EWA PĄGOWSKA: Co takiego jest w terapii ACT (terapii akceptacji i zaangażowania), że uważa pan ją za jeden z najlepszych sposobów leczenia depresji i stanów lękowych?

JACEK ZAŁUSKI: Przede wszystkim jej skuteczność została potwierdzona badaniami. Jest jedną z terapii opartych na dowodach i wraz z innymi terapiami behawioralnymi oraz poznawczo-behawioralnymi znajduje się na liście rekomendowanych przez Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne. ACT pozwala skupić się na tym, co ważne w życiu, przez zdystansowanie się do wytworów naszego umysłu. Natomiast wiele innych terapii zajmuje się roztrząsaniem tego, co mózg wytworzył, analizuje przeszłość i teraźniejszość, przygląda się temu.

Pan radzi się nie przyglądać?

- To zależy od konkretnego przypadku. Czasem trzeba sięgnąć do przeszłości, żeby np. wychwycić pewne schematy, które powtarzamy w związkach i które zwykle kształtują się w dzieciństwie w wyniku obserwacji relacji rodziców, ale trzeba też pamiętać, że niezależnie od tego, co mamy do załatwienia w przeszłości, żyjemy tu i teraz. W wielu terapiach psychodynamicznych i psychoanalitycznych skupiamy się na tym, co było kiedyś, i przez to cierpimy w teraźniejszości. ACT stara się doprowadzić do tego, by cieszyć się obecnym życiem i być zadowolonym bez względu na to, co się kiedyś stało. Jeśli chodzi o przeszłość – zajmujemy się tym, co niezbędne, ale przede wszystkim koncentrujemy się na teraźniejszości.

Czytając o ACT, odniosłam wrażenie, że po przejściu tej terapii cierpieć będę nadal, tyle że nauczę się z tym cierpieniem lepiej żyć.

- Nie. Cierpienia ma pani szansę się pozbyć. To, czego nie da się uniknąć, to ból.

Nie wiem, czy perspektywa stała się atrakcyjniejsza.

- W terapii ACT odróżniamy ból od cierpienia. Ból jest nieodłączną częścią naszego życia. Czujemy go wielokrotnie, bo np. wyrzucają nas z pracy, chorujemy, ktoś odchodzi. To naturalne, że gdy bliski umiera, przeżywamy żałobę, ale jeśli ona się nie kończy, czas mija, a my wciąż pytamy: „Dlaczego tak się stało?” i zachowujemy się, jakby zmarły wciąż żył, zaczyna się cierpienie. A jego, w przeciwieństwie do bólu, można uniknąć, bo ono wynika właśnie z braku akceptacji bólu i rzeczywistości. Jest ściśle związane z naszymi myślami, tym że wciąż się zastanawiamy: „Dlaczego mnie zwolnili?”, „A może gdybym nie oddał tego raportu, nadal bym pracował?”, „Gdybym tylko nie nawymyślał szefowi”...

Ale to chyba istotne, żebyśmy się zastanowili, dlaczego nas wyrzucili z pracy?

- Tak, ale nie można tego bez końca przeżuwać. Jeśli czas mija, a my nadal roztrząsamy zwolnienie, snujemy scenariusze, których już nie wcielimy w życie, i nie dochodzimy do żadnych konstruktywnych wniosków, nie podejmujemy żadnych działań, to znaczy, że nam to zastanawianie się nie służy.

W podejściu ACT nie posługujemy się pojęciem „dobre” czy „złe”, tylko „służy nam” lub „nie służy”. Zastanawiamy się, czy w dłuższej perspektywie coś nas przybliża do celów i wartości, czy jedynie generuje cierpienie.

Co mogę lepszego zrobić niż zamartwiać się?

Zaakceptować sytuację i ból z nią związany. Akceptacja jest pierwszą częścią terapii ACT. Nie chodzi w niej o to, by być biernym czy się zgadzać np. na złe traktowanie, tylko o to, by właściwie odbierać rzeczywistość. Staramy się być jak rozłożony na trawie koc. On przyjmuje wszystko, co na niego spadnie – liście, kurz, biedronki, deszcz. Bez selekcjonowania. Trzeba sobie uświadomić, że rzeczywistość jest, jaka jest, bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.