W ciągu ostatnich 40 lat spożycie mięsa na świecie zwiększyło się ponad trzykrotnie – z 78 do 250 mln ton rocznie. Ale ceny schabu czy piersi kurczaka sprzedawanych w supermarkecie są niższe niż 40 lat temu. Stało się to możliwe dzięki temu, że część kosztów produkcji płacona jest poza sklepem – i ukrywana przed konsumentami. Ale po części obciąża nas wszystkich, nawet wegetarian. Problem w tym, że prawdziwej ceny taniego mięsa nie da się przeliczyć na konkretną kwotę w złotówkach.

Koszty środowiskowe: ścieki i gazy cieplarniane

Wynika to choćby z tego, jak podchodzimy do zasobów naturalnych. Czystą wodę, powietrze czy produkujące tlen lasy traktujemy jako coś, co po prostu jest. Niszczenie przyrody bardzo trudno wycenić, a co dopiero doliczyć do naszego rachunku za schab.

Tymczasem masowa intensywna hodowla zwierząt wyrządza ogromne szkody. Część z nich ma wymiar lokalny. Wycieki gnoju z ferm świń zanieczyszczają ujęcia wody pitnej. Uprawy przeznaczone na paszę są intensywnie opryskiwane środkami chwastobójczymi, na kontakt z którymi narażeni są też mieszkańcy wsi. Philip Lymbery, działacz organizacji Compassion in World Farming, w swojej książce „Farmagedon” przytacza wiele przypadków ludzi, którzy zostali zmuszeni do życia w pobliżu wielkich ferm przemysłowych. Muszą zmagać się z przeraźliwym smrodem i muchami towarzyszącymi masowej hodowli zwierząt. Ich protesty najczęściej nie przynoszą rezultatu.

Rolnictwo zanieczyszcza też na skalę globalną. 13,5 proc. emisji wszystkich gazów cieplarnianych pochodzi z rolnictwa. Źródłem dwutlenku węgla (CO2), metanu i tlenku azotu są same zwierzęta (przeżuwacze produkują metan w procesie trawienia) oraz ich odchody. Szacuje się, że na świecie żyją 22 mld zwierząt hodowlanych. Aby wykarmić taką ilość zwierząt, 33 proc. wszystkich upraw zbóż (w tym 99 proc. upraw soi) na świecie jest przeznaczonych na paszę. Uprawy te skutkują dalszą produkcją gazów cieplarnianych, np. w rezultacie wytwarzania CO2 przez maszyny rolnicze. Dodatkowo uprawy pod paszę dla zwierząt, zajmujące jedną trzecią areałów rolnych świata, wymagają ogromnej ilości nawozów sztucznych, co zwiększa emisję dwutlenku węgla, ponieważ do wyprodukowania 1 tony nawozu potrzeba 1,5 tony ropy.

Koszty moralne: ogrom cierpień zwierząt

Intensywne rolnictwo to przemysł jak każdy inny – nastawiony na zysk i szukający oszczędności, gdzie się tylko da. Zwierzęta trzyma się stłoczone w zamknięciu, bo tak jest taniej. Co prawda częściej wtedy chorują, ale można ograniczyć straty, podając im antybiotyki.

 

Ich los nigdy nie był bajkowy, ale w XXI w. stały się wyłącznie „maszynami” do produkcji mięsa, mleka i jaj. W 1930 r. na fermach w USA locha rodziła średnio osiem prosiąt, w 2000 r. Już 18. Kura nioska składa średnio 300 jaj rocznie, prawie o połowę więcej niż przed wojną. Ceną tej wymuszonej płodności jest przedwczesna śmierć, ale hodowcom – a także nam wszystkim – i tak się to kalkuluje.

Życie na przemysłowych fermach cechuje wyjątkowe okrucieństwo – wyjątkowe, bo usankcjonowane prawnie. Przykłady znajdziemy w książce „Jedząc zwierzęta” amerykańskiego pisarza J.S. Foera. Trzodę zgodnie z przepisami można trzymać w wybetonowanym pomieszczeniu bez ściółki lub na podłodze z rusztu, raniącego zwłaszcza prosiętom racice. Zwierzęta spędzają całe swoje życie w zamkniętych pomieszczeniach bez okien, bez dostępu naturalnego światła. Kurczakom przycina się dzioby, a prosiaki kastruje się bez znieczulenia.

Każdy gatunek zwierzęcia ma swoje specyficzne potrzeby, wynikające z jego biologii. Świnia musi ryć ryjkiem, kura musi grzebać pazurem. Mają złożone życie społeczne. Gdy są pozbawione możliwości przejawiania swoich zwyczajów – cierpią. Im inteligentniejsze zwierzę, tym dotkliwsze cierpienie. Wydaje się, że świnie są najinteligentniejsze ze zwierząt gospodarskich – pod wieloma względami przypominają psy. Cierpią nie tylko fizycznie, ale i psychicznie z powodu nudy. Dla zamkniętych w oborach zwierząt główną atrakcją staje się obgryzanie ogonów sąsiadów z pobliskich boksów (stąd konieczność ich przycinania).

W równie tragicznych warunkach żyją ryby, na których zdrowe mięso jest coraz większe zapotrzebowanie, zwłaszcza wśród zamożniejszej części społeczeństwa. Morskie fermy miały szlachetny cel – ograniczyć połowy dzikich gatunków, mocno już przetrzebionych. W gigantycznych sieciach, u wybrzeży Norwegii czy Szkocji, żyją setki tysięcy ryb. „Trzymane są w ciasnych pomieszczeniach – do 50 tys. łososi w jednej morskiej klatce. Często chorują na zaćmę, doznają urazów płetw i ogona oraz deformacji ciała, zarażają się pasożytami i są zmuszane do walki o przestrzeń i tlen. Łososie są hodowane w zagęszczeniu odpowiadającym wannie wody na 75-centymetrowego osobnika. Przez ciągłe ocieranie się o siebie nawzajem i o brzegi klatki ich płetwy i ogony są obolałe” – tak opisuje fermę morską Philip Lymbery w „Farmagedonie”. Uwięzione ryby są atakowane przez całe stada pasożytów, z których najgroźniejsze są wszy morskie. Wżerają się w skórę i łuski ryby – mogą doprowadzić do tego, że na głowie zaatakowanego osobnika widać kość czaszki. Hodowcy walczą z wszami za pomocą środków chemicznych, które negatywnie wpływają na ryby, a pośrednio także na nas.

 

Śmiertelność w fermach morskich jest bardzo duża. Szczególnie wrażliwy jest łosoś. Szacuje się, że w hodowlach ginie ich 10–30 proc. Ale troska o ryby jest zdecydowanie mniejsza niż o inne zwierzęta. Choć są kręgowcami, nadal są traktowane jak istoty nieodczuwające bólu. Fakt, że nie wydają z siebie głosu, nie mają mimiki py-ska i są zimne, wystarcza do uspokojenia naszego sumienia. Bydło, trzoda chlewna i drób zwykle są przed śmiercią ogłuszane. Przy uśmiercaniu ryb nie ma takich regulacji.

Koszty społeczne: rosnące bezrobocie

Niska cena mięsa z fermy przemysłowej wynika również z jej zmechanizowania. Dzięki maszynom przy zwierzętach na fermach pracuje znacznie mniej ludzi. Wielkie fermy przemysłowe nie dają miejsc pracy. One je likwidują. Niepokojące zmiany zachodzą na wsiach, gdy do gry wchodzą wielcy producenci paszy. Jak opisuje Jeremy Rifkin, autor bestsellera „Beyond Beef”, kiedyś z rolnictwa tradycyjnego mogło się utrzymać 40 osób na kilometr kwadratowy gospodarstwa. Na ranczu po wykarczowanym lesie deszczowym zatrudnienie znajduje jedna osoba na 30 km kw. W Meksyku w ciągu 25 lat udział pasz w produkcji zbóż wzrósł z 6 do 40 proc. Bezrobotna ludność wiejska migruje do miast w poszukiwaniu środków do życia. Skutkiem są rozrastające się metropolie, które nie są w stanie wchłonąć rzeszy imigrantów. Ich los jest również ukrytym kosztem taniego mięsa.

Zboża dla ludzi, resztki dla świń i drobiu

Zwierzęta hodowane na masową skalę konkurują z ludźmi o żywność. Aby uzyskać 1 kg białka zwierzęcego, potrzeba aż 6 kg białka roślinnego, czyli paszy. Powierzchnię zajętą przez produkcję roślin na te potrzeby można by przeznaczyć na hodowlę zboża dla ludzi. A zwierzęta? Wiele z nich z powodzeniem mogłoby jeść resztki naszego pożywienia.

Blisko jedna trzecia żywności jest marnowana – od pola po gospodarstwa domowe przez sieci dostawców. Dawniej zwierzęta gospodarskie karmione były tym, czego nie dało się prze-tworzyć na pokarm dla człowieka. Tradycyjna hodowla była oparta na pastwiskach. Zwierzęta pasły się, szukały pożywienia albo – w przypadku świń i drobiu – jadły resztki z kuchni. Taki system wymagał różnorodności, maksymalnego wykorzystywania zasobów, pracy w zgodzie z naturą i unikania marnotrawstwa. Zwierzęta dostarczały nawozu i żywności w ramach naturalnego rytmu życia w gospodarstwie rolnym.

 

„Nowoczesna hodowla zwierząt powinna być oparta na tym sprawdzonym, tradycyjnym modelu. Należy stworzyć system przetwarzania spożywczych resztek, których tony zalewają obecnie miejskie wysypiska” – mówi „Focusowi” Philip Lymbery. Zwierzęta powinny pomagać nam w przetwarzaniu tych gór zmarnowanej żywności, bydło powinno wrócić na pastwiska, produkować naturalny nawóz. Wówczas ziemia, na której obecnie uprawiane są zboża na pasze, wróci pod uprawę zbóż dla ludzi. „Taki system jest możliwy. Rolą rządów jest zadbanie o umożliwienie tego poprzez wprowadzenie odpowiednich przepisów oraz strategii zachęcających” – dodaje działacz.

Jedz mniej, płać więcej

Zanim takie zmiany nastąpią, upłynie jeszcze dużo czasu. Jednak my, konsumenci, możemy coś zmienić już dziś. Zacznijmy od ograniczenia spożycia mięsa. Większość z nas je go zbyt wiele, co nie służy naszemu zdrowiu. Przeciętnemu dorosłemu człowiekowi wystarcza porcja 210 g tygodniowo, czyli np. po jednym kotlecie dwa razy w tygodniu.

Naukowcy z British Heart Foundation obliczyli, że gdyby wszyscy Brytyjczycy stosowali się do tych zaleceń, rocznie uratowano by 45 tys. osób przed przedwczesną śmiercią. Nadmiar tłuszczu zwierzęcego w diecie jest przyczyną chorób serca, udarów, cukrzycy i niektórych nowotworów. Czerwone mięso i jego przetwory znalazły się na liście czynników rakotwórczych Światowej Fundacji Badań nad Rakiem. Także polski Instytut Żywności i Żywienia zaleca ograniczenie spożycia mięsa i zastąpienie go wysokobiałkowymi produktami roślinnymi.

Skoro jedlibyśmy mniej mięsa, moglibyśmy więcej za nie płacić. Dzięki temu byłaby szansa na rozwój gospodarstw, które hodują zwierzęta w dobrych warunkach. Dziś nie mamy zbyt wielkiego wyboru. Możemy kupić albo tanie mięso w zwykłych sklepach, albo bardzo drogie z ferm ekologicznych. Brakuje oferty pośredniej, takiej jak w krajach zachodnich. W Wielkiej Brytanii można kupić mięso ze znakiem Red Tractor, w Niemczech – Neuland. To produkty rolnictwa konwencjonalnego o podwyższonym standardzie troski o zwierzęta. Pasza dla nich jest produkowana lokalnie, przy minimalnym zużyciu środków ochrony roślin. Owszem, takie mięso jest 3–4 razy droższe niż zwykłe, ale kupując je, możemy mieć pewność, że producent dbał o dobrostan zwierząt.


DLA GŁODNYCH WIEDZY: