Metoda Big Mind, jeden z ostatnich duchowych hitów (zastrzeżonych zresztą znakiem towarowym), który miał oszczędzić adeptom medytacji lat praktyki, znalazła się nagle w USA pod ostrzałem krytyki. Roshi Genpo, jej twórca, zrzucił mnisie szaty, gdy wyszło na jaw, że choć ma żonę, uwiódł trzy swoje studentki i mimo że w wywiadach prezentuje się jako skromny posiadacz małego domku, to – jak doniósł jego uczeń na Facebooku – w rzeczywistości ma trzy domy (w tym jeden na Hawajach), dwa nowiutkie samochody i harleya davidsona. Stać go, bo za przyspieszony kurs oświecenia kasował 50 tys. dolarów od łebka.

Medytacja instant. Każdy, kto twierdzi, że wynalazł przyspieszony kurs prowadzący do oświecenia, zwodzi naiwnych.

Perturbacje życiowe Roshiego Genpo, który wciąż uczy Big Mind i nazywa siebie mistrzem Zen, to sprawa jego i jego uczniów. W tej historii – i wielu podobnych – najciekawsze jest to, jak łatwo tysiące ludzi, także w Polsce, uwierzyły w szarlatańską opowieść o tym, że oto wynaleziono metodę medytacji, której uprawianie w ciągu jednej godziny jest odpowiednikiem wielu lat tradycyjnej praktyki. Bo tak Big Mind był i jest reklamowany. Sesja Big Mind daje poczucie wglądu we własny umysł i silnego odprężenia (autor tego tekstu sprawdził to na własnej skórze), ale nazywanie tego przeżyciem przewyższającym kensio (japońska nazwa na doświadczenie przebudzonego umysłu) – jak robi Genpo – to spora marketingowa przesada sprzedawcy zachwalającego swój produkt.

Każdy, kto twierdzi, że wynalazł i opatentował przyspieszony kurs prowadzący do oświecenia, zwodzi naiwnych. Przebudzenie, jakiego nauczał Budda, jest rewolucyjną i nieodwracalną transformacją świadomości; po drodze do niej trzeba rozwinąć uwagę zdolną do obserwacji pojedynczych, mikroskopijnych poruszeń umysłu. Trzeba także przełamać wiele nawyków myślenia i działania, które – jak nam się wydaje – są sercem naszej tożsamości.

To niełatwe zadanie, zwłaszcza że oświecenie musi poprzedzić moralne życie o standardach, które współcześnie prawie nie są znane. Buddyjscy mnisi przestrzegają 227 reguł, świeckiemu buddyście nie wolno zabić komara. Dlaczego? Bo tylko umysł bez poczucia winy jest w stanie wejść głębiej w proces medytacyjny.

Przez tysiące lat setki tysięcy ludzi osiągały przebudzenie, spędzając nieraz całe dorosłe życie na obserwowaniu, jak działa umysł, w odciętych od świata jaskiniach. Nie na weekendowych kursach. Tylko że wielu ludzi Zachodu niespecjal- nie przyjmuje to do wiadomości. Nie mają czasu. Jaskinie i moralność raczej nie wchodzą w grę. Wolą jeden szybki weekendowy strzał. Że sporo kosztuje? A niech tam.

Rozkosz czy ulga. Medytacja to nie relaksacja.

W birmańskim klasztorze Chanmyai Yeikhta, gdzie spędziłem kilka miesięcy na odosobnieniu medytacyjnym, zachodni mnisi i świeccy medytujący różnili się od lokalnych nie tylko kolorem skóry i rozmiarem (zwykle byli więksi). Różnili się także brakiem uśmiechu na twarzy. Mozolnie wykuwali swoją ścieżkę do nirwany przez nieznaną ludziom Wschodu nienawiść do siebie samych, traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa i niemożność porzucenia korporacyjnego umysłu, który musi podbijać świat, bo nie potrafi go po prostu zaakceptować.