Mam najlepszą robotę w całej Galaktyce” – mówi Robert Haag z Tucson w Arizonie, jeden z najsłynniejszych łowców meteorytów na świecie, żywa legenda tego zawodu. Wiadomość o świetlistej smudze, która gdzieś na drugim końcu świata przecięła nocne niebo, to dla niego sygnał, by wypchać kieszenie banknotami i spakować walizki. Jeśli nie będzie dość szybki, to – nawet w miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc – spotka tłum swoich kolegów po fachu, hobbystów i mieszkańców okolicznych wiosek uzbrojonych w wykrywacze metali i magnesy na sznurku, pełnych nadziei na zbicie fortuny na tym, co spadło z nieba.

POSZUKIWANY PRZYBYSZ Z KOSMOSU


Taki alert nie zdarza się często, choć co roku do atmosfery trafia aż 40 tys. ton materii z rozbitych asteroid i komet. Aby złapany przez ziemską grawitację kawałek materii stał się czekającym na swego znalazcę meteorytem, musi przetrwać lot ku powierzchni Ziemi i nie wpaść do oceanu. Wiele meteoroidów, zwłaszcza kamiennych, rozpada się w powietrzu i zasypuje gruzem obszar w kształcie elipsy długości nawet kilkudziesięciu kilometrów, dlatego łowcy meteorytów nie narzekają zbytnio na konkurencję zbieraczy amatorów.

Czasem od osobistego przeczesywania terenu bardziej owocne jest nauczenie mieszkańców z okolicy, czego szukać, i obietnica hojnej zapłaty za przyniesione okazy. W tym celu Robert Haag rozwiesza plakaty z wizerunkiem meteorytu i znanym z westernów napisem „Poszukiwany”.

Na zdobyte przez łowców okazy czekają handlarze, kolekcjonerzy i naukowcy. Te cztery grupy składające się na meteorytowy światek łączy skomplikowana sieć zależności. Już pionier wśród łowców Harvey H. Nininger – znalazca większości meteorytów, które spadły za czasów jego aktywności zawodowej na terenie USA – spotkał się z pretensjami ze strony uczonych z powodu posiadania prywatnej kolekcji i handlowania z innymi kolekcjonerami. Jak się później okazało, najgłośniejszy z krytyków, Lincoln La Paz, były dyrektor Wydziału Meteorytyki na University of New Mexico w Albuquerque, sam miał ogromny zbiór kupiony prawdopodobnie za uniwersyteckie pieniądze.

Ponieważ etyka zawodowa wymaga od poszukiwaczy, by meteoryty, zwłaszcza te wyjątkowe, trafiały w pierwszej kolejności do placówek naukowych i muzeów, uczeni i łowcy żyją we względnej symbiozie. Odbywa się to zwykle na zasadzie wymiany. Muzea i instytuty nie mogą sobie pozwolić na kupowanie meteorytów po cenach rynkowych, posiadają za to okazy, których nie ma w prywatnych kolekcjach. W ten sposób warszawskie Muzeum Ziemi wzbogaciło się o imponującą płytę pięknego pallasytu Esquel, za którą „zapłaciło” Robertowi Haagowi połówką meteorytu Łowicz. Poza tym naukowcy sami wybierają się na łowy na Antarktydę, gdzie klimat wprawdzie nie jest piknikowy, za to szukanie bardzo łatwe, bo ciemne kamienie z kosmosu świetnie widać na lodzie. Przez 40 lat udało się tam znaleźć kilkadziesiąt tysięcy meteorytów, które na mocy traktatu antarktycznego mogą trafiać wyłącznie w ręce uczonych.

37 TON SKARBU


Robert Haag jest nie tylko najsłynniejszym łowcą, lecz również posiadaczem największej na świecie prywatnej kolekcji kosmicznych skał. Fascynuje się nimi już od dzieciństwa, kiedy to był świadkiem upadku meteorytu w Meksyku (próbował go później znaleźć, jednak bez skutku). Jego rodzina prowadziła sklep z minerałami i gdy 20-letni Haag zobaczył w jakiejś fachowej gazetce ogłoszenie kolekcjonera, który chciał kupić meteoryty, postanowił sprawdzić, czy da się zarobić na takim handlu. Kupił pierwszy okaz za 400 dolarów i sprzedał za 2 tys., a zarobek zainwestował w ogłoszenia i kolejne egzemplarze.

Od ponad 30 lat szuka meteorytów w najróżniejszych zakątkach świata, tnie je, sprzedaje i wymienia, by wzbogacać własny zbiór, rozdaje naukowcom i szkołom. Dzięki charyzmie i ogromnemu entuzjazmowi zaraził swoją pasją wielu innych, przez co z jednej strony przybyło mu konkurentów, a z drugiej – powiększyło się grono kolekcjonerów, a więc potencjalnych klientów Haaga.

Zarabia ponoć dzięki temu, że potrafi lepiej rozpoznawać meteoryty niż konkurenci. Jedno z najważniejszych swoich znalezisk, 19-gramowego przybysza z Księżyca, wypatrzył na stosie innych okazów. Był to pierwszy księżycowy meteoryt znaleziony poza Antarktydą. Przy okazji nie obyło się bez międzynarodowej awantury, ponieważ okaz pochodził z Australii Zachodniej, gdzie według prawa wszystkie meteoryty należą do państwa i nie wolno ich wywozić bez zezwolenia. Mniej szczęśliwie skończyła się dla Haaga przygoda w Argentynie – tam kupił gigantyczny, 37-tonowy okaz ze słynnego Campo del Cielo. Zanim dotarł z nim na statek, został aresztowany, a po paru dniach odesłany do domu bez meteorytu – i bez kilkudziesięciu tysięcy dolarów, które za niego zapłacił.

METEORYTY TANIO ODKUPIĘ


Również Mike’a Farmera do światka meteorytowego przyciągnęła mieszanka fascynacji i przekonania, że da się w nim zarobić spore pieniądze. W 1996 r. na słynnych targach w Tucson kupił za 70 dolarów swój pierwszy meteoryt – całkiem zwyczajny, ale trzymając w ręku kawałek kosmosu, poczuł, że musi mieć tego więcej. Na tych samych targach nabył więc małą kolekcję 40 sztuk za 4 tys. dolarów. Były to rzadkie okazy, które w ciągu dwóch dni sprzedał z poczwórnym zyskiem. Mike założył sklepik internetowy, rozkręcił interes, po czym postanowił rzucić się w wir przygód i poszukać meteorytów samemu.

 

Kamienie z nieba

Większość meteorytów to kawałki asteroid krążących między Marsem a Jowiszem, równie starych jak cały Układ Słoneczny (dlatego są nieocenionym źródłem informacji o jego początkach). Gdy dwie asteroidy zderzą się ze sobą, ich kawałki (meteoroidy) rozlatują się na wszystkie strony. Meteoryty z Marsa i Księżyca są fragmentami odłupanymi przez potężne uderzenie asteroidy. Meteoroid, który wpada w ziemską atmosferę, pędzi z tak ogromną prędkością, że otaczająca go warstwa zjonizowanej atmosfery zaczyna świecić – mówimy wówczas o spadającej gwieździe, meteorze albo bolidzie (jeśli jest bardzo jasny). Na tym etapie może się rozpaść, traci też część masy – nawet do 90 proc. – i zyskuje charakterystyczną skorupę obtopieniową.

Meteoryty dzieli się na trzy podstawowe grupy: kamienne, żelazne i żelazno-kamienne. Specjaliści wyróżniają wśród nich wiele dodatkowych podgrup zależnie od składu chemicznego i budowy. Kamienne są najpospolitsze, lecz niełatwo je rozpoznać, bo najbardziej przypominają zwykłe kamienie. Żelazne są ciemne, połyskliwe i bardzo ciężkie. Choć spada ich mniej niż kamiennych, łatwiej je znaleźć, bo bardziej się wyróżniają wśród otoczenia i są mniej podatne na erozję. Spośród meteorytów żelazno- -kamiennych – najrzadszych, bo stanowią ok. 1 proc. znalezisk – najpiękniejsze są pallasyty zawierające kryształy oliwinu. Każdy typ meteorytu powstaje w innej części asteroidy – kamienne w zewnętrznym płaszczu, żelazne w metalowym jądrze, a mieszane na ich granicy.


Łowców było już wówczas wielu, więc z pierwszych wypraw Farmer wracał z pustymi rękoma. Strzałem w dziesiątkę okazała się podróż do Ourique w Portugalii, gdzie cztery miesiące wcześniej spadł meteoryt. Małe zainteresowanie mediów tym wydarzeniem dawało nadzieję, że okolica nie została doszczętnie wyczyszczona, więc Farmer z 10 tys. dolarów w gotówce ruszył do Europy. Wiele skał nie znalazł, ponieważ mieszkańcy miasteczka skrupulatnie je wyzbierali, zasiadł więc w barze i rozpuścił wici, że skupuje kamyki, które spadły z nieba, płacąc od 50 centów do dwóch dolarów za gram. Po całej operacji zostało mu siedem dolarów, ale zgromadził aż dziewięć kilogramów meteorytu, którego nie miał żaden inny handlarz. Kawałki Ourique sprzedał po 10 dolarów za gram, część wymienił z muzeami. Odezwały się krytyczne głosy, zarzucające mu zabranie czegoś, co powinno należeć do Portugalii. Farmer bronił się, argumentując, że portugalscy naukowcy po paru wizytach stracili zainteresowanie miejscem upadku, a meteoryty niszczały na polach.

W 2007 r. pojechał do Peru, by skupować fragmenty meteorytu Carancas. Zależało mu na wydobyciu głównej masy, która – jak podejrzewał – spoczęła na dnie wypełnionego brudną wodą krateru. Udało mu się pozyskać zaledwie ok. 100 kawałków ważących w sumie 300 g, za które zapłacił tysiąc dolarów, gdy popadł w niełaskę miejscowej policji i musiał uciekać do Boliwii.

Nie szczędził potem gorzkich słów pod adresem skorumpowanej władzy i peruwiańskich naukowców. Gdy przybył na miejsce, ok. 30 kg meteorytu już zniknęło. Władze miasteczka i policja nastraszyły mieszkańców, że kamienie z nieba są niebezpieczne, i same położyły na nich łapę, by je sprzedawać łowcom i kolekcjonerom.

ODKRYCIE ZA MILION


Poszukiwacze bywają postrzegani jako rabusie i przemytnicy, choć w wielu krajach nie ma regulacji prawnych mówiących, do kogo należą znalezione tam meteoryty. Nawet jeśli takie prawo istnieje, nie zawsze działa. Namibia zakazuje wywozu meteorytów, ale światowy rynek jest pełen fragmentów słynnego żelaznego Gibeona. Łowcy krytykują rządy krajów o restrykcyjnym prawie, ponieważ uważają, że zamiast chronić skały z kosmosu odnosi się w ten sposób skutek wręcz przeciwny – meteoryty niszczeją na polach czy topią się wiosną w jeziorach i nikt nie ma z nich pożytku.

Najlepiej więc w ogóle nie zadzierać z władzą. Taką taktykę udało się zastosować kolejnemu amerykańskiemu łowcy Steve’owi Arnoldowi podczas pobytu w Omanie. Gdy po powrocie z łowów do hotelu usłyszał, że policjanci wypytywali o poszukiwaczy meteorytów, pojechał z powrotem na pustynię i ukrył swą zdobycz – 151 okazów. Na drugi dzień spakował znaleziska i pośpiesznie wysłał je do domu.

Największy sukces Arnold odniósł jednak na własnym podwórku – w zachodniej części stanu Kansas, skąd pochodzi ok. 10 proc. wszystkich meteorytów znalezionych w USA. Kupił wielki wykrywacz metali i po otrzymaniu zgody od właściciela jednej z farm w rejonie spadku meteorytu Brenham zaczął szukać. Nie minęły trzy godziny, gdy znalazł 127-kilogramowy okaz, ale prawdziwa sensacja przyszła po dwóch tygodniach, gdy wykopał 650-kilogramowy pallasyt (najrzadszy i najpiękniejszy rodzaj meteorytu). Okrzyknięty przez prasę „meteorytem za milion dolarów” kolos nie został pocięty na mniejsze kawałki. Arnold czeka, aż jakaś instytucja zechce go kupić, a handluje tylko mniejszymi znaleziskami z Brenham.

DZIEŁO SZTUKI DLA GWIAZDY


Niełatwo bowiem na tym rynku sprzedać coś tak drogiego. Ceny kosmicznych kamieni ciągle się zmieniają – i to z nie zawsze racjonalnych powodów. Meteoryt, którego fragmenty są ciągle zbierane i zalewają rynek, nie może być drogi. Pospolite kamienie wielkości okruszka można kupić już za kilka złotych. Wysokie ceny osiągają okazy muzealne pozyskane przez handlarzy drogą wymiany, ponieważ zwykle są to meteoryty wyzbierane wiele lat temu, niedostępne już na rynku.

Odkąd skały z Księżyca i Marsa zaczęto znajdować w Omanie i na Saharze, ich niebotyczne wcześniej ceny znacznie spadły. Fragmenty księżycowe kosztują ponad tysiąc dolarów za gram, marsjańskie – choć mniej liczne – od 300 dolarów za gram. Parę tysięcy trzeba zapłacić za gram marsjańskiego meteorytu Chassigny z 1815 r. i nie jest to drogo, ponieważ jeszcze kilka lat temu cena była dziesięciokrotnie wyższa. Upodobanie kolekcjonerów do meteorytów, które uderzyły w domy i inne wytwory naszej cywilizacji, winduje ich ceny, choćby same kamienie były zupełnie pospolite. Nie brakuje też chętnych na zniszczone przedmioty – jeden z kolekcjonerów odkupił samochód zgnieciony przez meteoryt Peekskill.

Oczywiście jeśli ktoś się postara, może trafić do zupełnie nowej, o wiele bogatszej klienteli. Nowojorski handlarz Darryl Pitt sprzedaje meteoryty o pięknych kształtach jako „naturalne dzieła sztuki z kosmosu” – nawet za ponad 100 tys. dolarów. W ten sposób swoją podróż z gwiazd kosmiczne kamienie kończą u gwiazd, zdobiąc salony m.in. Stevena Spielberga i Nicolasa Cage’a.

 

Niebiańskie pole

Jeden z największych meteorytów, którego fragmenty znajdowane są do dziś, spadł ok. 4500 lat temu w Argentynie. Pierwsze wzmianki o nim pochodzą z 1576 r., kiedy to Indianie pokazali hiszpańskiemu konkwistadorowi Hernanowi Mexia de Miraval miejsce usiane kawałkami żelaza, którego używali do wyrobu broni. Miejscowi nazywali je Niebiańskim Polem (hiszp. Campo del Cielo) przekonani, że znajdowany tu metal spadł z nieba. Wkrótce ekspedycja hiszpańska znalazła wielki kawał żelaza wystający z ziemi (nazwany później Mesón de Fierro – Żelaznym Stołem), ale w indiańską legendę nie uwierzyli, uznając znalezisko za naturalną odkrywkę rud żelaza. Miguel Rubin de Celis oszacował wagę tej bryły metalu na 15 ton, jednak uznał ją za bezwartościową i Żelazny Stół popadł w zapomnienie. Przez kolejne lata na Campo del Cielo zbierano kawałki żelaza – od drobnych po kilkutonowe – ale naprawdę wielki, 37-tonowy głaz odkryto pięć metrów pod ziemią dopiero w 1969 r. W 1990 r. Campo del Cielo objęto ochroną prawną mającą zapobiegać nielegalnej wywózce znalezisk z kraju.