Nie tylko o zadowolenie tu chodzi – nasze sympatie i antypatie wpływają na wyniki pracy, dlatego warto mieć świadomość, co nami w różnych sytuacjach kieruje i w razie potrzeby umieć powściągnąć pierwsze odruchy.

Przyjaźnie w pracy mogą nieść ze sobą wyzwania. Dopóki pracujesz z kimś bliskim na równorzędnym stanowisku, wszystko jest dobrze, sytuacja może się jednak skomplikować, gdy jedno z was zostanie awansowane i stanie się przełożonym drugiego, pojawią się nowe zależności i oczekiwania wobec siebie. Czasem też dla własnego dobra i wyników wspólnej pracy warto zapanować nad chęcią zbyt bliskiego kolegowania się z osobami, z którymi mają nas łączyć przede wszystkim cele zawodowe.

 

Ostrożnie z dobrym sercem

Ta ostatnia sytuacja dotyczy zwłaszcza zawodów związanych z pomaganiem innym. Przyciągają one zwykle osoby z dużym poczuciem misyjności, które czerpią satysfakcję z dobrych relacji z innymi. To właśnie w nich szczególnie ważne jest, by zauważać, czy nie przekracza się granic zaangażowania, starając się dać z siebie więcej niż w danej sytuacji to możliwe. Sygnałem, że tak się dzieje, jest uczucie przeciążenia, mogące prowadzić do wypalenia. By chronić się przed tym, warto w pracy pamiętać o procedurach, a o spełnienie zadbać również w sferze osobistej.

Uważni, choć z innego powodu, powinniśmy być też my, coachowie, bo w naszej pracy liczy się dobra chemia między nami a klientem – co oznacza, że pracujemy z osobami, które lubimy. Gdy chemia jest więcej niż dobra, może pojawić się chęć zaprzyjaźniania się wykraczająca poza ramy coachingu. Trzeba jednak pamiętać, że w zbyt bliskiej relacji klientowi może być, paradoksalnie, trudniej mówić o pewnych sprawach, a coachowi – trudniej stawiać wymagania. A to wszystko przełoży się na jakość procesu coachingowego i ostatecznie na to, w jakim stopniu klient zrealizuje swój cel. Dlatego jeśli mamy klienta, z którym łączy nas wyjątkowe porozumienie, warto sprawdzać, czy podczas sesji priorytetem wciąż jest dla mnie jego cel i czy część sesji nie zmienia się w pogawędki.

 

Koleżanka szefem

Na pewno szczególnym wyzwaniem w pracy są sytuacje, gdy zostaje się szefem swoich kolegów i na nowo trzeba ułożyć relacje. Spotkała się z tym Magdalena Sokół-Andruch. Kiedy prawie dwa lata temu została dyrektorem oddziału firmy, a pięcioro kolegów zostało jej podwładnymi, na początku czuła się nieswojo z tym wyróżnieniem.

„Nie dość, że kobieta w męskim świecie – pracuję w branży budowlanej, więc w zespole miałam trzech facetów, to jeszcze byłam najmłodsza – wspomina. Zostałam jednak dobrze przyjęta, bo był to wcześniej planowany ruch” – uważa. Choć nie obyło się bez problemów w związku ze zmianą łączących ich relacji. „Czasem nie zauważali, że pewne rzeczy nie podlegają już negocjacjom” – mówi Magda. Sygnałem, że zaakceptowali ją w nowej roli, było to, gdy usłyszała, że w oficjalnych rozmowach nazywają ją panią dyrektor, a nie jak wcześniej panią Magdą. Ona sama dostrzega potrzebę pewnych granic w relacjach zawodowych, ale jednocześnie nie wyobraża sobie, by całkowicie odcinać się od zespołu, z którym czuje się zżyta – pracują razem od sześciu lat. „To ważne, żeby ludzie wiedzieli, że mają w tobie oparcie nie tylko służbowo, ale i prywatnie – uważa Magda. Zawsze powtarzam: jeśli coś się dzieje u was niedobrego w domu, mówcie mi. Ja wtedy stanę za wami murem, wyślę was na urlop, odpuszczę”. I podkreśla, że zespół wspaniale się zachował, gdy ona sama przechodziła trudne chwile w życiu rodzinnym.  

Z Magdą Sokół-Andruch pewnie zgodziłaby się Sylwia Orczyk, kierownik sklepu w sieciówce odzieżowej, która również została wybrana na szefa z zespołu. „Najgorzej, gdy ktoś awansuje i zamyka się w biurze, chce kierownikować, rządzić, a nie zarządzać. Takiej osobie będzie trudno pociągnąć za sobą ludzi” – uważa Sylwia, która w swojej pracy też stanęła przed wyzwaniem związanym ze zmianą relacji.