Bo wychodzi na to, że zmiana czyichś poglądów na daną sprawę jest dość mało wymagającym zadaniem. Autorzy wspomnianych badań mówią o pięciu postach, które miałyby wystarczyć do zmiany sposobu myślenia użytkowników internetu. Szczegółowe ustalenia trafiły na łamy Information Systems Research. Być może najsmutniejsze w całej sprawie pozostaje to, że najwyraźniej społeczeństwo potrafi budować trwałe przekonania nawet przed oceną tego, czy dana informacja jest prawdziwa.
Naukowcy przeprowadzili serię eksperymentów opartych na symulacji korzystania z mediów społecznościowych przypominających przeglądanie Instagrama. Uczestnicy przeglądali serię postów dotyczących tematów, których wcześniej nie znali. Badacze zauważyli, iż po około pięciu kontaktach z podobnym przekazem u wielu osób zaczynały utrwalać się określone opinie. Co więcej, kolejne treści zgodne z wcześniej zaszczepionym przekonaniem były odbierane jako bardziej wiarygodne i częściej uznawane za warte udostępnienia.
Czytaj też: ChatGPT może ułożyć dietę. Pytanie brzmi, czy powinien
Autorzy badania nazwali ten moment punktem krytycznej informacji, czyli granicą, po przekroczeniu której użytkownicy internetu zaczynają automatycznie filtrować kolejne treści zgodnie z już powstałym nastawieniem. Informacje sprzeczne z wcześniej utrwalonym obrazem były częściej ignorowane lub odrzucane, nawet jeśli okazywały się prawdziwe i poparte faktami.
Przy okazji możemy dostrzec pewien szczególnie niepokojący aspekt funkcjonowania współczesnych platform społecznościowych. Okazało się bowiem, że proces budowania przekonań działał podobnie zarówno w przypadku informacji prawdziwych, jak i fałszywych. Uczestnicy eksperymentów często oceniali wiarygodność treści nie na podstawie rzetelnej analizy, lecz przez pryzmat powtarzalności przekazu, znajomości narracji oraz poczucia spójności komunikatu.
Według badaczy może to tłumaczyć, dlaczego dezinformacja rozprzestrzenia się w sieci tak skutecznie. W praktyce użytkownicy bardzo szybko przyzwyczajają się do określonego sposobu przedstawiania rzeczywistości, a późniejsze sprostowania lub ostrzeżenia pojawiają się zbyt późno, by skutecznie zmienić ich sposób myślenia.
Naukowcy zwrócili również uwagę na ogromny wpływ pozornych oznak autorytetu. Konta wykorzystujące określenia sugerujące profesjonalizm, takie jak dr czy ekspert, wzbudzały większe zaufanie nawet wtedy, gdy ich kompetencje nie były w żaden sposób potwierdzone. Co ciekawe, takie profile bywały odbierane jako bardziej wiarygodne niż popularni influencerzy posiadający tysiące obserwujących, mimo że publikowali identyczne treści.
Czytaj też: Depresja, lęk i cyberprzemoc. Meta ucieka od procesu o wpływ social mediów na dzieci
Autorzy publikacji podkreślają, że wyniki ich pracy mogą mieć ogromne znaczenie dla sposobu projektowania platform społecznościowych oraz walki z dezinformacją. Dotychczas większość działań skupiała się na oznaczaniu fałszywych informacji już po ich rozpowszechnieniu. Tymczasem badanie sugeruje, że kluczowy moment następuje znacznie wcześniej: już przy pierwszych kilku kontaktach użytkownika z określoną narracją.
Takie zjawisko jest najbardziej niebezpieczne podczas kampanii wyborczych, kryzysów zdrowotnych czy nagłych wydarzeń politycznych, kiedy użytkownicy masowo konsumują ogromne ilości informacji w bardzo krótkim czasie. W takich warunkach nawet niewielka liczba powtarzających się komunikatów może wpływać na społeczne nastroje i decyzje milionów ludzi. Tylko czy jesteśmy w ogóle w stanie powstrzymać tę rozpędzoną kulę śnieżną?
Źródło:Information Systems Research
