Nawet na afrykańskich bezdrożach fizjologia jest nieubłagana. Co z tego, że zza kolczastych krzewów może wyskoczyć lew, stado hien albo pantera. W końcu nadchodzi ten moment, gdy któryś z zaworów ciała już dłużej nie jest w stanie wytrzymać. Trzeba wtedy wyjść z zamkniętego samochodu, odłączyć się od strażnika z bronią i kucnąć w samotności. Do wycieczki na kilkugodzinne safari można się przygotować. Mniej pić, zjeść lekkie śniadanie. Ale ja wyruszałam w teren przed świtem, a kończyłam pracę po zachodzie słońca. W październiku 2006 roku znalazłam się w południowej Etiopii jako członek ekspedycji naukowej organizowanej przez międzynarodową organizację SEEN działającą przy Stacji Badania Wędrówek Ptaków Uniwersytetu Gdańskiego oraz the Christensen Foundation przy amerykańskim Stanford University.

Przez ponad dwa tygodnie, dzień w dzień, dreptałam wśród akacji i kolczastych krzewów, chowając egzotyczne ptaki do woreczka, żeby mój mąż Jarek mógł założyć im obrączki i wypuścić. A fizjologia nieraz dała o sobie znać. Na szczęście udało mi się znaleźć odpowiedni zakątek. Nie zapewniał stuprocentowego bezpieczeństwa, bo na terenie, gdzie żyją wielkie koty, nie ma gwarancji nietykalności, ale dawał poczucie intymności. Był otoczony ze wszystkich stron krzewami i miał wygodne wejście. Takich miejsc na sawannie nie ma wcale wiele. Ceniłam więc moją terenową toaletę. Z początku tylko za właściwości strategiczne. Szybko jednak przekonałam się, że w ciągu doby wszystko, co tam zostawiam, znika. Latryna regularnie była oczyszczana! Właściwie to logiczne.

Na terenach trawiastych Afryki pasą się olbrzymie stada dzikich zwierząt. Miliony roślinożerców: antylop, zebr, bawołów, żyraf, nosorożców i słoni. Każdego dnia przez ich przewody pokarmowe przechodzą miliardy ton zieleniny. Gdyby ktoś nie sprzątał, jak wyglądałyby romantyczne, wysmakowane widoki z Czarnego Kontynentu, które od setek lat pobudzają wyobraźnię. Głównego czyściciela Afryki poznałam tego samego dnia co okropnych brudasów – hipopotamy. Spędzaliśmy dzień nad jeziorem Chamo, jednym z dwóch jezior znajdujących się w samym sercu parku Nechisar. W brunatnych od mułu wodach żyją największe krokodyle nilowe Afryki. Okazy sięgające siedmiu metrów nie należą do rzadkości. Ich sąsiadami są hipopotamy. Celem wyprawy było, oczywiście, poznanie ptaków mieszkających w okolicy jeziora i w trzcinach. Ale trudno powstrzymać wzrok, który nawet z największej czapli świata – goliata – jakoś zawsze przeskakiwał na wystające z wody brunatne nosy, oczy i uszy.

WIRUJĄCE LOGO ZAPACHOWE


Hipopotamy – choć groźniejsze od krokodyli, bo łatwiej wpadają w złość – budzą w ludziach wychowanych na bajkach Jana Brzechwy czułość. Z czułością patrzyłam więc na wielkie ssaki, a wraz ze mną mąż, strażnicy parku, etiopscy studenci – razem kilkanaście osób. Takie gapienie się w języku zwierząt oznacza wyzwanie. Jeden z samców nie wytrzymał. Postanowił udowodnić, kto rządzi w tej wodnej posiadłości, której granice naruszyliśmy. Uniósł ciężkie cielsko ponad wodę, stanął bokiem i zaczął popuszczać spod ogona. Równocześnie kręcił nim młynka w zawrotnym tempie! Jego odchody fruwały na boki, znacząc brzeg, kłody i krokodyla leżącego obok. W ten sposób powstał mocny zapachowy słup graniczny, doskonale rozpoznawalny dla nosów innych hipopotamów. Co więcej, z nutą woni charakterystyczną dla konkretnego osobnika. Zapach to prywatne logo, dlatego wiele innych zwierząt używa odchodów do komunikowania praw własności. Zebry, antylopy, gazele składują bobki w kilku miejscach na obrzeżach terytorium. Dbają o właściwą informację o stanie posiadania, ale także zapobiegają rozprzestrzenianiu się pasożytów.

Sprawdziła to Vanessa Ezenwa z Princeton University. Porównywała gazele Granta, impala i dik-diki. Te ostatnie, drobne antylopki, żyjące w wiernych sobie parach, okazały się najporządniejsze. Zawsze załatwiały się na rubieżach włości, zawsze w latrynach. A kiedy badaczka przeprowadziła eksperyment, w którym oferowała im do zjedzenia przysmaki w czystej postaci albo przemieszane z ich własnymi bobkami, oczywiście unikały zanieczyszczonych dań. Wyniki badań Ezenwa opublikowała w czasopiśmie „Ethology” w 2004 roku, dowodząc, że jednym z ważnych powodów przesunięcia latryn na obrzeża jest unikanie pasożytów, których larwy występują, w mniejszym lub większym stopniu, w odchodach wszystkich dzikich zwierząt. Antylopy, chodząc na stronę, dbają o czystość wewnętrznych pastwisk.

PRZEZORNE DEPTANIE KOPCZYKÓW

 

Niewątpliwie hipopotamy, rozpylając fekalia, o pasożytach myślą niewiele. Podobnie jak nosorożce, które używają tego, co im wypadnie spod ogona, do... porozumiewania się. Szczególnie w czasie godów. Samica, gotowa przyjąć zaloty, zaraz po załatwieniu potrzeby z zapałem przeciąga raz lub dwa tylnymi kopytami po parującym jeszcze kopczyku, po czym rozpryskuje mocz na okoliczne krzaki i drzewa. W ten sposób składa ofertę matrymonialną, która budzi ogromne zainteresowanie samców. Gdy któryś napotka wiadomość, także grzebie w niej kopytem, żeby odświeżyć zapach i lepiej odczytać informację. Dominujące samce szurają też kopytami we własnych odchodach. Nosorożce czarne – tylnymi nogami do tyłu, białe – do przodu. Cel obu gatunków jest oczywiście identyczny – odświeżyć logo.

Masajowie mają zresztą na ten temat inną teorię. Ich zdaniem nosorożce czują ogromny respekt przed słoniami. Żeby ich nie urazić objętością kopca i nie narażać się na ataki zazdrości, gdy słoń zobaczy, jak ogromna ilość efektów przemiany materii została zgromadzona w jednym miejscu, przezorne rogacze szybko rozdeptują, co zrobiły. Jakakolwiek by jednak była przyczyna, przepuszczona przez jelita masa przyczepia się do stóp nosorożca i, gdy wędruje on wśród akacji, znaczy trasę wonnym śladem. Jak na taki trop reagują znajomi, opisał wybitny znawca afrykańskiej fauny Jonathan Kingdon w wielotomowym dziele „East African Mammals” („Ssaki wschodniej Afryki”). Otóż naukowcy włożyli świeży kopczyk jednego samca do worka i ciągnęli go za samochodem jeżdżącym bezładnie po sawannie. Potem zaś obserwowali, jak nosorożce, zaprzyjaźnione z właścicielem odchodów, odtwarzały te esy-floresy, podążając za zapachem. Tylko świeże odchody zdeponowane w cieple dnia mają prawdziwą moc. Siła komunikatu słabnie z każdą godziną. Pod wieczór zajmują się nim czyściciele.

CZYŚCICIELE Z KOMPASAMI


Słońce chowało się za wysokie wzgórza, gdy wyszliśmy z łódki i wspinaliśmy się do samochodu zaparkowanego na „Pomoście Boga”, jak nazywany jest wysoki grzbiet lądu między jeziorami Chamo i Abaya. Droga tonęła w półmroku. Niewiele brakowało, a podniecona spotkaniem z wielkimi gadami, zdeptałabym sporego czarnego chrząszcza. Toczył kulę odchodów. Należał do jednego z tysiąca gatunków dużych zwartych żuków, tworzących podrodzinę Coprinae (od greckiego słowa kopros oznaczającego kał), wyróżniających się krępą budową ciała i rozwiniętą opieką nad potomstwem. Przejawia się ona tym, że samica składa jaja do ukrytej pod ziemią porcji nawozu, który stanowi pożywienie wykluwających się robakowatych larw. Dzieci bezpiecznie dorastają w norze. Wychodzą na powierzchnię dopiero, gdy umieją latać, a ich ciała ochrania gruby, błyszczący pancerz. Kulinarne upodobania pozostają takie same, mimo zmiany postaci. Dorośli nadal zjadają naturalny nawóz w podziemnym schowku, do którego przytargali porcję na prywatny użytek.

W taki właśnie sposób oczyszczają krajobraz na całym świecie, ale najwięcej gatunków zamieszkuje trawiaste rejony Afryki. Mój pracuś docierał do gęstych traw na poboczu. Tymczasem w odchodach, z których utoczył swą zdobycz, pojawił się konkurent. Był kilkakrotnie mniejszy i wycinał mniejszą kulę. Kiedy skończył, wspiął się na jej czubek, oczyścił nogi (stanowiące wyspecjalizowane narzędzia do porcjowania, kształtowania i transportu, zaopatrzone w łopatki, szczecinki, ząbki, listwy i ciernie), pokręcił się chwilkę, po czym zsunął się na ziemię, chwycił kulę w tylne nogi i zaczął ją popychać. Jego wielki kuzyn podążał na północ, on wybrał wschód, ale sposób poruszania był zaskakująco podobny. Oba wędrowały w linii prostej. Czyżby miały dokładnie wytyczoną najkrótszą drogę do celu? Właśnie! To zaś, w jaki sposób wytyczają szlak, odkryła Marie Dacke z uniwersytetu w szwedzkim Lund.

Wraz ze współpracownikami badała afrykańskie skarabeusze Scarabaeus zambesianus, tłoczące się w odchodach antylop, na wyścigi formujące kule i odciągające je w sekretne miejsca. Wyniki opublikowane w „Nature” w 2003 roku zadziwiły świat. Okazało się bowiem, że chrząszcze nie tylko wykorzystują promienie słońca w roli drogowskazu, ale także jego światło odbite od tarczy księżyca. Jest ono milion razy słabsze, ale oczy żuków doskonale je widzą. Co więcej, używają tylko specyficznych promieni – takich, które drgają w jednej płaszczyźnie, czyli światła spolaryzowanego. Człowiekowi trudno to zrozumieć, bo nasze oko nie rejestruje płaszczyzny padania światła. Ale zwierzęta – owady, ptaki, pająki, ośmiornice, ryby – są wrażliwe na uporządkowane promienie słońca. Skarabeusze zaś okazały się pierwszymi, które widzą także uporządkowane promienie światła księżycowego. To, że wykorzystują je w roli drogowskazu, wykazał eksperyment.

W centralnym punkcie areny o średnicy trzech metrów Marie Dacke umieściła litr świńskiego nawozu. W naturalnym świetle księżyca pozwoliła owadowi utoczyć kulkę, a potem przez jakiś czas notowała trasę jego wędrówki. Po czym zasłoniła arenę filtrem, zmieniającym kierunek padania światła spolaryzowanego o 90 stopni. Co zrobił żuk? Skręcił i zaczął toczyć kulę po trasie prostopadłej do początkowej! Kałożercy poruszają się najprostszą drogą z punktu A do B, bo zależy im na tym, by dotrzeć do nory w najkrótszym czasie. Uformowana kula stanowi pokusę dla innych chrząszczy. Jeśli tylko nadarzy się okazja, próbują ją wykraść. Im szybciej więc pracuś doholuje pakunek do wybranego miejsca i bezpiecznie go zakopie, tym mniejsza szansa na atak. Czyściciele uwijają się od wieczora do chwili, aż w miejscu, gdzie antylopa czy słoń załatwiły potrzebę, pozostaje ledwie rozpoznawalny ślad.

SAMOOPALACZ Z ODZYSKU


Na szczęście roślinożercy stale dostarczają chrząszczom nowych przysmaków. Zresztą nie tylko im, ale również pewnemu ptakowi, który zjada odchody, by zyskać na... urodzie. Także ten przypadek opisało prestiżowe „Nature”. Ścierwniki, choć głównie jedzą padlinę, w krajach śródziemnomorskich nazywane są „kupojadami”. Widuje się je bowiem pałaszujące krowie placki. W Afryce przerzucają się na odchody, jakie znajdą na sawannie. Tym bowiem, co przyciąga je do nawozu, jest duża ilość przetrawionej roślinnej masy, bogatej w żółty barwnik – karoten. Zwierzęta nie produkują karotenu. Ścierwnikom obu płci bardzo na nim zależy, bo oceniają partnera po intensywności odcinającego się od bieli piór żółtego ubarwienia na przodzie głowy, wolu oraz nogach. Naukowcy hiszpańscy pod kierunkiem Juana Negro z Estacion Biologica de Donana w Sewilli udowodnili, że ptaki karmione odchodami miały znacznie wyższy poziom karotenu niż te jedzące mięso.

Zdaniem uczonych znajdujące się w odchodach jaja i larwy pasożytów stanowią dodatkowe wyzwanie. Jeśli bowiem organizm ptaka nie była wystarczająco silny, nie umiałby zwalczyć pasożytów – zamiast uderzać w konkury, ptak zacząłby chorować. Żółta głowa świadczy więc nie tylko o bogatej diecie, ale także o mocnym żołądku jej amatora. W parku Nechisar ścierwniki spotyka się bardzo rzadko. W niewielkim stopniu wspomagają więc chrząszcze. To, co zostanie po ich ucztach, wysusza słońce, rozwiewa wiatr i spłukują deszcze. Szczególnie intensywne latem i na początku jesieni. Ziemia nasiąka wtedy wilgocią i nawozem. Na tej pożywce rosną trawy, kiełkują nasiona drzew. Ich liście stanowią pokarm ogromnych roślinożerców. Polują na nie kultowe drapieżniki. Materia krąży, a magiczna afrykańska sawanna trwa nieprzerwanie od tysięcy lat.

Marzenna Nowakowska