Kartka zapisana jest długopisami w kilku kolorach. Na czarno: „Postanowienia noworoczne na 2009”. I korekty: na czerwono te z 2010, na granatowo z 2011, na zielono i szaro kolejne lata. Punkt pierwszy na liście - „lose weight” (schudnąć). Dopisane na czerwono „more” (bardziej), które rok później zostaje skreślone zieloną kreską i uzupełnione na niebiesko słówkiem „again” (znowu). Następne punkty są o regularnym uprawianiu sportu, rzucaniu alkoholu i papierosów, poprawieniu relacji z żoną czy z szefem... A kolorowe uwagi świadczą o podobnie mizernych (jeśli jakichkolwiek) efektach, jak przy zrzucaniu wagi.

Skan kartki na przełomie roku błyskawicznie podbił internet. Co chwila ktoś udostępniał go na Facebooku, ktoś inny przesyłał go mailem do znajomych z uwagą „to o mnie”. Nic dziwnego, większość z nas doskonale zna mechanizm stojący za postanowieniami noworocznymi, które jeszcze przed lutym umierają śmiercią naturalną. Rok później odrobinę je weryfikujemy. I postanawiamy sobie prawie to samo raz jeszcze. Dlaczego tak trudno osiągać nam założone cele - i to nie tylko te z początku stycznia, ale też te najważniejsze, mające zmienić życie na lepsze? Czemu poddajemy się zazwyczaj niemal na początku, rezygnując po pierwszym potknięciu? Ba, często nie robimy nawet pierwszego kroku? Odpowiedź jest prosta: stawiamy te cele niewłaściwie.

Góra gór

Moim celem było zobaczenie, jaka atmosfera panuje pod Mount Everestem i kim są współcześni wspinacze

23 maja 2013 r. o piątej czterdzieści pięć czasu nepalskiego Monika Witkowska stanęła na Mount Evereście. „Byłam przemarznięta, ledwo żywa, wściekła, że nie działa mój aparat fotograficzny... Wiedziałam też, że do pełni sukcesu droga daleka - muszę przecież jeszcze zejść do bazy na dół. Ale oczywiście czułam też ogromną radość” - mówi Monika, na co dzień pilotka wycieczek zagranicznych i dziennikarka.

Do zdobycia najwyższej góry świata przygotowywała się dwa lata. I nie chodziło tylko o fizyczną sprawność (Monika ma niezłą kondycję, jest doświadczoną żeglarką, a także miłośniczką gór, co nie zwolniło jej z codziennego treningu, polegającego głównie na intensywnych biegach). Znacznie trudniejsze było zgromadzenie odpowiednich funduszy. Wyprawa na Everest w wersji oszczędnościowej, czyli bez pomocy Szerpów, kosztuje ponad 30 tys. dolarów. Było oczywiste, że nikt Monice tych 100 tys. złotych - ot tak! - nie da. Zbyt wiele podróży miała za sobą (choćby tych żeglarskich, z przepłynięciem jachtem - jako pierwsza na świecie - z Alaski na Czukotkę), żeby wiedzieć, że nawet wyjątkowe wyprawy nie budzą entuzjazmu potencjalnych sponsorów. Co nie znaczy, że w końcu się ich nie przekona.

Gdy tylko pomysł się pojawił, Witkowska od razu zaczęła sprawdzać, czy w ogóle jest możliwy. Najpierw porozmawiała ze znajomymi, przeszukała internet, wysłała pierwszy e-mail. Potem zaczęła słać kolejne listy, faksy, chodzić na spotkania. Wykorzystywała znajomości ze swojej pracy pilota wycieczek zagranicznych, szukała informacji u himalaistów z zagranicy. „To była prawdziwa dwuletnia harówka! Ale i ona była cennym doświadczeniem, którego nikt mi dziś nie zabierze” – mówi.

W to, że fundusze uda się zebrać, wątpił nawet mąż Moniki, który zazwyczaj ją wspiera i nie pozawala, by zbyt szybko się poddawała (tak było, gdy miała opłynąć przylądek Horn). Ale… Udało się! Sponsorzy dali nieco mniej niż połowę potrzebnej sumy, reszta pieniędzy pochodziła z oszczędności przeznaczonych na wykupienie mieszkania (mąż Moniki nie protestował).