Natalia de Barbaro: Rozmawiamy o tym, dlaczego poświęcamy czas na coś, co może wydawać się bezproduktywne, tak? Na czytanie książek i oglądanie filmów. Pytam ciebie i siebie.

Robert Rient: Każde dzieło, które określam jako wartościowe, pozwala mi coś przeżyć, prowadzi między wzruszenie a zachwyt, sprawia, że balansuję między smutkiem a radością. Muszę się poczuć pobity i otulony.

N.B.: Czyli dostać coś, co jest podobne do doświadczenia życia.

R.R.: A ty? Czego szukasz?

N.B.: Kompozycji. Szukam historii, która będzie mnie niosła. Szukam czegoś, co jest w jednym kawałku, nie rozpada się na części pod dotykiem. Dostaję poczucie ładu, którego nie zapewni mi żaden poradnik z serii „7 niezawodnych sposobów na szczęście”.

R.R.: Chociaż i ja szukam historii, to lubię się pod jej dotykiem rozpadać, potrzebuję chwilowego zatracenia, dekonstrukcji tego, co wiem i w co wierzę.

N.B.: Lasse Hallstrom, reżyser „Kronik portowych”, powiedział kiedyś, że robi tragikomedie, bo są najbliższe prawdziwego życia. Rozumiem to rozpadanie. Ale musisz zostać złożony potem, prawda?R.R: Nie, obserwowanie pustego miejsca, nowego „nie wiem” tyleż przestrasza, ile pociąga. A „Kroniki portowe” to jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałem.

N.B. Scena z domem, pamiętasz? Krajobraz zimowy, postacie ludzi, którzy na sznurach przez pola śniegu ciągną za sobą wielki dom.

R.R.: Taki dom na sznurach ciągnąłem wiele lat. To jest genialna metafora, którą potem wielu powielało. Zresztą każdy z nas jest bohaterem tego obrazu, każdy ciągnie jakiś dom albo domy za sobą. W książce jest taki fragment: „Woda może być starsza od światła, diamenty mogą pękać w gorącej koziej krwi, lodowe góry mogą strzelać zimnym ogniem, na środku oceanu mogą wyrosnąć lasy, kraba może pochwycić cień dłoni, a wiatr można schwytać w węzły na kawałku sznurka. Może się też okazać, że miłość czasem przychodzi bez bólu i cierpienia”.

N.B.: Piękne.

R.R.: Historia Quoyle, głównego bohatera, jest trochę moją historią. Kiedyś był zakochany w samej miłości, więc ta mogła robić wszystko. W „Kronikach” jest miłość namiętna, wyczekująca, taka, która rodzi się i umiera z hukiem. Potem okazuje się, że to były iluzje. Ale nagle, gdzieś z boku, gdy tylko bohater zdecydował się ruszyć z miejsca, przychodzi cisza, a w niej miłość-niespodzianka. „Wszystko, co się liczy, dotyczy miłości” - to też „Kroniki”. Podobnie dotyka mnie film „Samotny mężczyzna”. W dobrym filmie musi być miłość, chociaż wcale nie chodzi mi o związek, to nie zawsze się łączy.