Wielka Rafa Koralowa
Zaczniemy od dość klasycznego przykładu. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu wydawało się, że tak ogromny ekosystem jest praktycznie niezniszczalny. Rozciągająca się na ponad 2300 kilometrów Wielka Rafa Koralowa jest największą żywą strukturą na Ziemi. Tak rozległą, że można ją dostrzec z kosmosu. Tworzy ją blisko trzy tysiące pojedynczych raf i setki wysp, a jej mieszkańcami są tysiące gatunków ryb, żółwi morskich, rekinów i mięczaków. To jeden z najważniejszych symboli australijskiej przyrody i obiekt wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Paradoksalnie największym zagrożeniem dla rafy nie jest człowiek pływający łodzią ani nurkujący turysta, lecz niewidoczne gołym okiem ocieplenie oceanów. Gdy temperatura wody utrzymuje się zbyt długo na podwyższonym poziomie, koralowce przechodzą bielenie: wydalają glony, które dostarczają im składników odżywczych i odpowiadają za ich charakterystyczne kolory. Jeśli wysoka temperatura nie ustąpi odpowiednio szybko, koralowce obumierają. W ostatnich latach Wielka Rafa Koralowa doświadczyła kolejnych masowych epizodów bielenia, a naukowcy ostrzegają, iż przy dalszym wzroście temperatur część ekosystemu może nie zdążyć się zregenerować przed następną falą upałów.
Choć sytuacja jest poważna, nie jest jeszcze przesądzona. Australia inwestuje w odbudowę uszkodzonych fragmentów rafy, ograniczanie zanieczyszczeń spływających z lądu czy rozwój metod hodowli bardziej odpornych koralowców. Eksperci są jednak zgodni: bez zahamowania globalnego ocieplenia nawet najbardziej ambitne programy ochronne będą jedynie spowalniać proces degradacji, a nie go zatrzymywać.

Svalbard
Na pierwszy rzut oka trudno uwierzyć, że jeden z najbardziej surowych zakątków świata może zmieniać się tak szybko. Svalbard, archipelag położony między Norwegią a biegunem północnym, od lat jest nazywany barometrem zmian klimatu. To właśnie tam naukowcy obserwują procesy, które z czasem mogą objąć również inne regiony świata.
Arktyka ociepla się nawet kilka razy szybciej niż wynosi średnia dla całej planety, a Svalbard należy do miejsc, w których zmiany są najbardziej widoczne. Lodowce wycofują się z roku na rok, zimą coraz częściej zamiast śniegu pojawia się deszcz, a wieloletnia zmarzlina, czyli fundament większości budynków i infrastruktury, zaczyna rozmarzać. Skutkiem są osuwiska, uszkodzenia dróg, zagrożenie dla budynków, a także zmiany w funkcjonowaniu całego arktycznego ekosystemu. Niedźwiedzie polarne mają coraz krótszy sezon polowań na lodzie morskim, renifery zmagają się z grubą warstwą lodu pokrywającą roślinność, a wiele gatunków ptaków zmienia swoje trasy migracji.
Nie oznacza to, że Svalbard zniknie z mapy świata. Zmieni się jednak jego charakter. Krajobrazy, które dziś kojarzymy z niekończącymi się połaciami lodu i śniegu, mogą za kilkadziesiąt lat wyglądać zupełnie inaczej. Władze Norwegii inwestują w przystosowanie infrastruktury do nowych warunków, jednak samych zmian klimatu nie da się zatrzymać lokalnymi działaniami. Przyszłość archipelagu zależy przede wszystkim od tego, czy świat ograniczy emisję gazów cieplarnianych.

Wenecja
Jeden z najsłynniejszych przystanków na podróżniczej mapie świata. Od ponad tysiąca lat Wenecja wydaje się przeczyć prawom natury. Miasto zbudowane na setkach niewielkich wysepek, wsparte na milionach drewnianych pali wbitych w dno laguny, przez stulecia było potęgą handlową i jednym z najpiękniejszych miejsc Europy. Dziś zachwyca pałacami, kanałami i zabytkami, które co roku przyciągają miliony turystów.
Problem polega na tym, iż Wenecja od dawna powoli osiada, a jednocześnie poziom Morza Adriatyckiego stale się podnosi. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu wysokie przypływy, znane jako acqua alta, były stosunkowo rzadkie. Obecnie zdarzają się znacznie częściej i coraz częściej zalewają place, ulice i wnętrza zabytkowych budynków. Słona woda niszczy fundamenty i mury, a dodatkowym problemem pozostaje ogromna presja turystyczna oraz ruch dużych statków w lagunie.
W odpowiedzi Włochy stworzyły system ruchomych zapór MOSE, który ma chronić miasto przed najwyższymi przypływami. Rozwiązanie już wielokrotnie zapobiegło poważnym powodziom, jednak wielu naukowców podkreśla, że jest to raczej sposób na kupienie czasu niż ostateczne rozwiązanie problemu. Jeśli poziom mórz będzie nadal rósł zgodnie z prognozami, Wenecja będzie wymagała coraz częstszego zamykania laguny i kosztowniejszych działań ochronnych. Miasto prawdopodobnie nie zniknie całkowicie za naszego życia, acz może stać się miejscem funkcjonującym zupełnie inaczej niż to, które znamy dziś z pocztówek.

Machu Picchu
Położone wysoko w peruwiańskich Andach Machu Picchu od ponad stu lat fascynuje archeologów i podróżników. Inkaskie miasto, zbudowane w XV wieku na górskim grzbiecie otoczonym stromymi zboczami, uchodzi za jedno z największych osiągnięć dawnych cywilizacji Ameryki Południowej. Mimo że przetrwało trzęsienia ziemi i wojny, dziś jego największym przeciwnikiem okazuje się… własna popularność.
Każdego roku ruiny odwiedzają miliony turystów. Tysiące stóp codziennie przemierzają te same kamienne ścieżki, powodując ich stopniowe ścieranie i osłabianie podłoża. Dodatkowym zagrożeniem są intensywne opady deszczu oraz osuwiska, które w górzystym terenie występują coraz częściej. UNESCO od lat ostrzega, że bez odpowiedniego zarządzania ruchem turystycznym stanowisko może ulec nieodwracalnej degradacji. W ostatnich latach coraz częściej pojawiają się również głosy, że doświadczenie zwiedzania zmienia się na gorsze: tłok i ograniczenia sprawiają, że oczekiwana przez wielu podróż życia staje się bardziej logistycznym wyzwaniem niż spokojnym obcowaniem z historią.
Peruwiańskie władze próbują znaleźć równowagę między ochroną zabytku a jego ogromnym znaczeniem dla lokalnej gospodarki. Wprowadziły limity odwiedzających, wyznaczyły obowiązkowe trasy zwiedzania i ograniczyły czas przebywania na terenie ruin. To działania, które mogą spowolnić degradację, lecz eksperci podkreślają, że przyszłość Machu Picchu będzie zależeć od konsekwentnego egzekwowania tych zasad i dalszego ograniczania presji turystycznej.

Civita di Bagnoregio
Na szczycie pewnego wzgórza w środkowych Włoszech stoi miasteczko, które od wieków sprawia wrażenie zawieszonego między ziemią a niebem. Civita di Bagnoregio, nazywana często umierającym miastem, liczy zaledwie kilkunastu stałych mieszkańców i jest połączona z resztą świata jedynie długim mostem dla pieszych. Średniowieczne uliczki i kamienne domy przyciągają dziś setki tysięcy turystów, choć jeszcze kilkadziesiąt lat temu wydawało się, że miejscowość zostanie całkowicie opuszczona.
Czytaj też: Wielki Zielony Mur Afryki miał powstrzymać Saharę. Co się z nim dzieje prawie 20 lat później?
Największym zagrożeniem nie są jednak ludzie, lecz geologia. Miasto zbudowano na płaskowyżu z miękkiego tufu wulkanicznego i gliny, które od stuleci są stopniowo podmywane przez deszcz i erozję. Każde osunięcie ziemi zabiera fragment wzgórza, na którym stoi Civita. Proces ten trwa od setek lat, choć współcześnie – wraz z coraz częstszymi intensywnymi opadami – jego tempo może się zwiększać.
Choć zagrożenie jest realne, Civita di Bagnoregio ma również spore szanse na przetrwanie. Włoskie władze od lat finansują zabezpieczanie zboczy i wzmacnianie podłoża, a wpływy z turystyki pomagają prowadzić kosztowne prace konserwacyjne. Trwają również starania o wpisanie miasta na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, co mogłoby zapewnić dodatkowe środki na jego ochronę. Całkowite zatrzymanie procesów geologicznych nie jest możliwe, ale na szczęście można je znacząco spowolnić.

Morze Martwe
Morze Martwe jest jednym z najbardziej niezwykłych miejsc na świecie. Potwierdzi to każdy, kto tam był. Położone ponad 430 metrów poniżej poziomu morza jest najniżej położonym odsłoniętym punktem na powierzchni Ziemi, a jego niezwykle słona woda sprawia, iż człowiek bez wysiłku utrzymuje się na powierzchni. To także unikalny ekosystem i ważny cel turystyczny dla ludzi wybierających się do Izraela i Jordanii.
Choć mogłoby się wydawać, że tak ogromny zbiornik jest trwałym elementem krajobrazu, w rzeczywistości jego powierzchnia kurczy się w alarmującym tempie. Poziom wody spada o około metr rocznie, głównie dlatego, że znaczna część dopływu z rzeki Jordan jest wykorzystywana przez człowieka do celów rolniczych i komunalnych. Dodatkowo przemysł wydobywający minerały przyspiesza ubytek wody. W efekcie linia brzegowa nieustannie się cofa, a na opuszczonych terenach pojawiają się tysiące zapadlisk. Powstają one wtedy, gdy słodka woda rozpuszcza podziemne pokłady soli, powodując nagłe zawalenie się gruntu. Niektóre z nich mają kilkanaście metrów głębokości i stanowią poważne zagrożenie dla infrastruktury oraz mieszkańców.
Od wielu lat mówi się o pomysłach mających na celu ustabilizowanie poziomu Morza Martwego. Jeden z nich obejmuje doprowadzenie wody z Morza Czerwonego. Takie rozwiązania budzą jednak kontrowersje, ponieważ naukowcy obawiają się, że mogłyby zmienić unikalny skład chemiczny jeziora i wywołać nieprzewidziane skutki dla środowiska. Na razie nie ma jednego rozwiązania, które pozwoliłoby zatrzymać proces kurczenia się Morza Martwego, dlatego nietrudno uwierzyć w scenariusz, w którym za kilkadziesiąt lat jego krajobraz będzie wyglądał zupełnie inaczej niż obecnie.
