Wymieniano ich nazwiska jednym tchem obok Jagiełły i Kościuszki, ich podobizny zdobiły fasady gmachów, ich osiągnięcia wychwalano w audycjach radiowych i szkolnych podręcznikach. „Oto do trybuny zbliża się kolumna przodowników pracy – krzyczał spiker podczas transmisji z pierwszomajowego pochodu w 1952 r. – To ci, którzy swym przykładem porywają tysiące, by szybciej rosły siły ojczystego kraju. Najofiarniejszych towarzyszy pozdrawia osobiście Pierwszy Budowniczy Polski Ludowej – prezydent Bolesław Bierut”.

TO IDZIE MŁODOŚĆ!


System potrzebował bohaterów – zwycięzców „walki o wykonanie planu sześcioletniego”. Propagandowy spektakl zwany „współzawodnictwem pracy” miał zagwarantować gospodarce efektywność, niezbędną podczas forsownej industrializacji. Ponieważ nie można było dostarczyć fabrykom nowocześniejszych maszyn, zaś mechanizmy rynkowe zostały zablokowane, rządzący upowszechniali w społeczeństwie nowy – przodownicy byli otaczani kultem podobnym do tego, jakim dziś cieszą się Małysz lub Kubica.

„Za ich przykładem”, „Tokarz Góra rzuca wyzwanie”, „Henryk Wójcik walczył, teraz pracuje”, „Wielki awans Anieli Żydek”, „Stasiek Kaługa staje do współzawodnictwa”, „Jak Stefan Wróbel ustalił nową normę” – to przykładowe nagłówki gazet i tytuły broszur drukowanych w stutysięcznych nakładach. Trzycyfrowe liczby, oznaczające procentowe przekroczenie planu, podawano do wiadomości publicznej niczym rekordy lekkoatletyczne.

Podkreślano młody wiek bohaterów. Przeciwstawiano ich „starym pracownikom, którym wydaje się, że przedwojenne normy techniczne są sztywne i nie dadzą się zmienić. Nie rozumieją oni, że w państwie ludowym stosunek robotnika do wykonywanej pracy jest inny niż w państwie kapitalistycznym, że właśnie ten nowy, socjalistyczny stosunek do pracy jest źródłem niewyczerpanych rezerw, które umożliwiają państwu ludowemu rozbudowę i umacnianie gospodarki w tempie o wiele szybszym, niż się to dzieje w państwach kapitalistycznych”.

Mistrzowie nowej konkurencji – najlepsi hutnicy, monterzy, betoniarze – w nagrodę dostępowali zaszczytu osobistego spotkania z przywódcami proletariatu. Podczas corocznego balu na Politechnice Warszawskiej przodownicy pracy tańczyli wspólnie z kierownictwem partii i rządu. Na archiwalnych taśmach możemy zobaczyć Edwarda Ochaba, jak wywija walczyka trzymając w objęciach prządkę rekordzistkę. Przy okazji oficjalnych uroczystości na parkiet ruszały też pary męsko-męskie. Na akademii z okazji Dnia Górnika w kopalni „Ziemowit” Zenon Nowak tańczył „trojaka” w objęciach z przodownikiem Markiewką.

Kilka razy w roku – z okazji świąt branżowych 1 Maja i 22 Lipca – do Belwederu przybywały „z serdeczną wizytą”, jak pisała prasa, delegacje przodowników pracy. Rytuał miał symbolizować więź władzy ze społeczeństwem, toteż starano się, aby grupa gości była reprezentatywna. Okólnik Wydziału Propagandy wydany przed świętem 1 Maja instruował: „do Warszawy przyjeżdżają z całego kraju w zorganizowanych grupach delegacje złożone z najlepszych przodowników pracy z przemysłu, transportu i rolnictwa, wyróżniające się przewodniczące spółdzielni produkcyjnych, traktorzyści, technicy, naukowcy, nauczyciele, literaci, architekci, plastycy, muzycy i przedstawiciele prasy – w łącznej sumie 513, w tym kobiet 96. Każdą grupą opiekuje się polityczny pracownik KW”. Propagandowe opisy podkreślały partnerskie więzi łączące przywódców z robotnikami rekordzistami. „Podczas przyjęcia w salach Belwederu Prezydenta otaczał nieprzerwanie ciasny krąg rozradowanych możnością porozmawiania z nim towarzyszy z kopalni i spółdzielni produkcyjnych, kolegów w zielonych koszulach” – pisał „Sztandar Młodych”.

Prasa kładła nacisk na wspólne zainteresowanie tematyką produkcji. Oto premier i przyszły szef partii prowadzą fachowe dyskusje z kolejarzami przodownikami zaproszonymi do pałacu URM. „Tow. Cyrankiewicz i tow. Ochab z uwagą słuchają opowiadania tow. Pawła Kocota, inicjatora współzawodnictwa o oszczędność węgla w PKP – pisała „Trybuna Ludu”. – Dziś tow. Kocot jest naczelnikiem parowozowni DOKP Stalinogród. Słucha z uwagą tow. Cyrankiewicz historii, w której zawiera się walka tow. Kocota o oszczędność węgla. O ulepszenie rusztów i paleniska w parowozach, co pozwoliłoby na spalanie gorszych gatunków węgla i miału”.

SĄD BOSKI NAD PSTROWSKIM

 


Pierwszym i najsławniejszym przodownikiem PRL był górnik kopalni „Jadwiga” Wincenty Pstrowski. W 1947 r. zrobił 290 proc. normy i rzucił słynne hasło „kto wyrąbie więcej niż ja?”, wzywając do współzawodnictwa. Tak w każdym razie przedstawiła to propaganda, chociaż rzeczywistość była bardziej skomplikowana. Kariera Pstrowskiego rozpoczęła się w momencie, gdy zażądał, by płaca dla członków brygady była dzielona proporcjonalnie do osiągnięć, a nie jak dotąd po równo.

Najważniejszym motywem, jaki przyświecał przodownikom, była możliwość nieograniczonych zarobków. Początkowo premie wypłacane za ponadnormatywną produkcję były zawrotne. W dodatku wyróżniający się przodownicy otrzymywali możliwość robienia zakupów w specjalnych sklepach, dostawali też skierowania na zagraniczne wczasy. Oficjalnie podkreślano jednak, że przyczyną zaangażowania w produkcję jest miłość do socjalizmu i towarzysza Bieruta. Pstrowski wkrótce musiał porzucić górniczy fach. W galowym czarnym mundurze i czapce z pióropuszem uczestniczył odtąd w oficjalnych akademiach, przecinał wstęgi, otwierał obrady. W lutym 1948 r. media obszernie relacjonowały jego wizytę w Warszawie, na zaproszenie... Ministerstwa Kultury. „Bohater pracy socjalistycznej” zwiedził m.in. redakcję „Czytelnika”, pomieszczenia „Agencji Informacyjno-Prasowej”, komendant Straży Marszałkowskiej oprowadził go też po gmachu Sejmu.

Wspaniała kariera trwała jednak krótko. Wiosną 1948 r. okazało się, że Pstrowski jest chory na białaczkę. Mimo wysiłków lekarzy zmarł w połowie kwietnia. Dla rządzących śmierć ta oznaczała przede wszystkim porażkę propagandową. „Jeśli chcesz iść na Sąd Boski, pracuj tak jak Wicek Pstrowski” – głosiło popularne wówczas powiedzonko.

Po uroczystym pogrzebie z udziałem dygnitarzy postać bohaterskiego górnika poszła w zapomnienie. Jego legendę postanowiono odświeżyć dopiero po latach – z czym wiąże się anegdota. W roku 1977 grupa członków Biura Politycznego podjęła decyzję, aby z okazji Barbórki zrobić Edwardowi Gierkowi prezent i zaprosić na odsłonięcie wzniesionego w tajemnicy pomnika Pstrowskiego. Krążyła pogłoska, że obaj górnicy znali się z czasów pracy w kopalniach belgijskich – wyobrażano sobie, że Gierek rozrzewni się na wspomnienie dawnych czasów i będzie wdzięczny pomysłodawcom. Były też motywy polityczne: cud gospodarczy właśnie zamieniał się w kryzys i uznano, że przypomnienie sylwetki socjalistycznego „świętego” ożywi w społeczeństwie takie cnoty jak ideowość i skłonność do wyrzeczeń. Dodatkiem do prezentu miał być dokumentalny film o Pstrowskim, utrzymany w konwencji hagiografii. Ekipa telewizyjna nadludzkim wysiłkiem zdołała przygotować program na czas. Na premierową projekcję kierownictwo Radiokomitetu zaprosiło „pierwszego sztygara Polski Ludowej tow. Edwarda Gierka”.

„Wieczorem nadeszła oczekiwana »Godzina Zero!« – wspominał reżyser Stefan Szlachtycz. – Ci Najważniejsi zebrali się w sali projekcyjnej KC. Rzecz jasna nie byliśmy przy tym, niżej Szczepańskiego [prezesa Radiokomitetu] nikt z TVP nie miał tam wejścia, ale relację miałem od uczestnika. Czekali w nastroju radosnego podniecenia, wyczuwali już nadzwyczajne skutki tego niespodziewanego spotkania po latach dwu starych druhów, kompanów lat trudnych... Gierek dał długo czekać, wszedł z miną niczego nie wróżącą, szybko zarządził projekcję. Popatrywali nań w trakcie, czekali aż się rozklei, ale zachował kamienną twarz. Przy napisach końcowych wstał bez słowa, ciężkim krokiem wyszedł z sali, z rozmachem zatrzaskując drzwi. Nastała przerażająca cisza, pełna konfuzja. Mój narrator był tym najodważniejszym, który zaryzykował pójście do jaskini lwa. Zastał go nerwowo chodzącego od ściany do ściany, w pewnym momencie zatrzymał się i zadał pytanie w lodowatej tonacji: – »nie dość, że temu sk... stawiacie pomnik (a więc już wiedział), to jeszcze zrobiliście film o nim! Kto to ze mną uzgodnił?!« W rzeczy samej nikt, bo to miała być niespodzianka. Była, ale nie ta. Wiedzieli, że się znają, ale nikt nie przeczuwał aż takiej więzi uczuciowej, jaka łączyła Gierka z Pstrowskim. [...] Wypadki musiały potoczyć się błyskawicznie. Odwołano manifestację w Zabrzu”.

Order Budowniczego

Wprawdzie lista odznaczeń i wyróżnień, na jakie mogli liczyć przodownicy była długa, ludzie dobrej roboty czuli sie spełnieni dopiero po otrzymaniu Orderu Budowniczego Polski Ludowej. Odznaczenie to zostało ustanowione w 1949 roku jako zachęta dla tych, którzy wznosili kraj po wojennych zniszczeniach. Jako pierwszy uhonorowany nim został górnik Pstrowski oraz żołnierz gen. Karol Świerczewski (obaj pośmiertnie). W 1992 roku order został zlikwidowany, choć nie przyznawano go juz od połowy lat 80.

Niewiele brakowało, by autora dokumentu wyrzucono z pracy (ktoś musiał być winny), w każdym razie jego kariera wydawała się złamana. Zastanawiał się, co sprawiło, że propagandowy film okazał się katastrofą. „Wciąż nękała mnie zagadka, jakie to przyczyny sprawcze powodowały Gierkiem, że pastwił się nawet nad trupem Pstrowskiego? Pewne światło na to rzucił mi w kilka lat później Leszek M. – człowiek bywały – dyrektor przedsiębiorstwa estradowego, syn znanego pisarza. Opisał incydent, jaki miał miejsce w czasie owej gali, gdy Pstrowski został Budowniczym Polski Ludowej. Podobno na widok Gierka wśród oficjeli miał podejść do niego i zawołać doniośle: – »A co tutaj robi ten towarzysz, podający się za górnika pracującego w Belgii?!«. Skandal został szybko zatuszowany, tym bardziej że chory Pstrowski był w dodatku podpity... Pstrowskiego prawda o Gierku miała wyglądać tak: nie pracował, albo bardzo krótko w kopalni belgijskiej, wraz z żoną założył pensjonat, w którym on, Edward pełnił funkcję maitre d’hotel. – Zwróć uwagę – kontynuował mój narrator – na sposób, w jaki Gierek się kłania. Sztywny, wyprostowany z ramionami opuszczonymi w dół, jakby trzymał w nich ciężkie walizki”.

ALBIN ZBROJARZ

 


Przodownicy pracy nie cieszyli się sympatią kolegów. Ich rekordy skłaniały władze do podnoszenia norm i wkrótce okazywało się, że wszyscy muszą ciężej pracować – choć za tę samą pensję. Nic dziwnego, że niechęć nieraz przeradzała się w otwartą agresję. „W Zakładach Żyrardowskich robotnice na dziale »spodni« nie wyrabiały normy – czytamy w poufnym partyjnym raporcie z 1949 r. – W związku z tym przesunięto z działu »koszul« na dział »spodni« przodownicę odznaczoną orderem Sztandaru Pracy ob. Wiśniewską, która pokazała, że normę można wykonać i wykonała ją sama. Rozgniewane tym pracownice z działu »spodni« pobiły ob. Wiśniewską”.

Po ideę charyzmatycznych bohaterów z legitymacją PZPR sięgnięto ponownie w latach osiemdziesiątych. Upadek ekipy gierkowskiej, zapaść gospodarcza i powstanie „Solidarności” sprawiły, że partia znalazła się w stanie rozkładu. Aby podtrzymać ideologiczną fikcję o rządach klasy robotniczej, postanowiono do najwyższych władz wprowadzić „ludzi ciężkiej pracy”.

Najbardziej spektakularnym przykładem takiego działania była kariera Albina Siwaka, brygadzisty w Kombinacie Budownictwa Mieszkaniowego „Warszawa-Wschód”, o specjalności „zbrojarz-betoniarz”, co – jak mawiali złośliwi – oddawało cechy jego osobowości i poglądy polityczne. W lipcu 1981 r. warszawski budowlaniec został członkiem Biura Politycznego, a więc ścisłego kierownictwa państwa. W zamyśle Wojciecha Jaruzelskiego, pomysłodawcy tego awansu, Siwak miał reprezentować „zdrowy robotniczy nurt”, a jego obecność we władzach miała być sygnałem (również dla Moskwy), że partia nie zatraci klasowego oblicza.

Już pierwsze publiczne wystąpienie tow. Albina – na IX Zjeździe partii – uzmysłowiło wszystkim, że nie będzie on zwolennikiem kompromisu. „Cenię Was, towarzyszu Kania, za rozwiązywanie spraw bez konfliktów, bez użycia siły. Ale ganię Was, towarzyszu Stanisławie, za to, że prawa w naszym kraju nie ma”. Nigdy dotąd członek partii nie odważył się zwracać w taki sposób do pierwszego sekretarza.

Siwak od razu zadeklarował się jako rzecznik partyjnego „betonu”. Skrytykował politykę ustępstw wobec „Solidarności” i przypomniał bohaterskie czyny „utrwalaczy władzy ludowej”. „Państwo ludowe nie zdobyło się dotychczas na godny tej krwi pomnik – grzmiał – który przypomniałby generacjom o walce klasy robotniczej i rewolucyjnego chłopstwa z rodzimą reakcją. Stawiam więc konkretny wniosek o uchwalenie budowy pomnika poległych w walce o Polskę Ludową z rąk reakcji”. Nic dziwnego, że nazwisko Siwaka działało odtąd na opozycję jak płachta na byka. Imano się różnych sposobów, aby budować popularność Siwaka w społeczeństwie. Telewizja wybrała go „człowiekiem roku”, uczyniono go też przewodniczącym Komisji Skarg i Interwencji KC. Miał zostać rzecznikiem uciśnionych i pokrzywdzonych – zwłaszcza przez „Solidarność”.

Sam Siwak znakomicie czuł się w roli ludowego trybuna. Początkowo zapowiedział, że funkcję członka BP będzie łączył z pracą na budowie. „Ja byłem zdania, i oficjalnie to głosiłem z trybuny KC, że członkowie Biura Politycznego, robotnicy, powinni być wśród ludzi. Że nie wolno im porzucić stanowiska pracy. Sam chcę to udowodnić i pracuję dalej na budowie”. Pomysł ten szybko mu jednak wyperswadowano. „Szef MSW nie omieszkał zwrócić mi uwagę, że jeśli ma mnie chronić oficer, to absolutnie nie będzie w stanie tego robić na budowie” – czytamy we wspomnieniach „Od łopaty do dyplomaty”. Siwak wyznaje w nich: „Tak więc przeniosłem się na stałe do swojego biura przy ul. Mokotowskiej, gdzie otrzymałem sekretarkę, oficera i dwóch kierowców oraz dwa wozy. Dlaczego dwa, skoro inni robotnicy – członkowie Biura Politycznego mieli po jednym? Dlatego, że minimum trzy razy w tygodniu wyjeżdżałem daleko na posiedzenia plenarne KW oraz spotkania z załogami zakładów pracy. Kiedy podliczono moje kilometry przebyte po polskich drogach przez miesiąc to wychodziło, że za czterech członków Biura Politycznego wyjeździłem. A jeździć trzeba było, bo takie były zapotrzebowania w terenie”.

Telewizja i prasa ze szczegółami relacjonowały przebieg tych spotkań. Miało być dosadnie i od serca: „Mówi spracowany robociarz: – Pracuję już dwadzieścia trzy lata i jestem bez mieszkania. Budowałem dla innych, dla siebie nie zbudowałem. Patrzę, jak dalej tacy przyjeżdżają, jeszcze nie zaczęliśmy bloku, a już wiedzą, że to będzie ich, wydają nam polecenie, a tu taka glazurka, a tu okienko, takie, a nie inne... – tutaj mówiący zaklął sobie zdrowo, potem przeprosił członka Biura. – Nie obraziłem się – uspokoił go Siwak – robiłem jak i wy, znam życie prostego człowieka”.

Albin Siwak

Budowlaniec, miał być odpowiedzią komunistów na popularność, jaka sie cieszył wśród Polaków pewien elektryk z Gdańska. Partia liczyła na to, ze jawnie antysemicki Siwak przyciągnie do niej środowiska nacjonalistyczne. Jednak nadzieje związane z tym politykiem okazały sie płonne – Siwak częściej kompromitował PZPR, niż przysparzał jej popularności. W oczach ludu pracującego skończył marnie – jako dyplomata.


„Człowiek roku” fraternizował się z robotnikami i odrzucał konwenanse – w każdym razie przed kamerą. „Mam swoje określone cechy charakteru, nie wszystkim muszą się podobać – mówił w wywiadzie dla tygodnika »Rzeczywistość«, głosu partyjnego »betonu«. – Nie lubię owijać w bawełnę. Mówię krytycznie o tym, co uważam, że jest złe. Staram się stawiać sprawy jasno i bez względu na to, czy dotyczy to działaczy wyższych szczebli, czy moich najbliższych kolegów. Myślę, że w partii wszyscy powinni być sobie równi – minister i robotnik są na forum partyjnym tylko towarzyszami”.

Gazety pokazywały, jak przewodniczący Komisji Skarg pochyla się nad losem prostych ludzi i tępi nadużycia. „Z prośbą o pomoc przychodzą do Albina Siwaka młodzi i starzy, partyjni i bezpartyjni, wierzący i niewierzący, członkowie byłych związków branżowych i byłej »Solidarności«, także ideowo- -polityczni oponenci – czytamy w reportażu „Rzeczywistości” z października 1982 r. – Na biurku powoli przybywa dowodów osobistych. Pomimo godzinowego terminarza wielu woli być wcześniej. Wielu musi być wcześniej, bo tak przyjeżdża pociąg z Wrocławia, Świnoujścia, Katowic. Godzina 8.30. Otwierają się drzwi od pokoju Albina Siwaka. – No to co, chłopaki, będziemy zaczynać”.

On sam opisywał ten epizod swojego życia bez przesadnej skromności: „Duże ułatwienie mam z telefonu rządowego. Można szybko z każdym wojewodą czy sekretarzem załatwić od ręki ludzkie sprawy. [...] Była to surowa i bolesna szkoła życia, jaką przeszedłem piastując tę funkcję. Dająca jednak niesłychaną satysfakcję i zadowolenie, że można było aż tylu ludziom pomóc. Często teraz myślę, że chociażby dla tego, co zrobiłem przez te pięć lat, warto było być w partii”.

NA KŁOPOTY – MIODOWICZ

Mimo wszystko popularność Siwaka nie rosła zgodnie z oczekiwaniami. Wkrótce stał się postacią nie tyle legendarną, ile anegdotyczną. „Jutro zamiast Dziennika telewizja nada najnowszy film Andrzeja Wajdy – głosił popularny w stanie wojennym dowcip. – Będzie zatytułowany »Człowiek z pustaków. Opowieść o życiu Albina Siwaka«”; „Jak długo będzie trwał stan wojenny? – Sejm ustanowił, że 8 lat – Siwak musi skończyć podstawówkę”; „Różnica między Piłsudskim a Jaruzelskim: Piłsudski jeździł na kasztance, a Jaruzelski na Siwaku!”.

Gdy było już jasne, że nominacja jest dla władzy raczej źródłem kłopotów niż propagandowym sukcesem, kariera Siwaka skończyła się równie raptownie jak się zaczęła. W lipcu 1986 r. nie wybrano go na kolejną kadencję do Biura Politycznego, otrzymał za to propozycję objęcia stanowiska radcy ambasady polskiej w Libii. Niezrażony tą porażką Jaruzelski postanowił znów wprowadzić do władz „prawdziwego robotnika”. Tym razem jego wybór padł na hutnika i przewodniczącego Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych – Alfreda Miodowicza. On sam skromnie opisał wejście na salony: „Podczas zjazdowego głosowania dostałem niedużo głosów. Inni ze skreśleniami byli przerażeni – ja nie. Dlaczego miałem odnieść sukces – przecież w działaniu partyjnym byłem »zielony«. Zmartwieni byli natomiast Barcikowski i Rakowski, że niby im skreślenia uwłaczyły. Po głosowaniu Generał nagle poprosił mnie na zaplecze Kongresowej. W małej salce, na pięterku, zaproponował członkostwo w Biurze Politycznym”.

Miodowicz miał być przeciwwagą dla Wałęsy – bronić interesu ludzi pracy ofiarnie, acz w rozsądnych granicach. „Pierwsze reakcje związkowców były rozmaite – relacjonowała „Trybuna Ludu”. – Przeważał jednak pogląd, że obecność przewodniczącego OPZZ tam, gdzie zapadają decyzje ważne dla ludzi pracy, jest korzystna dla ruchu zawodowego, daje szanse bezpośredniego reprezentowania interesów załóg. Dlatego wybór ten należy traktować jako sukces ruchu związkowego, czego A. Miodowiczowi serdecznie gratulowano”.

„Od 1952 r. pracuje nieprzerwanie w Hucie im. Lenina; jest pierwszym nagrzewnicowym wielkich pieców w tym kombinacie” – przedstawiano w prasie nowego członka władz. Przewodniczący OPZZ starał się nie wypaść z roli rzecznika pokrzywdzonych. Zasłynął jako nieprzejednany przeciwnik rządu Messnera, podczas licznych spotkań z robotnikami zapowiadał walkę o podniesienie stopy życiowej. „W dużej mierze nasz zdecydowany opór w sprawach cenowych okazywał się skuteczny – chwalił się po latach. – Uzyskaliśmy albo znaczne zmniejszenia podwyżek, albo prawie trzykrotne wzrosty rekompensat w stosunku do przedłożeń rządowych. Jak było to społecznie odbierane, świadczy taki fakt. Podczas jakiejś wizyty w Gdańsku zatrzymuje nas na ulicy starsza kobieta i mówi: »Dobrze pan walczy, panie Miodowicz – tylko kiedy pan wyrzuci tych komunistów«”.

Lechosław Goździk

Lider protestów, jakie przetoczyły się w październiku 1956 roku przez Warszawę, został szybko wyrugowany z życia publicznego. W 1959 roku wydalono go nawet z partii. Zniechęcony do polityki Goździk wyjechał w Bieszczady, a następnie na Pomorze, gdzie podjął prace rybaka. Piastował nawet stanowisko prezesa Stowarzyszenia Rybaków Morskich. Zmarł niemal zupełnie zapomniany w maju 2008 roku.

 


Problemy zaczęły się, gdy Miodowicz uwierzył we własną charyzmę i – bez porozumienia z gen. Jaruzelskim – wyzwał Wałęsę na debatępojedynek przed kamerami. Zanim władze zdążyły zareagować, propozycję tę nagłośniono i nie było już możliwości odwrotu. Zagranie przewodniczącego OPZZ okazało się dla partii klęską. „Oglądaliśmy spotkanie Miodowicza z Wałęsą – zanotował Rakowski. – W miarę upływu czasu można było dostrzec miażdżącą przewagę Wałęsy. Był opanowany, składnie mówił, używał chwytliwych, przekonujących argumentów. Miodowicz mógł na wiele z nich odpowiedzieć, ale nie uczynił tego. Cały czas był w defensywie i w zasadzie ciągle wracał do jednej myśli – w jednym zakładzie pracy musi być jeden związek zawodowy. Nie ulega wątpliwości, że po tej debacie pozycja Wałęsy w Polsce bardzo się umocni. Właściwie trudno będzie przekonać kogokolwiek, dlaczego nie godzimy się na uznanie »S«. Wałęsa, który przyjął bardzo pojednawczy i niemal przyjacielski ton wobec Miodowicza, musiał u widzów zyskać zrozumienie. [...] Po audycji zadzwoniłem do Wojciecha Jaruzelskiego. Był wściekły. Urban i Ciosek, z którymi rozmawiałem, także nie ukrywali swojego rozczarowania. W istocie rzeczy Miodowicz stworzył nową sytuację polityczną w kraju”.

W wyborach 1989 r. PZPR zmieniła strategię i próbowała zdobyć poparcie społeczne, wystawiając „bezpartyjnych fachowców” w miejsce „robociarzy-aktywistów”. Na listach umieszczano nazwiska profesorów, lekarzy, znanych aktorów i konferansjerów, a nawet prywatnych przedsiębiorców – bez skutku. Głosowanie z 4 czerwca ostatecznie przypieczętowało kres mitu o „herosach socjalizmu”.