Ciało było kiedyś użyteczne jako środek transportu. Teraz traktujemy je rekreacyjnie. To radykalna zmiana, taka jak przysposobienie psa podwórkowego na pokojowego pieszczocha. Wyprowadzamy ciało-psa na spacery, chyba że stało się ono już ciałem-chomikiem i wędrujemy z nim tylko po przypominających kołowrotki urządzeniach w klubie fitness.

Ale miasto (może z wyjątkiem niektórych amerykańskich miast) jest równie dobrym miejscem na spacery jak dzika natura. Jeden z szefów korporacji, z którym pracuję, w ramach zachwytu nad odzyskaną dzięki medytacji wrażliwością zmysłową wraca codziennie z pracy pieszo ulicą Marszałkowską w Warszawie, choć zajmuje mu to godzinę. Mówi, że cieszy się każdym krokiem, a nawet mgłą i kolorem zmieniających się świateł ulicznych.

Już w latach 50. ubiegłego wieku paryżanin Guy Debord, jeden z autorów pojęcia „psychogeografia”, polecał wędrówki po mieście według pewnych reguł. Zalecał, by porzucić cele i motywy takich spacerów i pozwolić, by wciągnęło nas samo terytorium. Miał to być sposób na ucieczkę od nudy i spotkanie z nieznanym. Kiedy tak chodzimy, mają dryfować nie tylko nasze nogi, ale także nasze myśli. Wędrując, dostrajamy się do rytmu życia: ruchy ciała, oddech i bicie serca łączą się w jedno. „Piesza wędrówka pozwala nam być w ciele i w świe- cie, bez zajmowania się ciałem i światem. Daje nam wolność myślenia, bez niebezpieczeństwa zagubienia się w myślach” - pisze Rebecca Solnit. I dodaje: „Rytm chodzenia wywołuje pewien rytm myślenia, a mijanie krajobrazu pobudza i odtwarza wędrówkę wśród myśli. Tworzy się dziwna zgoda między wewnętrzną i zewnętrzną wędrówką, która pokazuje, że umysł też jest rodzajem krajobrazu, wśród którego można iść”.

W dostrojeniu do procesu życia, którego częścią jest wędrowanie, nie liczy się tak bardzo, dokąd dotarliśmy, ale sama podróż. Wędrując, nie kolekcjonujemy przeżyć, bo w końcu przygniotą nas swoim ciężarem. Zamiast tego otwieramy się na środowisko. Nie wypełniamy przestrzeni sobą, tylko raczej wywołujemy implozję: życie wlewa się w nas. Zmienia się nasz stosunek do innych ludzi. Pojawia się zrozumienie tego, że współistniejemy. Piesza wędrówka daje szansę na uświadomienie sobie, że jesteśmy otwartymi procesami, a nie osobnymi jaźniami, które muszą się fortyfikować przeciwko innym ludziom i środowisku.


DLA GŁODNYCH WIEDZY:

» Rebecca Solnit www.selfoff.com „Wanderlust. A History of Walking” Penguin Group, Nowy Jork 2000