O czym śniło twoje dziecko dzisiaj  w nocy? O Harrym Potterze ściganym wściekle przez Lorda Voldemorta i beznadziejnie uwikłanym w miłość do swoich martwych rodziców („Harry Potter And the Deadly Hollows”, 2010)? O bekającym ogrze-dzieciorobie („Shrek Forever After”, 2010)? A może śniły mu się niebieskie istoty zwane smerfami, zagubione w Nowym Jorku („The Smurfs”, 2011)? Gdy ono spało (różnica czasu między Warszawą a Los Angeles wynosi dziewięć godzin), setki scenarzystów i producentów w wielkich wytwórniach filmowych pracowicie wymyślało jego kolejne sny – te, które przyśnią mu się na przykład za dwa lata. 

Nieco bliżej, w Waszyngtonie, prezydent Barack Obama wysyłał zapewne myśli pełne wdzięczności do rekinów i mróweczek przemysłu rozrywkowego. Dzięki ich pracy i kreatywności dużo łatwiej mu prowadzić politykę zagraniczną w myśl amerykańskiej doktryny smart power, na którą składa się perswazja i siła (soft power i hard power). Producenci rozrywki działają na polu perswazji, armia zajmuje się resztą. Niepokój prezydenta Stanów Zjednoczonych może wzbudzać tylko to, że choć w dziedzinie rozrywki USA na razie dominują, to wcale nie musi tak być zawsze. Po drugiej stronie Pacyfiku, nad Zatoką Perską, a nawet tuż pod jego nosem – w Ameryce Południowej – budzą się nowi giganci przemysłu rozrywkowego. I patrzą na świat głodnym okiem kogoś, kto ma dwa cele: zarobić, ile się da, i rozpropagować swoje wartości.

Eksport marzeń

Frédéric Martel, autor „Mainstreamu”, książki o wojnie przemysłów rozrywkowych, przemierzył cały świat, by wybadać, co słychać w okopach przed decydującym starciem. I odkrył rzeczy fascynujące. W stolicy Bollywood, Mumbaju (250 filmów pełnometrażowych rocznie), Amit Khanna, dyrektor generalny korporacji przemysłów kreatywnych i mediów Reliance Entertainment, spóźnił się na spotkanie z Martelem i był bardziej zainteresowany rozmową przez swoje dwie komórki niż wyjaśnianiem mu strategii indyjskiego przemysłu rozrywkowego. Jak już coś mówił, to niecierpliwie i autorytatywnie. Martel napisał o swoim rozmówcy:

„Przygląda się siedzącemu przed nim Francuzowi, jakby był przedstawicielem małego ginącego ludu, wzrokiem, jakim dominujący patrzy na zdominowanego”. A jak już coś mówi, to tyle, że w Indiach mieszka 1,2 mld ludzi, a wielkie wytwórnie filmowe mają jeszcze większe pieniądze i doświadczenie. Razem z Chinami i Azją Południowo-Wschodnią Indie stanowią jedną trzecią ludzkości. To po co im jeszcze Ameryka z jej wartościami? O Europie Amit Khanna litościwie nie wspomina. Chyba że w kontekście jednego z mniejszych rynków, które przyjdzie kiedyś podbić rozrywką. 

Na razie Bollywood podbija głównie te kraje, gdzie żyje dużo indyjskich emigrantów (Bliski Wschód, Zatoka Perska, w Europie m.in. Wielka Brytania). Ale nie potrwa to długo. Każdy, kto śledzi ewolucję kina Bollywood, widzi, że jeden z jego nurtów idzie w stronę formatów krojonych tak, by strawił je zachodni umysł (filmy stają się krótsze i mniej ckliwe). To wstęp do wielkiego desantu indyjskich obrazów i wartości na resztę świata. Pierwsze przyczółki już zdobyto. W roku 2006 grupa Reliance zainwestowała 600 mln dolarów w słynne studio DreamWorks Stevena Spielberga. Kolejne 600 mln dolarów dorzuciła na produkcję filmów w kooperacji z amerykańskimi producentami. Już niedługo Bollywood ma się stać światowym mainstreamem.

Światowa kinematografia produkowana jest przede wszystkim w hindi i po angielsku. A Indie to kraj, gdzie najwięcej ludzi na świecie mówi w obu tych językach. Także kraj, którego nie może podbić Hollywood. 90 proc. zysków ze sprzedaży biletów kinowych przynoszą w Indiach filmy indyjskie, reszta świata może się najwyżej podłączyć pod ten rynek, tworząc produkty zbliżone. Tak powstał „Slumdog, milioner z ulicy” (2008). Scenariusz oparto na powieści Hindusa Vikasa Swarupa, film nakręcono w Mumbaju, ale wyprodukowali go Amerykanie i Anglicy. Reżyserem też był Anglik – Dany Boyle.  

Pewność siebie zdradzają również szefowie korporacji rozrywkowej eSun w Hongkongu: „Jest nas 1,3 mld, mamy swoje wartości…” (to o Chińczykach), a także Rotany w Rijadzie w Arabii Saudyjskiej – korporacji mierzącej w rynek muzułmański (na świecie jest 1,5 mld muzułmanów). Za pomocą prawa Chiny bawią się jak kot z myszką z imperium medialnym Murdocha i innymi chętnymi do podbicia ich rynku. Na odparcie rozrywkowej dominacji USA szykuje się Brazylia, Korea i Japonia. W tym ostatnim kraju rząd pracuje nad własną strategią soft power, bo choć jeszcze w latach 90. Sony wykupiło jedną z największych amerykańskich wytwórni filmowych Columbia Pictures (teraz nazywa się Sony Pictures), to produkuje ona filmy do bólu amerykańskie. Dominacja biznesowa nie przełożyła się na promocję japońskich wartości w USA. Podobnie jest z grami. Japończycy robią konsole, Amerykanie – i w mniejszym stopniu Europejczycy – wymyślają scenariusze gier. 

W wojnie, która toczy się na formaty telewizyjne (telenowele i talk shows), na filmy, muzykę i książki, Europie zostały już tylko ostatnie przyczółki: wspomniane gry, sztuki piękne i rynek książki. Prywatyzacja stacji telewizyjnych w Europie przyniosła efekt w postaci kopiowania na potęgę formatów amerykańskich. Mniejsze kraje europejskie nie wnoszą do mainstreamowego tygla nic twórczego. Polskie telewizje są właściwie całkowicie wtórne programowo. Jedyna różnica jest taka, że w serialach opartych na importowanych formatach, które oglądamy nad Wisłą, inaczej niż w ich pierwowzorach dialogi są toporne, a gra aktorska nieporadna. 

Jednym z powodów słabnącej pozycji Europy na rynkach rozrywki jest starzenie się naszego kontynentu. Rozwój rozrywki możliwy jest wtedy, gdy na jej produkty czeka wygłodniały rynek młodych. Taki rynek, jaki mają Hindusi, Chińczycy i Arabowie. Europa już nie.