deskach amatorskiego teatru”.

Teraz gorsza informacja: nie każda rozrywka daje nam uskrzydlenie, na co dobitnie wskazują wyniki sondażu Golemana. Przepływu doznaje zaledwie 18 proc. ludzi oddających się takim przyjemnościom jak oglądanie telewizji, spotkania z przyjaciółmi bądź wizyty w restauracji. A to, co wtedy odczuwa większość z nas, bliższe jest apatii niż euforii.

Na tym polega kolejny problem Gawła: nie może się doczekać weekendu czy urlopu, a gdy wreszcie ma kilka lub kilkanaście dni laby, nie wie, co z nimi robić – i szybko zaczyna się nudzić. Ulrich Schnabel w „Sztuce leniuchowania” dowodzi, że poczucie uskrzydlenia łatwiej osiągnąć w biurze niż poza nim. Każda sensowna praca ma bowiem cechy aktywności spod znaku flow: jasno określone cele, potwierdzenia zwrotne, reguły i procedury domagające się absolutnej koncentracji na bieżącym zajęciu.

 

Wirtualne szczęście

Pozbawiony struktury czas wolny o wiele trudniej zorganizować. Najczęściej spędzamy go pasywnie, w czym pomaga przemysł rozrywkowy, dostarczając pozornych atrakcji i pseudozaangażowań. „Zamiast samemu uprawiać sport, oglądamy mecze piłkarskie w telewizji, zamiast muzykować, słuchamy hitów na iPodzie, a z braku własnych przygód chodzimy do kina i oglądamy aktorów, którzy udają, że przeżywają pełne napięcia przygody” – ubolewa Schnabel. Wydarzenia na ekranie tak nas wciągają, że tracimy ochotę na jakąkolwiek aktywność w realu, bo co może się równać z wyczynami Avengersów, Bonda lub Katniss z „Igrzysk śmierci”? „Ale jest mało prawdopodobne, że rozwalając się na fotelu i wcinając popcorn, przeżyjemy prawdziwie twórczy odlot” – ostrzega Marek Suchar.

Jaki z tego wniosek? Ano taki, że jeśli chcemy zafundować sobie chwile radosnego zapomnienia, a przy okazji wznieść się na szczyt swoich możliwości, lepiej zająć się tym, co naprawdę nas kręci. „Z każdej czynności wyciągniemy tyle, ile włożymy w nią serca” – przekonuje Mirosław Słowikowski. „Dotyczy to zarówno pracy zawodowej, jak i pisania powieści, udziału w turnieju tańca czy pędzenia motocyklem po bezdrożach”.

Gawłowi głęboko wryła się w pamięć maksyma z ostatniego szkolenia motywacyjnego: „To nie ciężar łamie ci grzbiet, lecz sposób, w jaki go niesiesz”. Gdy trenerka mówiła, że nie zna lepszego pomysłu na hiperwydajność niż flow, oczyma wyobraźni zobaczył Pawła i radość, która maluje się na jego twarzy, ilekroć dosłownie rozpływa się w wykonywanej czynności. Gaweł zaczyna rozumieć, że znaczenie tych optymalnych momentów wykracza daleko poza sferę produktywności.

Stawką jest głębokie i trwałe szczęście. Zdecydował się ponieść wysokie koszty, byleby się do tego stanu zbliżyć. Czy w życiu mamy cel godny większego wysiłku?