To motywy budują literaturę
Zacznijmy od tego, że nie mam nic przeciwko tagom. Wręcz przeciwnie, bardzo je lubię, bo pozwalają mi uniknąć wielu książkowych rozczarowań, a czasem po prostu zaoszczędzić kilka godzin życia, które mogłabym spędzić na czytaniu czegoś, co faktycznie mi się podoba. Jeżeli wiem, że w książce pojawia się motyw, którego nie znoszę, to najzwyczajniej w świecie jej nie czytam. Jeżeli natomiast widzę kilka tropów, które szczególnie lubię, prawdopodobnie zaczynam się nią interesować. To naprawdę wygodny system, zwłaszcza dziś, kiedy księgarnie, aplikacje i media społecznościowe są pełne tytułów, a znalezienie czegoś odpowiadającego konkretnym gustom bez jakiegokolwiek filtrowania potrafi przypominać szukanie jednej konkretnej osoby na lotnisku w tłumie (lub nawet gorzej).
Zresztą nie wymyśliliśmy niczego nowego. Literatura od zawsze korzystała z motywów, schematów i powtarzających się konstrukcji. Zakazana miłość, podróż bohatera, rywalizacja, zemsta czy konflikt między dwiema rodzinami pojawiają się w opowieściach od setek, a właściwie tysięcy lat. Samo korzystanie z istniejących tropów nie odbiera więc książce oryginalności, bo ta może przecież wynikać z tego, jak autor dany motyw wykorzysta, rozwinie albo całkowicie odwróci. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy trop przestaje być jednym z elementów historii, a staje się jej głównym produktem. Kiedy zamiast powiedzieć, o czym jest książka, zaczynamy sprzedawać ją za pomocą kilku angielskich haseł.
Czytaj też: Książkowe “fast fashion”. Gdy okładka staje się ważniejsza od treści
I nagle okazuje się, że nie czytamy już po prostu romansu. Czytamy enemies to lovers, slow burn, forced proximity, only one bed, fake dating i oczywiście morally grey male lead, bo najwyraźniej zwykły facet nie ma już prawa istnieć. Najlepiej, żeby miał traumatyczną przeszłość, problemy z komunikacją, kilka trupów w szafie i spojrzenie, które sugeruje, że od piętnastu lat nie widział światła słonecznego. Wtedy możemy już spokojnie uznać, że dostaliśmy wszystko, czego oczekiwaliśmy.
Tylko czy na pewno dostaliśmy książkę?
Tagi miały nam pomagać, a zaczęły sprzedawać historie
No właśnie. Przez długi czas najważniejszym pytaniem dotyczącym książki było po prostu „o czym ona jest?”. Mogliśmy oczywiście znać jej gatunek, autora czy ogólny zarys fabuły, ale mimo wszystko kupowaliśmy historię jako pewną całość. Dziś coraz częściej wystarczy kilka słów, żeby wywołać w czytelniku bardzo konkretną reakcję. Enemies to lovers? Biorę. Fake dating? Zrezygnuję, bo nie lubię. One bed? Może być.
To oczywiście nadal nic złego, dopóki traktujemy to jako wskazówkę. Tagi są pewnego rodzaju językiem skrótu, dzięki któremu czytelnicy mogą bardzo szybko przekazywać sobie informacje. Nie trzeba pisać całej recenzji, żeby powiedzieć komuś, że dana książka zawiera konkretny rodzaj relacji albo określony schemat fabularny. Wystarczy kilka haseł i już wiadomo, czy jesteśmy zainteresowani.


To zresztą jeden z powodów, dla których tak dobrze działają w mediach społecznościowych. BookTok czy Bookstagram nie mają szczególnie dużo czasu na opowiedzenie nam o książce. Kilkanaście sekund filmu i opis muszą wystarczyć, żeby zatrzymać uwagę odbiorcy, a lista tropów jest pod tym względem znacznie bardziej użyteczna niż próba streszczenia trzystustronicowej powieści. „On jest księciem, ona go nienawidzi, muszą udawać związek, a do tego jest tylko jedno łóżko” brzmi jak gotowy materiał na film, podczas gdy „to wielowątkowa opowieść o klasowości, samotności i potrzebie przynależności, w której relacja bohaterów stanowi jeden z elementów większej historii” raczej nie wywoła równie szybkiego kliknięcia.
Tu pojawiła się reakcja łańcuchowa. Kiedy my, czytelnicy, nauczyliśmy się wyszukiwać książki za pomocą tropów, to wydawcy szybko nauczyli się nam je dostarczać. Motyw, który dobrze się sprzedaje, zaczyna pojawiać się coraz częściej, a im więcej książek go wykorzystuje, tym łatwiej stworzyć wrażenie, że właśnie tego wszyscy chcą. Powstaje więc bardzo wygodne koło, w którym popularny trop przyciąga uwagę, algorytm pokazuje kolejne książki wykorzystujące ten sam schemat, czytelnicy zaczynają szukać go jeszcze częściej, wydawcy widzą popyt i produkują następne historie, a później wszystko zaczyna się od początku.
Można to nazwać gospodarką tropów i właściwie trudno o lepsze określenie. Motyw, który kiedyś był po prostu narzędziem konstrukcyjnym, staje się towarem.
Enemies to lovers, czyli ile właściwie trwa bycie wrogiem?
Weźmy więc ten nieszczęsny enemies to lovers, bo chyba trudno znaleźć obecnie lepszy przykład. Sam motyw może być naprawdę świetny, bo przecież mamy tu w domyśle masę emocji. Relacja zaczyna się od wzajemnej niechęci, konfliktu czy nawet otwartej wrogości, a potem – pod wpływem różnych czynników – zaczyna powoli się zmieniać. Bohaterowie dostrzegają w sobie coraz więcej, aż nienawiść zmienia się w coś innego, by ostatecznie przerodzić się w miłość. Jeżeli wszystko jest dobrze napisane, mamy tu mnóstwo miejsca na napięcie, rozwój bohaterów i bardzo satysfakcjonującą przemianę relacji.
Tylko że żeby faktycznie mieć enemies to lovers, trzeba najpierw mieć enemies. A z tym bywa niestety bardzo różnie. Szczerze mówiąc, nie pamiętam już kiedy ostatni raz przeczytałam coś z tym motywem. Najczęściej sprowadza się to do kilku niemiłych uwag, przewracania oczami na swój widok i my, czytelnicy, mamy wierzyć, że oni się nienawidzą, bo… tak. W efekcie, po kilku „jesteś irytujący” i „mam ochotę wywalić cię przez okno” już w trzecim rozdziale następuje intensywne myślenie o częściach ciała drugiej osoby. Jeśli nie mamy szczęścia, to te „nienawistne” teksty są przeplatane tym od samego początku.
Czytaj też: Book boyfriend czy oprawca? Gdzie kończy się dark romance, a zaczyna romantyzowanie przemocy
Skoro enemies to lovers jest motywem popularnym, to masowo produkuje się książki napisane wokół tego hasła. I ta masowość jest największym wrogiem wszystkich tych tropów. Wydawcy naciskają, autorzy klepią literki, a na głębię i jakikolwiek sens brakuje już czasu. Ale kto by się tym przejmował, skoro tag jest, na końcu bohaterowie są razem, a czytelnik już dawno wydał pieniądze.
Kiedy książka zaczyna przypominać checklistę
W dobrze skonstruowanej historii trop powinien być częścią większej całości, a nie powodem, dla którego ta całość w ogóle powstała. Autor może przecież zacząć od pytania o samotność, żałobę, klasę społeczną, władzę, rodzinę czy potrzebę przynależności, a następnie wykorzystać romans albo fantastykę jako sposób opowiedzenia tej historii. Wtedy found family nie jest sceną, którą trzeba koniecznie dopisać, tylko naturalnym elementem opowieści o ludziach, którzy przez lata nie mieli nikogo. Slow burn nie oznacza, że bohaterowie przez czterysta stron nie mogą się pocałować, tylko że ich relacja rzeczywiście potrzebuje czasu (tu zresztą ten slow kończy się najczęściej po paru rozdziałach…). Enemies to lovers nie oznacza kilku kąśliwych dialogów, ale przemianę relacji, która ma swoje przyczyny i konsekwencje, a nienawiść między bohaterami ma uzasadnienie w ich historii czy choćby w strukturze społecznej.
Tymczasem przy książce projektowanej pod zestaw tropów łatwo wpaść w zupełnie inną logikę. Najpierw wybieramy rzeczy, które mają się spodobać czytelnikom, a dopiero później próbujemy wymyślić historię, która będzie w stanie je wszystkie pomieścić. To właśnie można określić mianem reżyserii wstecznej, gdzie zamiast najpierw stworzyć opowieść, a potem opisać ją za pomocą odpowiednich kategorii, zaczynamy od kategorii i próbujemy dopasować do nich fabułę.

W najgorszym przypadku powstaje wtedy coś w rodzaju literackiej checklisty. Mamy bohaterkę, mamy tajemniczego faceta, mamy traumę, mamy wymuszoną bliskość, mamy jedno łóżko, mamy scenę zazdrości, mamy found family (bo teraz jest na topie), mamy wielki zwrot akcji i oczywiście scenę, którą później można wyciąć do piętnastosekundowego filmu na TikToku. Wszystkie elementy są obecne, więc teoretycznie wszystko się zgadza.
Dlatego właśnie celowo mówię o produkcji książek, bo tak właśnie wygląda to na halach produkcyjnych, a z procesem tworzenia to niestety nie ma nic wspólnego. Okej, może nie tak do końca, bo przecież nawet w takich okolicznościach da się napisać coś dobrego, ale do tego też potrzeba i chęci i znajomości tego, o czym się pisze. Jest wielu autorów, świadomie sięgających po trendy, by dać nam coś nieoczywistego. Bawią się tropami, odwracają je lub celowo budują wokół nich otoczkę przewidywalnego kiczu, by ostatecznie roztrzaskać ją na naszych oczach. Tylko że takie rzeczy pisze się długo, a w dobie wciąż zmieniających się trendów nie ma na to czasu.
Algorytm lubi to, co można nazwać
Za każdym razem, gdy zahaczam o bookmedia, muszę dotrzeć też do algorytmu, bo bez niego media społecznościowe w życiu by do nikogo nie dotarły. A algorytmy, czy tego chcemy, czy nie, kochają tropy i potrzebują rzeczy, które można szybko rozpoznać, nazwać i przekazać dalej. To dlatego tak dobrze działają konkretne sceny, charakterystyczne dialogi i bardzo precyzyjne określenia relacji między bohaterami. Zdanie „kto ci to zrobił?” może stać się osobnym materiałem, podobnie jak „dotknij jej, a zginiesz”, bo nie trzeba znać całej książki, żeby zrozumieć emocję zawartą w tych kilku słowach, a także mieć już w głowie z grubsza nakreślony obraz bohatera.
To w gruncie rzeczy smutne. Literatura ma przecież znacznie więcej do zaoferowania i większości z tych wartościowych rzeczy nie da się sprowadzić do viralowego, kilkusekundowego editu. Powolnie budowany, rozwijający się świat, melancholijny klimat, w którym czytelnik tonie z każdą stroną i relacja budowana między wierszami to nie jest coś, co się kliknie. Znacznie łatwiej więc pokazać dwójkę atrakcyjnych bohaterów stojących bardzo blisko siebie i dodać napis informujący, że on jest jej wrogiem, ale „zrobiłby dla niej wszystko”.

To oczywiście nie oznacza, że każda popularna książka jest zła, a każdy czytelnik BookToka czyta bezmyślnie. Byłoby to zwyczajnie niesprawiedliwe i przede wszystkim nieprawdziwe. Tropy mogą być świetnym sposobem na znalezienie dokładnie takiej historii, jakiej w danym momencie potrzebujemy, a ogromna popularność literatury romantycznej czy fantastycznej sprawiła przecież, że wiele osób zaczęło czytać znacznie więcej niż wcześniej. To jest akurat coś, z czego trudno się nie cieszyć.
Tylko że doszliśmy do punktu, w którym algorytm nie tylko zaczyna decydować o tym, co czytamy, ale również o tym, co opłaca (w domyśle powinno) się pisać. Jeśli liczby wskazują, że czytelnicy szukają konkretnego zestawu tropów, stworzenie kolejnej książki z tym samym zestawem jest zwyczajnie bezpieczniejsze niż ryzykowanie czymś, czego nie da się łatwo sklasyfikować. A książka, której nie można streścić w pięciu tagach, staje się w takim systemie trudniejsza do sprzedania. Nie dlatego, że jest gorsza, tylko dlatego, że nie daje się tak łatwo wrzucić do odpowiedniej szufladki.
Czy jeszcze czytamy książki, czy już ich zestawy cech?
To bardzo trudne pytanie wbrew pozorom. Sama czytam bardzo dużo, więc trochę mimochodem wsiąkłam w całą tą społeczność bookmediów, choć jedynie od strony odbiorcy. Sprawdzam też aktywnie nowości wydawnicze i widzę tu dość rażący podział. Albo mamy niszowych twórców z małymi zasięgami, którzy starają się opowiadać o głębi czytanej pozycji, albo tych, którzy idą w virale, rzucając hasłami i bazując na aktualnie obowiązujących trendach.
Nie chodzi mi oczywiście o potępianie tej popularnej strony, wręcz przeciwnie. Równie często widzę bowiem ich rezygnację, gdy opowiadają o tym, że większość z tych rzeczy robią tylko po to, by się utrzymać. To przykre błędne koło, kolejne zresztą – najpierw wypromowano tagi, a potem te tagi zaczęły rządzić wszystkim i trudno od nich uciec.
Czytaj też: Manga, manhwa, manhua – trzy słowa, trzy światy. Jak ich nie pomylić?
Oczywiście tutaj ktoś mi na pewno powie, że w takim razie powinnam czytać „ambitniejszą” literaturę. Czytam wiele gatunków, sięgam po klasyki, literaturę piękną, ale uwielbiam również fantastykę, romanse i dobrze napisane romantasy. Nie ma kompletnie niczego złego w tym, że ktoś nie przepada za poważnymi książkami. Problem leży natomiast w tym, że w pewnym momencie luźniejsza literatura rozrywkowa stała się synonimem czegoś gorszego. A skoro tak, to przestano skupiać się na jakości, a jedynie na masówce. Do tego sprowadzanie wszystkiego do motywów i tropów nadaje się idealnie.

Tak, nadal chcę wiedzieć, czy w danej pozycji jest ten moralnie szary bohater, fake dating albo found family, tego proszę mi nie usuwać. Ale chcę również, by pospiesznie sklejone pod tagi sceny nie były jedynym, co fabuła ma do zaoferowania. Chcę wiedzieć i uwierzyć, dlaczego oni spotykają się na niby, dlaczego ktoś postępuje tak, a nie inaczej, a przede wszystkim, chcę to poczuć. Niech książki znów staną się książkami, a nie zbiorem motywów, które dobrze wyglądają jedynie na materiałach marketingowych i TikTokowych editach.
Tak powinien pomagać znaleźć książkę, a nie być przepisem na jej napisanie. Kiedy zaczynamy tworzyć historie tak, żeby dobrze wyglądały jako zestaw popularnych tropów, bardzo łatwo dochodzimy do momentu, w którym wszystkie książki mają inne okładki, inne imiona bohaterów i trochę inne dekoracje, ale pod spodem opowiadają dokładnie tę samą historię. „Ten sam tekst w innej czcionce” brzmi zabawnie, dopóki nie zorientujemy się, że właśnie to coraz częściej jest nam serwowane.
I tak, wciąż chciałabym czasem otworzyć książkę i zwyczajnie nie wiedzieć, co dokładnie tam zastanę. Zaskoczenia też są dobre, bo to na nich buduje się gust czytelniczy. W końcu jak inaczej wiedzieć, co się lubi, a co nie, jeśli od samego początku zamykamy się jedynie w bańce ulubionych motywów?
