Tak charakteryzował go baczny obserwator i zarazem premier młodego państwa Jędrzej Moraczewski: „Niepodobna oddać tego upojenia, tego szału radości, jaki ludność polską w tym momencie ogarnął. Po 120 latach prysły kordony! Nie ma »ich«! Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo! [...] Od rana do wieczora gromadziły się tłumy na rynkach miast; robotnik, urzędnik porzucał pracę, chłop porzucał rolę i leciał do miasta, na rynek dowiedzieć się, przekonać się, zobaczyć wojsko polskie, polskie napisy, orły na urzędach; rozczulano się na widok kolejarzy, ba, na widok polskich policjantów i żandarmów. […] Chaos? To nic. Będzie dobrze. Wszystko będzie, bo jesteśmy wolni od pijawek, złodziei, rabusiów, od czapki z bączkiem, będziemy sami sobą rządzili”.

Miliony Polaków zachłystywały się radością z wolnej Polski, bo oczekiwały od niej rozwiązania wszystkich problemów. Niepodległość jawiła się w zbiorowej świadomości w roli cudownego lekarstwa na trapiące społeczeństwo bolączki. Tak wspominał te nastroje znany historyk Janusz Pajewski: „Przyszła Polska, oczekiwana, śniona, budząca tyle optymistycznych myśli. Wszystko, co polskie, było drogie, otaczane miłością, czczone”.

Ów mit Polski jako kraju powszechnej szczęśliwości budowany był latami, jeszcze w czasach niewoli. Podtrzymywały go wszystkie obozy polityczne, choć każdy z nich inaczej kreślił perspektywę niepodległościowego raju. Posługując się wizją ojczyzny bezpiecznej, zasobnej i sprawiedliwej, mobilizowano społeczeństwo do walki z zaborcami. Ich też przez długie lata obwiniano o wszelkie zło, również to, któremu nie byli winni, jak np. o wyzysk robotników. W tym głęboko zakorzenionym czarno-białym stereotypie obca władza była wyłącznie nieszczęściem i zagrożeniem, zaś wolna Polska krainą mlekiem i miodem płynącą. Nic dziwnego, że krzepło przekonanie, że odrodzona Rzeczpospolita stanie się dla wszystkich obywateli matką czułą i sprawiedliwą.