Wejście do bloku przy ul. Marszałkowskiej w Warszawie sąsiaduje ze świetnie zaopatrzonym sklepem z whisky. Kiedyś na jednym z ostatnich pięter znajdowało się biuro Samoobrony. Dziś mieści się tu biuro fundacji byłego eurodeputowanego i agencja PR oraz firma TFS, świadcząca usługi z zakresu bezpieczeństwa informatycznego. Wnętrze nadzwyczaj ascetyczne. Poza meblami nie ma właściwie nic – żadnych kwiatków, obrazków, dyplomów czy zdjęć z imprez integracyjnych. Szefem firmy jest Adrian Accordi Krawiec, ujmująco grzeczny młody biznesmen po SGH. Krawiec spokojnie recytuje zawiłą sieć powiązań właścicielskich firmy ze spółkami, których istnienie potwierdzają tylko wpisy w Krajowym Rejestrze Sądowym. TFS oferuje programy zabezpieczające wewnętrzne sieci korporacyjne, przeprowadza testy penetracyjne i zakłada tajne kancelarie – chronione przed podsłuchami i dostępem osób niepowołanych, pomieszczenia, kryjące najściślej strzeżone tajemnice firm. „Jak wrzuca się w Google hasło »szpiegostwo gospodarcze«, moje nazwisko pojawia się na pierwszej stronie” – ze zdziwieniem mówi Krawiec, zaprzeczając, jakoby miał cokolwiek wspólnego z tym procederem.

Jednak w ubiegłym roku szef TFS został oskarżony o wynoszenie strategicznie ważnych danych z przeznaczonego do prywatyzacji koncernu energetycznego Enea, który kontroluje rynek zachodniej Polski. TFS podpisała umowę na uszczelnienie obiegu informacji w firmie i na tej podstawie Krawiec miał żądać dostępu do umów i innych strategicznych danych. Dla potencjalnych nabywców Enei takie due dilligence, czyli sprawdzanie kondycji firmy, wykonane z dostępem do wewnętrznej dokumentacji spółki, byłoby bezcenne. Zaraz więc pojawiły się oskarżenia o działanie na korzyść jednego z zainteresowanych inwestorów. Larum w obronie firmy podniosły związki zawodowe, choć sam Krawiec twierdzi, że związkowcy działali po prostu w interesie konkurentów do przejęcia akcji spółki. „Obawiam się, że każdej firmie zewnętrznej można zarzucić kradzież danych, nie posiadając dowodów na to – i nie ma znaczenia, czy chodzi tu o serwis sprzątający, czy firmę taką jak nasza” – mówi Krawiec. Dziennikarze śledczy pisali także o powiązaniach szefa TFS ze służbami specjalnymi, które miały wpływać na prywatyzację Enei. To akurat nie dziwi, bo w branży, w której wielki biznes poszukuje skrzętnie skrywanych przez konkurencję informacji, nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie roi się od ludzi z przeszłością w wywiadach i tajnych policjach różnej maści.

Wszyscy ludzie służb

Generał Gromosław Czempiński rezyduje dziś na jednym z ostatnich pięter okazałego biurowca w alei Jana Pawła II w Warszawie. Dyskretna korporacyjna elegancja, lśniące posadzki i skrupulatna kontrola przy wejściu wskazują, że mamy do czynienia z poważną instytucją. Czempiński pracuje w wywiadzie od 1975 roku. Był na placówkach w USA i przy ONZ w Genewie. Zasłynął brawurową ewakuacją amerykańskich agentów z Iraku. W latach 90. był szefem Urzędu Ochrony Państwa. Dziś pracuje dla Deloitte. Międzynarodowa firma konsultingowa zatrudnia go nie dlatego, że ma wyjątkową wiedzę ekonomiczną, ale z powodu rozległych kontaktów i dostępu do ludzi, którzy mogą wiedzieć więcej, niż wynikałoby z oficjalnych raportów kwartalnych, publikowanych przez spółki giełdowe. Generał udziela się medialnie. Bywa w telewizjach i chętnie zaprasza dziennikarzy. Efektem tych spotkań bywają teksty uderzające w konkurencję bądź chroniące interesy klientów lub po prostu znajomych generała. W potocznym odbiorze społecznym jest to dziennikarstwo śledcze, choć duże korporacje mają na to inny termin: polityka informacyjna. A bohaterowie publikacji mówią na to czarny PR.

Dostępny zazwyczaj dla prasy generał na rozmowę o szpiegostwie gospodarczym odsyła w bliżej nieokreśloną przyszłość, zasłaniając się planowanym pobytem w szpitalu. Proponuje za to rozmowę z generałem Henrykiem Jasikiem, dawnym szefem wywiadu MSW, specjalizującym się kiedyś w wywiadzie gospodarczym. Jasik to bezpieczny wybór, bo w przeciwieństwie do Czempińskiego jest od dawna na emeryturze. Nie zmienia to faktu, że Jasik też nie ma czasu na rozmowę. Najpierw przeszkodą jest proces lustracyjny oskarżonego o współpracę z wywiadem trójmiejskiego anglisty, w którym Jasik jest świadkiem obrony, a potem ważne względy osobiste. Jaki jest związek pracującego w wynajętym mieszkaniu na Marszałkowskiej Adriana Accordi Krawca z tuzami wywiadu, zatrudnianymi przez największe światowe korporacje? Być może żaden, choć kilka renomowanych tytułów prasowych, które zatrudniają dziennikarzy śledczych, twierdzi inaczej. Na całym świecie w tej branży regułą jest zatrudnianie ludzi ze służb specjalnych. Amerykańskie spółki wynajmują ludzi z FBI czy CIA, Brytyjczycy biorą speców MI5 i MI6, a Niemcy weteranów BVD czy Stasi. Nie inaczej jest w Polsce, gdzie wielkie korporacje i małe firmy wywiadowcze posiłkują się ludźmi z doświadczeniem w Urzędzie Ochrony Państwa, jej następczyni – czyli Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, służbach wywiadu wojskowego czy weteranami służb PRL. Bo kto inny lepiej zna metody operacyjne, które znakomicie przydają się w wywiadzie gospodarczym? Zwłaszcza gdy chodzi o strategicznie ważne sektory gospodarki, takie jak energetyka czy bankowość, które z racji wpływu na bezpieczeństwo państwa są zawsze dyskretnie nadzorowane przez tajne służby. I to one poszerzają w razie potrzeby możliwości operacyjne tego sektora.

Ojcowie chrzestni branży

 

Potężny amerykański Enron, zanim upadł z hukiem kilka lat temu, wydawał krocie na szpiegowanie konkurencji. Enron spekulował elektrycznością, która w USA i w Europie Zachodniej sprzedawana jest na wolnym rynku. Do spekulacji potrzebna była wiedza o spodziewanych spadkach dostaw w poszczególnych regionach. A te wywoływane są zazwyczaj przez przerwy konserwacyjne w elektrowniach. Siłownie nie chwalą się kalendarzem napraw, więc Enron wynajął firmę Dilligence, założoną przez byłych agentów amerykańskich i brytyjskich służb specjalnych do prowadzenia obserwacji wytypowanych obiektów. Podobne prace Dilligence wykonuje na zlecenie koncernów energetycznych w Europie. Wynajmuje się awionetkę pod pozorem prowadzenia prac geodezyjnych i kartograficznych i lata nad wytypowanym obiektem. Określając wysokość hałd węgla i sprawdzając częstotliwość dostaw paliwa, można ustalić, czy elektrownia nie przygotowuje się czasem do przerwy konserwacyjnej. To proste, ale skuteczne metody, które – poza wykorzystywanymi technologiami – niewiele zmieniły się od czasu, gdy pewien bednarz z Glasgow zaczął w 1846 roku rozkręcać w USA prywatny wywiad gospodarczy. Allan Pinkerton zaczynał od tropienia fałszerzy dolarów, którzy dawali się we znaki sklepikarzom w Wisconsin. 120 lat później Narodowa Agencja Detektywistyczna Pinkertona była już notowana na Wall Street i zatrudniała tysiące byłych lub urzędujących agentów amerykańskich służb specjalnych. Zachodni szpiedzy, których pracujący dziś dla Deloitte generał Czempiński musiał spotykać na barykadach zimnej wojny, o wiele wcześniej niż ich koledzy z tej strony żelaznej kurtyny odkryli zalety pracy dla prywatnego biznesu. Wielu z nich znalazło zatrudnienie u Howarda Hughesa, ekscentrycznego miliardera, narkomana i właściciela linii lotniczych TWA, który używał agentów służb do szpiegowania konkurencji z Pan American.

Na przełomie lat 70. i 80. wywiad gospodarczy na Zachodzie zaczął przejmować wiele z korporacyjnej kultury Wall Street. Królem branży na długo stał się Jules Kroll, założyciel Kroll Associates. E-maila z biura prasowego Krolla dostałem na służbową skrzynkę gdzieś w połowie 2002 roku. Uprzejma pani rzecznik dziękowała za zainteresowanie działalnością ich firmy, zapewniając jednocześnie, że nie ma w niej nic interesującego. E-mail z biura Krolla zaskoczył mnie. Rzeczywiście interesowałem się wówczas firmą demaskującą giełdowych malwersantów i szukającą tajnych kont obalonych dyktatorów. Nie zdążyłem jednak sformułować żadnych pytań do biura prasowego. Jedyny ruch polegał na zleceniu działowi foto kwerendy agencyjnych archiwów w poszukiwaniu zdjęć pana Julesa Krolla. „Obawiam się, że będzie pan rozczarowany, jesteśmy firmą księgową, a nie detektywistyczną, zajmujemy się głównie audytem i czasami bezpieczeństwem sieci korporacyjnych” – pisała pani rzecznik, uprzedzając moje pytania. Była to nadmierna skromność, jak na firmę, której szef zdobył sobie przydomek prywatnego detektywa Wall Street. Każdy szanujący się bank inwestycyjny zatrudniał go do prześwietlania przejmowanych spółek, a sam Jules Kroll pozował do zdjęć dla „New York Timesa” w szelkach i z cygarem. Firma rozrastała się w błyskawicznym tempie. Na zlecenie rządu Filipin Kroll tropił fortunę obalonego prezydenta Ferdynanda Marcosa, ujawniając należące do niego nowojorskie nieruchomości, warte w sumie 300 mln dolarów. Agenci Krolla wzięli się też za tajne konta haitańskiego dyktatora Duvaliera i irackiego prezydenta Saddama Husajna. Nawet Borys Jelcyn zatrudnił agentów Krolla do szukania 8 mld dolarów, zagarniętych przy okazji upadku ZSRR przez partyjnych aparatczyków.

Oczywiście wywiadowczego autorytetu można używać w dowolny sposób zgodnie z zapotrzebowaniem klientów. W 2001 roku stronnicy ukraińskiego prezydenta Leonida Kuczmy wynajęli firmę do potwierdzenia, że jego administracja nie miała nic wspólnego ze śmiercią opozycyjnego dziennikarza Grigorija Gongadze, którego bezgłowe ciało znaleziono pod Kijowem. Kroll ze zlecenia się wywiązał, choć po upadku Kuczmy okazało się, że kilku jego bliskich współpracowników miało jednak związek ze śmiercią dziennikarza. Usprawiedliwianie klientów źle skończyło się dla reputacji Krolla. Kryzys roku 2008 ujawnił, że agenci Krolla korzystali ze swoich kontaktów w agencjach federalnych, by kryć Allena Stanforda, który stosując osławioną piramidę Ponziego, narobił malwersacji na 7 mld dolarów. Inni wyciągnęli nauczkę z tej lekcji.

Biznes jakich wiele

Z punktu widzenia branży, zajmującej się zdobywaniem i zabezpieczaniem dostępu do biznesowych informacji, których nie znajdziemy w Google, dziś ważniejszy jest spokojny, biznesowy wizerunek, a nie szpiegowski sznyt. Dlatego firmy kładą nacisk na fakt, że większość wiedzy można zdobyć mało inwazyjnymi metodami. Wystarczy organizowanie fikcyjnych rozmów kwalifikacyjnych, by wyciągać cenne dane od kandydatów do zmiany posady. Czasami nie jest potrzebne nawet to. Wystarczy przecież zalogować się w internetowym serwisie rekrutacyjnym jako potencjalny pracodawca i skanować wpływające do sieci CV. Nagły skok liczby aplikujących o zatrudnienie pracowników działu prawnego czy działu sprzedaży obserwowanej spółki może powiedzieć o jej kondycji równie dużo jak Adrian Krawiec, biegający po Enei z żądaniem wydania kopii faktur za ostatnie pół roku. Najnowsze technologie, jeszcze niedawno zastrzeżone dla agencji rządowych, są dziś dostępne na wolnym rynku. Firma GeoEye z Dulles w stanie Wirginia handluje zdjęciami satelitarnymi wysokiej rozdzielczości. Kupują je firmy naftowe, sprawdzające stan platform wiertniczych, rybacy badają ruchy fitoplanktonu, którym żywią się ławice ryb, deweloperzy planujący nowe inwestycje czy firma Google do uaktualniania popularnego programu Google Earth. Satelity GeoEye mogą mieć zastosowanie szpiegowskie, ale są też wykorzystywane do całkiem prozaicznych celów. Amerykański gigant Wal Mart wynajął analityków GeoEye, by wytypowali cechy, które powodują, że jedne supermarkety tej samej sieci przyciągają więcej klientów i mają większe obroty niż inne. Faceci, którzy kiedyś na podstawie zdjęć satelitarnych analizowali, ile czołgów i strategicznych budynków irackich zniszczyły amerykańskie naloty w czasie drugiej wojny w Zatoce, teraz siedzą i sprawdzają, jaki wpływ na klientów ma gęstość drzew wokół parkingu, dostęp do prądu dla aut kempingowych czy nawet orientacja geograficzna wyjść z Wal Martu.

Usługi GeoEye nie są przesadnie drogie. Satelitarne zdjęcia kilometra kwadratowego powierzchni kosztują 7 dolarów przy minimalnym zamówieniu 50 km kwadratowych. Za dokładne trójwymiarowe mapy wysokiej rozdzielczości trzeba zapłacić już od 30 dolarów za kilometr, a za kilka tysięcy dolarów można dostać zdjęcie dowolnego miejsca na Ziemi wielkości przynajmniej talerza do pizzy XXL. Jeśli dodamy do tego pozycjonowanie GPS, GeoEye może zlokalizować ów talerz w dowolnym miejscu globu z dokładnością do trzech metrów. Większe rozdzielczości są zastrzeżone dla sprzętu wojskowego, ale to i tak o wiele więcej, niż zawodowi szpiedzy mogli sobie wymarzyć jeszcze kilka lat temu.

Zawód: agent wywiadu gospodarczego*

W typowym przypadku inwigilacji menedżera wysokiego szczebla składa się szczegółowy raport o każdym miejscu, do którego udała się dana osoba, jej zdjęcia w każdym z tych miejsc i fotografie osób, z którymi się spotkała. Prowadzi się też podsłuch za pomocą urządzeń albo przez ustawienie tajnych agentów na tyle blisko, żeby słyszeli rozmowy. Laserowy mikrofon może nagrywać rozmowy w pomieszczeniu oddalonym nawet o kilometr. Wycelowując niewidzialny laser w szybę pomieszczenia, można nagrać każde słowo w nim wypowiedziane — pod warunkiem, że na linii między kryjówką a oknem nie ma przeszkody. Laser jest tak czuły, że wykrywa drobne wibracje w szkle i łączy je w zrozumiałe dźwięki. Lasery nie działają w przypadku okien z podwójnymi lub potrójnymi szybami, które są coraz powszechniej używane. Trudności pojawiają się też, gdy podsłuchiwana rozmowa odbywa się na wyższych piętrach wieżowców — kąt między poziomem ulicy a oknami wyższych pięter bywa tak rozwarty, że urządzenia te stają się bezużyteczne. W przypadku dobrze płacących klientów można wynająć biuro lub pokój na mniej więcej tej samej wysokości w budynku po drugiej stronie ulicy. Laser może wówczas nagrać rozmowę. Nick i jego ekipa czasem lecą gdzieś grupą, aby obserwować spotkanie albo śledzić ważnego dyrektora. „Zakładamy podsłuchy w domu, w samochodzie, umieszczamy GPS na pojazdach, przechwytujemy e-maile, wedle życzenia”. Używają kodowanych urządzeń łącznościowych, aby uniknąć wykrycia. „Ale nie łamiemy prawa. Zatrudniamy adwokatów i wszędzie, gdzie działamy, upewniamy się, że jesteśmy po właściwej stronie prawa. Inaczej zbierane przez nas informacje byłyby bezużyteczne dla klientów”. Nielegalnie pozyskany materiał nie jest dopuszczany jako dowód w sądzie, a każde złamanie prawa przez ekipę Nicka może być wykorzystane przez drugą stronę jako argument w toczącym się sporze biznesowym. Ponieważ umiejętności wymagane do inwigilacji są bardzo rzadkie, branża nie jest wielka. Nick ocenia, że w Londynie jest dość ekip, aby śledzić ok. 20 biznesmenów jednocześnie. Biorąc pod uwagę typową wielkość grupy obserwacyjnej (9–10 osób), oznacza to, że w Londynie pracuje mniej niż 200 obserwatorów. Dlatego klienci czasem muszą zapisać się na listę oczekujących albo zapłacić mnóstwo pieniędzy za sprowadzenie zagranicznej ekipy w gorącym okresie.

* Fragment książki „Agent, handlarz, prawnik, szpieg” Eamona Javersa  (skróty pochodzą od redakcji). Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2010 – tajemniczy świat szpiegostwa korporacyjnego opisany przez Eamona Javersa, dziennikarza śledczego amerykańskiej gazety „Politico”.