Nikt nie przewidział, że sytuacja aż tak dramatycznie wymknie się spod kontroli. Jak każdego lata w Yellowstone, najstarszym parku narodowym w Ameryce i na świecie, w czerwcu 1988 r. wybuchło kilka pożarów. Zgodnie z nowoczesną polityką ekologiczną, którą w parku prowadzono od 1972 r., większości z nich nie gaszono. I początkowo wydawało się, że znów wszystko pójdzie dobrze. 11 spośród 20 pożarów zakończyło się samoistnie. Pozostałe monitorowano i nic nie zapowiadało, że mogą stać się groźne. Wkrótce jednak nadeszła niespodziewana susza, do której dołączyły się silne wiatry. Wichury roznosiły ogień na coraz większe odległości, żar ogarniał coraz większą połać Yellowstone. Ludzie zaczęli się bać. „Narodowa perła płonie” – alarmowała prasa.

21 lipca zarząd parku narodowego postanowił ugasić pożary. Do akcji włączono tysiące strażaków, wydano dziesiątki milionów dolarów. Nic to jednak nie dało. Pożar zaczął się sam napędzać – im więcej było ognia, tym większa susza panowała w Ameryce. Tak przynajmniej twierdzi prof. David Beerling, paleoklimatolog i paleobotanik z brytyjskiego University of Sheffield. „Dym z pożarów mógł zredukować proces tworzenia się chmur – czytamy w jego książce „The Emerald Planet” („Szmaragdowa planeta”) – i przerwał proces cyrkulacji powietrza na Środkowym Zachodzie”. Przestały napływać chmury deszczowe, susza się pogłębiła, a pożary jeszcze bardziej urosły w siłę.

Żywioł poskromiła dopiero sama Matka Natura – za pomocą jesiennego śniegu, który w 1988 roku spadł 11 września. W samym Parku Narodowym Yellowstone pożary zniszczyły aż 36 proc. powierzchni lasów. Spaliły się też duże obszary poza ścisłym terenem chronionym. W ogniu zginęły liczne jelenie wapiti (Cervus canadensis), mulaki (Odocoileus hemionus), niedźwiedzie baribale (Ursus americanus), łosie i bizony. Obyło się bez ofiar w ludziach – ci zaś rozniecili dyskusję o polityce ekologicznej Yellowstone. Czy zarząd parku się nie pomylił? Czy nie powinien gasić ognia od początku? Czy rzeczywiście pożary są nieodłącznym elementem przyrody? Czy bardziej jej pomagają, czy szkodzą?

TRAWA – PODSTĘPNY PODPALACZ

 


Na korzyść koncepcji „naturalności” pożarów przemawia to, że wybuchały na długo przed pojawieniem się człowieka na naszej planecie. Pierwszy ogień rozszalał się wkrótce po tym, gdy ląd skolonizowały rośliny. Najstarsze znane pozostałości tych zdarzeń w postaci resztek węgla drzewnego pochodzą – jak pisał zespół prof. Davida Bowmana z Univerisity of Tasmania na łamach tygodnika „Science” – sprzed blisko 420 mln lat (sylur). Pożarom zawsze sprzyjał wzrost zawartości tlenu w atmosferze. Gdy w karbonie i permie przekroczył poziom 30 proc. (dziś wynosi 21 proc.), nawet wilgotna roślinność stała się łatwopalna.

Potem ognisty żywioł nieco się uspokoił. Jego wielka chwila nadeszła jakieś 8 mln lat temu. Ziemia zatrzęsła się wówczas od zmian. Trochę wcześniej, po zderzeniu Indii z Azją, wypiętrzył się ogromny Płaskowyż Tybetański. Jego intensywne wietrzenie prawdopodobnie „wyssało” dwutlenek węgla z ziemskiej atmosfery. Rośliny zaczęły się dusić – bez tego gazu nie potrafiły sprawnie przekształcać energii słonecznej w energię chemiczną. Ten moment słabości wykorzystała świeżo powstała grupa roślin o tajemniczym kryptonimie C4. To w większości ciepłolubne trawy, w tym także współczesna trzcina cukrowa czy kukurydza. Są one wyposażone w mechanizm biochemiczny, który skrzętnie wykorzystuje nawet niewielkie ilości dwutlenku węgla. Świetnie więc sobie radziły w sytuacji, gdy inne rośliny „ciężko dyszały”. Miały też dodatkowy oręż do wykończania konkurentów – pożar.

Zdaniem prof. Beerlinga trawy spod znaku C4 wykorzystały oba swoje atuty. Najpierw, dzięki wytrzymałości na niedobory dwutlenku węgla, zasiedlały wszelkie możliwe dziury w ówczesnych lasach. Ot, takie choćby, jakie tworzyły się po upadku starego drzewa. Na pozór to tylko niewielkie przyczółki. Ale ich moc ukazywała się w czasie pierwszej lepszej suszy. Wystarczył jeden piorun, a trawa stawała w płomieniach. Od niej zapalał się sąsiadujący las. Drzewa ginęły szybko, a odnawiały się powoli. Trawy paliły się błyskawicznie, ale odrastały znacznie prędzej niż duże rośliny. W ekspresowym tempie zajmowały pogorzeliska. Ich królestwa – sawanny i stepy – gwałtownie rosły w siłę. Wraz z nimi zaś znów rosła siła pożarów.

Co nie zmienia faktu, że był to proces naturalny i człowiek nie miał z tym nic wspólnego. Zanim pojawił się na Ziemi, przyroda miała dość czasu, by przystosować się do nowej, zwiększonej intensywności pożarów. Dlatego i dziś żyją gatunki, które ognia potrzebują jak wody. Tak jak sosna wydmowa (Pinus contorta), która jest jednym z najważniejszych drzew lasów Yellowstone. Często wytwarza ona przedziwne, mocno zlepione żywicą szyszki. Trzeba wysokiej temperatury, by rozpadły się one i uwolniły ukryte wewnątrz nasiona. Ciemniak czarny (Melanophila acuminata) to z kolei chrząszcz, który rozmnaża się w pogorzeliskach. Podobno wyczuwa ogień już z odległości 50 km! „Bez pożaru kłopoty miałyby też eukaliptusy czy bodziszki czeskie (Geranium bohemicum)” – mówi „Focusowi” dr Mats Niklasson ze Sveriges lantbruksuniversitet (Szwedzkiego Uniwersytetu Nauk Rolniczych) w Alnarp. I dodaje, że istnieje jeszcze ogromna liczba gatunków, dla których pożar nie jest może niezbędnym, ale bardzo przydatnym wydarzeniem. Są to choćby różne trawy czy pionierskie drzewa, takie jak wierzba, brzoza lub sosna, które zajmują zniszczone tereny. Pogorzeliska przyciągają też liczne gatunki owadów oraz grzybów żywiących się martwym lub uszkodzonym drewnem.

CZŁOWIEK – WIELBICIEL POŻARÓW


Mimo to nie da się pożaru jednoznacznie zaklasyfikować jako „naturalnego” elementu przyrody. A to dlatego, że tak wyraźnie sprzyja mu człowiek. To nasz gatunek – jako jedyny na Ziemi – ujarzmił ogień i zaczął go wykorzystywać do własnych potrzeb. Obrabiać żywność z jego pomocą nauczyliśmy się prawdopodobnie jakieś 2 mln lat temu.

Rutynowe używanie ognia w domu zaczęło się nie wcześniej niż 500 tys. lat temu. Nasi przodkowie wykorzystywali go do sztucznego wywoływania pożarów, by polować na zwierzynę z sawann i robić miejsce pod uprawy rolne. A wreszcie zaprószali ogień niechcący bądź dla fantazji. Gdzie więc pojawiał się Homo sapiens, rosła liczba pożarów. Tak najprawdopodobniej stało się, gdy praprzodkowie Aborygenów skolonizowali Australię. Również gdy Maorysi przybyli na Nową Zelandię jakieś 700–800 lat temu, szybko spłonęła połowa lasów na wyspie.

Nawet Indianie z Ameryki Północnej – podziwiani dziś jako ci, którzy żyli w zgodzie z naturą – nagminnie pomagali sobie ogniem. Wiadomo, że rdzenni mieszkańcy wschodniego wybrzeża USA każdej jesieni palili podszyt w lasach. Dzięki temu puszcza przerzedzała się i przybierała formę parku. Pierwsi koloniści europejscy ze zdziwieniem pisali, że „wśród tych zarośli człowiek mógł galopować na koniu”. Na wyspach japońskich z kolei pożary wzmagało popularne budownictwo drewniane oraz rabunkowe wylesianie w XVII wieku. Jak pisze Jared Diamond w książce „Upadek”: „lasy wtórne, wyrastające na wyrębach, są znacznie bardziej podatne na ogień od pierwotnych puszcz”.

Wszystkie te pożary, naturalne i nienaturalne, splatają się ze sobą w wyjątkowo zawikłany węzeł. Dzisiejszy badacz, który stara się zrozumieć „reżim ogniowy” jakiegoś ekosystemu, staje przed wysoce trudnym wyzwaniem. Podjął się go między innymi wspomniany już dr Mats Niklasson. „Dzisiaj w Europie od 90 do 99 proc. wszystkich leśnych pożarów wywołuje człowiek” – podkreśla. „Ale wciąż pewna ich liczba zaczyna się od pioruna. Nawet więc bez człowieka pożary wciąż by się pojawiały”.

Tyle że, jego zdaniem, między pożarami naturalnymi i nienaturalnymi istnieją fundamentalne różnice. Żywioł, który wywołuje człowiek, szaleje wielokrotnie częściej niż ten od pioruna. „Ludzki” ogień pojawia się też w miejscach, gdzie naturalnie by go nie było – koncentruje się w pobliżu miast, wsi czy dróg. Atakuje podczas całego ciepłego sezomu, podczas gdy naturalne pożary zdarzają się głównie w najgorętszych i najsuchszych dniach lata. „Ponadto, choć ogień wybucha częściej, to zwykle jest gaszony i to przy dużym wysiłku ludzi” – dodaje dr Niklasson. „W stanie naturalnym pożarów jest niewiele, lecz zawsze rosną do ekstremalnie wielkich rozmiarów i rozciągają się na ogromne powierzchnie: tysiąca, dziesięciu tysięcy hektarów, a nawet i jeszcze więcej”.

Jak płoną lasy

Pożar pożarowi nierówny. Dlatego specjaliści podzielili je na kilka kategorii. Najrzadszym przypadkiem są pożary podpowierzchniowe lub podziemne. Palą się wówczas złoża torfu lub murszu. Choć ogień rozprzestrzenia się powoli, to zwykle późno się go dostrzega i trudno gasi. Najczęstszy typ pożaru w lesie to pożar powierzchniowy (dolny), który obejmuje ściółkę, runo, chrust lub podszyt lasu. Nie jest bardzo groźny, o ile nie zamieni się w pożar wierzchołkowy. Ogień przeskakuje wówczas z dolnych partii lasu w korony drzew. Jeśli dołączy do tego silny wiatr, rozpętuje się żywioł, który jest wyjątkowo niebezpieczny i trudny do opanowania.

BARTNIK – PODPALACZ Z PRZYPADKU

 

Szwedzki badacz podjął ostatnio współpracę z polskimi naukowcami z Zakładu Badania Ssaków PAN w Białowieży. Zespół chce zrozumieć, w jaki sposób pożary kształtowały lasy Puszczy Białowieskiej. „To są pierwsze tego typu badania w Polsce” – mówi zaangażowana w projekt Ewa Zin. Dotychczasowe analizy skupiały się jedynie na wydarzeniach XX-wiecznych. Białowiescy naukowcy chcą zrekonstruować pożary z ostatnich kilkuset lat. Przeglądają wszelkie dostępne dokumenty archiwalne, poszukują starych pni sosen i świerków – w ich słojach rocznych zapisane są ślady wielu pożarów. Można w ten sposób odtworzyć dokładnie, w którym roku i jak mocno ogień nadwerężył drzewo, a jeśli zaś weźmie się pnie z dużego obszaru, pozwoli to nawet zrekonstruować zasięg kataklizmu. Wyniki, choć dopiero wstępne, już pozwalają na wyciągnięcie pierwszych wniosków. „Bez wątpienia pożary w Puszczy Białowieskiej występowały i były jednym z głównych czynników wpływających na strukturę drzewostanów” – wyjaśnia Ewa Zin.

Wstępne wyniki z jednego przebadanego obszaru sugerują, że najwięcej pożarów występowało od XVI do przełomu XVIII i XIX wieku. „Zdarzały się co kilka lat, czyli często, ale obejmowały względnie małą powierzchnię” – opowiada dr Tomasz Samojlik, kierownik projektu, specjalista od historii środowiska przyrodniczego. „Pasuje to do obrazu wynikającego ze źródeł historycznych, według których XVI– –XVIII wiek to okres tzw. wchodowego użytkowania Puszczy Białowieskiej, związanego z wprowadzaniem ognia do lasu” – mówi naukowiec. Do puszczy wchodzili okadzający pszczoły dymem bartnicy, wypalający dno lasu pasterze i ludzie koszący łąki, którzy nieraz palili stare siano. W XVII wieku doszło do tego wypalanie smoły drzewnej i potażu (węglanu potasu, uzyskiwanego z popiołu i stosowanego m.in. do produkcji mydła czy wyrobów ceramicznych), a w wieku XVIII – węgla drzewnego.

W XIX i XX wieku pożarów na przebadanym obszarze było już znacznie mniej – odnotowano tylko cztery. To znów zbiega się ze znanym z historii zakazem użytkowania wchodowego, wydanym przez rosyjskiego zaborcę. Największy znany z opisów pożar w tym okresie wybuchł w roku 1811 i trwał kilka miesięcy. Ugasiły go dopiero ulewne deszcze.

PŁOMIEŃ – WRÓG I PRZYJACIEL


Wraz ze zmianą „reżimu pożarowego” zaczął się zmieniać skład borów Puszczy Białowieskiej. Sosnę wypierał świerk. „Sosna ma grubą korę i wysoko położoną koronę. Świerk, przeciwnie, ma korę cienką, a koronę niską. Częste pożary uniemożliwiały świerkowi odnawianie się, podczas gdy sosny były w stanie przetrwać i wydać nasiona” – wyjaśnia Marcin Churski z Zakładu Badania Ssaków PAN.

Również dr Niklasson podkreśla, że europejski las bez pożaru i z pożarem wygląda zupełnie inaczej. „Bez ognia sosna w zasadzie zniknie (nie licząc stanowisk na bagnach oraz skałach), a krajobraz zdominują lasy świerkowo- brzozowo-jodłowe” – mówi. W rezerwacie w południowej Szwecji, gdzie prowadził badania, okresy pożarów sprzyjały rozwojowi sosen oraz dębów. Gdy pożary zaczęto gasić, drzewa te zostały zastąpione przez buki i świerki. Nawet konserwatywni leśnicy ze Skandynawii widzą teraz, że nie zawsze warto tłumić pożary.

Do podobnych wniosków doszli uczeni w Yellowstone, 20 lat po feralnym „lecie pożarów” ogień znów zaczyna być uznawany za niezbędny element przyrody. Naukowcy dostrzegają wręcz dobrodziejstwa żywiołu z 1988 roku – dzięki niemu miała zwiększyć się różnorodność krajobrazu. Rodzime gatunki roślin, lepiej przystosowane do przetrwania ognia niż inwazyjni przybysze, zyskały przewagę. Nie zaobserwowano żadnych trwałych negatywnych konsekwencji. Powróciła więc dawna polityka zarządzania pożarami. Ale pytanie, na ile ogień jest potrzebny, wciąż nie zostało jednoznacznie rozstrzygnięte. „Ciężko jest znaleźć poprawną odpowiedź” – przyznaje dr Niklasson. „Pożar jest i wrogiem, i przyjacielem. A my, niezależnie czy chcemy tego, czy nie, jesteśmy z nim związani na wiele sposobów”.