„Po zbadaniu zawartości kieszeni zabitego komisarz Borewicz rozpoczął śledztwo. Przesłuchano najpierw dyrektora »Złotego Ptaka«”... Brzmi znajomo – wygląda na scenę z serialu „07 zgłoś się” z porucznikiem Milicji Obywatelskiej Sławomirem Borewiczem, tropiącym przestępców w PRL-owskim półświatku. W istocie jednak to fragment „Czerwonego błazna” Aleksandra Błażejowskiego, jednego z najpopularniejszych kryminałów w Polsce międzywojennej! Czy stąd wziął się PRL-owski „porucznik Borewicz”? Kto go stworzył i czy naprawdę odszedł na emeryturę po ostatnim odcinku serialu pod koniec lat 80.?

CZYTAJ TEŻ: W dzisiejszych czasach coraz częściej PRL kojarzy się z „Misiem” i „07 zgłoś się”. W mniejszym stopniu pamiętamy o prawdziwym ówczesnym życiu: o braku perspektyw, o politycznych zbrodniach, o podporządkowaniu Moskwie czy o ucieczkach rodaków z naszego czerwonego „raju”.

Skomplikowany życiorys 07

Z 21 odcinków serialu „07 zgłoś się” kilka zawierało istotne informacje o życiu Sławomira Borewicza, głównego bohatera. Urodził się tuż przed II wojną światową (a zatem nie jest Borewiczem z „Czerwonego błazna”) i wychowywał w sierocińcu. Matkę stracił bowiem przy porodzie, a ojciec został zastrzelony w latach 40. Wiadomo, że Borewicz senior zawodowo uczył prawa karnego (a zatem i on nie był policjantem z „Czerwonego błazna”).  

Ojciec filmowego bohatera sympatyzował też z Polską Partią Socjalistyczną, co prowadziło do konfliktu z babcią działającą w Komunistycznej Partii Polski. Babcia komunistka musiała być jednak patriotką, skoro wylądowała w tajdze, rąbiąc drewno za kręgiem polarnym. Wróciła kilka lat po wojnie i zajęła się Sławkiem. W latach 80. żyła jeszcze i zdarzało się jej bardzo narzekać na brytyjską premier Margaret Thatcher. Najwyraźniej lewicowe zapatrywania polityczne babci się nie zmieniły.  

Sam Sławomir Borewicz jest zaś mieszanką PRL-u i tradycji. Ochrzczony, ale niewierzący. Ukończył „Batorego” i studiował prawo, ale ostatecznie został milicjantem. Przed wstąpieniem do MO przebywał na placówce w Londynie, gdzie zajmował się „handlem zagranicznym” (czyżby przykrywka spec-służb?), jednak deklaruje się jako bezpartyjny. Ślub wziął kościelny, lecz tylko ze względu na żonę – która zresztą usunęła ciążę; zaszła w nią ze Sławomirem, ale odeszła z bogatym Libańczykiem. Jednak Borewicz wciąż ją kocha, choć sam wiedzie żywot playboya…

Z serialu dowiadujemy się także, gdzie porucznik mieszka: Warszawa, ul. Sobieskiego 70 m. 59. To Sadyba, Mokotów, porządne  osiedle. Przed wieżowcami są nawet niewielkie ogródki. Jest i budynek Sobieskiego 70. Jeśli jednak ktoś miał nadzieję, że pod filmowym adresem mieszkał pierwowzór Borewicza – odbierający korespondencję do niego, niczym do Sherlocka Holmesa na londyńskiej Baker Street – czeka go gorzkie rozczarowanie. Ostatnia klatka bloku to numery od 41 do 50. Reżyser i scenarzysta Krzysztof Szmagier wybrał dla swego bohatera adres nieistniejący.

Jeśli nie z „Czerwonego błazna” ani nie od lokatora z Sobieskiego 70 m. 59, to skąd wzięło się nazwisko „Borewicz” – czy był to czysty przypadek? Odpowiedź znał odtwórca roli porucznika Bronisław Cieślak.  

Nazwisko dla porucznika Borewicza

Reżyser Krzysztof Szmagier poznał Cieślaka przez Romana Załuskiego, który obsadził tego aktora amatora w serialu „Znaki szczególne”. I choć kontrkandydatami do roli oficera milicji byli podobno Krzysztof Chamiec, a nawet Piotr Fronczewski i Jan Englert, wygrał naturszczyk pracujący na co dzień jako dziennikarz.  

Któregoś dnia Szmagier zjawił się u Cieślaka. „Miał wtedy w teczce cztery scenariusze miniserialu pt. »Przygody porucznika Bolskiego«. Zdziwiłem się, bo tytuł wydawał się dosyć banalny: były już »Przygody pana Michała«, »Przygody psa Cywila«, a teraz miały być kolejne przygody jakiegoś faceta? – opowiadał Cieślak „Focusowi”. – Nazwisko »Bolski« też mi się nie podobało, z innych względów. Wydawało mi się, że po amerykańskich porucznikach Kojaku i Columbo postanowiono, żeby po ekranie pochodził jakiś »porucznik polski«. A z zamiany litery w »polski« powstał »Bolski«. Ostatecznie postanowiliśmy zmienić nie tylko tytuł, ale i nazwisko głównego bohatera”.  

Dobrego pomysłu na nowe jednak nie było. A ruszyły już zdjęcia. „Zaczęliśmy kręcić ten serial, a bohater nie miał nazwiska. I to trwało pewnie ze 2–3 tygodnie. W końcu trzeba było go w jakiejś scenie zawołać po nazwisku przez interkom. No i stop maszyna, pytamy, jak się on właściwie nazywa. I w takim ferworze pytań asystent operatora mówi: »A ja się nazywam Borewicz«. »A to niech będzie«, uznaliśmy, bo nie przywiązywaliśmy do tego nadzwyczajnej wagi” – wyjaśniał Cieślak.  

Jak się okazało, twórcy serialu nie docenili widzów. W PRL-u doszukiwano się bowiem podtekstów nawet tam, gdzie ich nie było. Na przykład twardogłowy partner Borewicza nazywał się Zubek, więc kojarzono, że był „z UB”. Rozumując w ten sposób, Borewicz kojarzył się z BOR – Biurem Ochrony Rządu. Nikt nie chciał wierzyć w przypadkowo wybrane nazwisko Bohdana Borewicza, asystenta operatora...

CO TO JEST KREMPLINA?

Zdaniem Bronisława Cieślaka „07 zgłoś się” wciąż cieszy się powodzeniem nie tylko ze względu na fabułę i na nostalgię starszych widzów za czasami młodości. Ważne jest też zainteresowanie młodzieży tamtą epoką, Polską z czasów ich rodziców. „O dziwo, ten skromny komercyjny serialik jest zapisem jakiejś rzeczywistości. Jaka była szerokość krawatów i nogawek, jak ten barachłowaty światek przestępczy funkcjonował, ile kurwa w Warszawie kosztowała, co znaczył dolar…” – wymieniał Cieślak i dodawał: „W pierwszym odcinku gang handluje sprowadzaną z zagranicy krempliną. Otóż moja córka ogląda to kiedyś, łapie mnie za łokieć i, niczego nie rozumiejąc, pyta: »Tato, co to jest kremplina? To dragi jakieś, tak?«. Po prostu się posikałem ze śmiechu”.

07 to nie James Bond

Podobnie było z tytułem serii. Numer w „07 zgłoś się” kojarzył się z brytyjskim superagentem 007 Jamesem Bondem, który rządził na ekranach dużo wcześniej, nim w 1976 r. pojawił się na nich porucznik Borewicz. Podobieństwo jest oczywiste, ale pozorne.  

„Nie ja wymyśliłem to 07, które jak przekleństwo nad nami ciąży, bo wszyscy mówią, że to była jakaś podróba Bonda. Tymczasem wzięliśmy to od wywoławczego numeru pogotowia Milicji Obywatelskiej: 07, tak jak potem było 997 – wyjaśniał Cieślak. – Ale nikt mi nie wierzy i wszyscy uważają, że chcieliśmy koniecznie ścigać się z Bondem, co by zresztą źle świadczyło o naszej inteligencji. W PRL-owskiej telewizji, przy tamtych warunkach produkcji, ktoś, kto chciałby robić takie naśladownictwo, byłby idiotą”.

Niemniej podobieństw i porównań z Zachodem nie sposób uniknąć. „Borewicz to bohater nieco hybrydowy: ma coś z milicjanta (żmudne działania dochodzeniowe), coś z Bonda (zmasowana słabość do płci przeciwnej) i coś z Brudnego Harry’ego (niesubordynacja i niezależność). Bohater ten zatem łączył różne cechy postaci z rozmaitych kryminalnych podgatunków. W tym można upatrywać jego nowoczesności, jak na drugą połowę lat 70.” – mówi Grzegorz Cielecki, prezes Klubu Pasjonatów Polskiej Powieści Milicyjnej MOrd.

CZYTAJ TEŻ: Wybaczamy agentowi 007, że dogania w locie samoloty i udaje krokodyla. Gorzej, gdy jego wyczyny promują pseudonaukę!

Milicyjne kryminały wzorem dla 07?

Na korzyść wersji Cieślaka przemawia nie tylko wspomniany numer telefoniczny, ale i fakt, że już od roku 1968 funkcjonowała seria opowiadań sensacyjnych o bliźniaczo podobnej nazwie „Ewa wzywa 07”. Zapytaliśmy Cieślaka, czy przy wcielaniu się w Borewicza inspirował się milicyjnymi kryminałami.  

„Ja nie jestem miłośnikiem literatury kryminalnej, no chyba że potraktujemy »Zbrodnię i karę« jako kryminał. Zeszyciki »Ewa wzywa 07«, ta taka pociągowa literatura, nigdy mnie nie wciągała. Ja się gubię, jak czytam kryminał. Nie wiem kto jest kto, nie nadążam. Prywatnie nie jestem dobrym detektywem” – wyjaśniał.

Ale nie tylko Cieślak odpowiadał ze serial. „To, że zaistniał w Polsce gatunek określony przez Stanisława Barańczaka jako powieść milicyjna, było z całą pewnością inspiracją dla serialu. Na 21 odcinków »07 zgłoś się« prawie wszystkie oparte są na powieściach wydawanych w kilku seriach kryminalnych. Poza »Ewa wzywa 07«, wykorzystano także kryminały publikowane w serii z Jamnikiem oraz Klubie Srebrnego Klucza – mówi Grzegorz Cielecki z klubu MOrd. – Krzysztof Szmagier trzymał się zasadniczej intrygi zawartej w literackich pierwowzorach. Uważam natomiast, że bardzo wzbogacił tło społeczno-obyczajowe. Pamiętajmy bowiem, że Szmagier zajmował się przede wszystkim filmem dokumentalnym. Był wyczulony na detal, prawdę realiów, język”.  

„Ja cały czas mówiłem Szmagierowi, że nasza siła jest w tym mikrorealizmie bazaru Różyckiego, popapranych badylarzach itp. Ja lubiłem te klimaty i dialogi, jest ich tam sporo” – dodał Bronisław Cieślak.  

Bez tych scenariuszowych zmian kiepsko mogłoby to wyglądać na ekranie. Wspomniany Stanisław Barańczak (poeta, krytyk, tłumacz i działacz Komitetu Obrony Robotników) w zbiorze „Książki najgorsze” zebrał swoje recenzje m.in. kilku milicyjnych kryminałów – w tym „Strzału na dancingu” Jerzego Edigeya, który posłużył za kanwę 13. odcinka „07 zgłoś się”.  

„Ponieważ zapowiedziana w tytule zbrodnia zostaje dokonana na pewnym dancingu, gdzie do tańca przygrywa zespół jazzowy »Złota Trąbka«, nawet najmniej wprawny czytelnik po kilkunastu stronach zyskuje pewność, że w zabójstwie rolę odegrał pewien tajemniczy kontrabas. Nie wiadomo tylko, czy zbrodniarz strzelał ukryty za kontrabasem, pod kontrabasem, czy też we wnętrzu kontrabasu. A może kontrabas sam wystrzelił? Aby rozwikłać tę pasjonującą zagadkę, musimy przedrzeć się przez dwieście stron prozy Jerzego Edigeya, jak zwykle przypominającej konsystencją mamałygę z dodatkiem kleju stolarskiego – szydzi Barańczak i dodaje: – Autor co parę stron kogoś poucza, kierując swoje cenne rady życiowe zwłaszcza ku prostytutkom (nie należy się prostytuować) oraz dziewczętom noszącym zbyt krótkie spódniczki (nie należy nosić zbyt krótkich spódniczek). Milicjanci i prokuratorzy wszystko robią »z galanterią« oraz nie wiadomo dlaczego bez przerwy uśmiechają się i kłaniają, i to wyłącznie lekko”.

"WŚCIEKŁY" GORSZY OD "07 ZGŁOŚ SIĘ"

Reżyser Roman Załuski, który „wynalazł” Cieślaka, nie był fanem „07 zgłoś się”. „Mówił mi: »Co to za gówno? W czym ty bierzesz udział? Kogo ty grasz? Co to za playboy? Ty jesteś poważny artysta, zdolny, ja z ciebie zrobię oficera kryminalnego!«” – wspomina Bronisław Cieślak. W efekcie Załuski zaoferował mu rolę w filmie kryminalnym pt. „Wściekły”. „Bohater, kapitan Zawada, miał być antytezą Borewicza. Jest serio, ma żonę, dzieci, ulega psychozie, że poszukiwany morderca strzela, gdzie popadnie… Ale kiedy pierwsza recenzja ukazała się w tygodniku »Ekran«, to zatytułowana była »07 na dużym ekranie«. I tu po prostu Romka Załuskiego trafił szlag” – opowiadał Cieślak.

Nawet Jacek Kuroń pisał kryminały

Barańczak krytykował powieści milicyjne, nie wiedząc zapewne, że pisze je także… jego kolega z KOR-u Jacek Kuroń! W internetowej Encyklopedii Polskich Powieści Milicyjnych znajdujemy dowody – słowa nieżyjącego już legendarnego działacza antykomunistycznej opozycji, pochodzące z książek „Wiara i wina” oraz „Książki i ludzie: Rozmowy Barbary Łopieńskiej”.  

Kuroń wyjaśniał tam m.in.: „Znalazłem kogoś, kto stale wydawał kryminały pod pseudonimem i zgodził mi się go użyczyć”. Tak napisał kilka książek, po czym nagle ogarnęły go „wielkie ambicje”. Chciał wydać w Czytelniku kryminał pod nazwiskiem swej żony: Borucka. Jednak na drodze stanęło mu UB, zaniepokojone, że „dochody z tej książki mogą pójść na cele rewizjonistyczne”. Tożsamości autora, który użyczał mu nazwiska, nigdy nie ujawnił, ponieważ takie złożył ślubowanie. Jacek Kuroń zmarł w 2004 r., zagadka pozostała.

Wśród znawców powieści milicyjnej  pojawiają się opinie, że Kuroń mógł zawrzeć układ z… Jerzym Edigeyem (1912–1983), tak wyśmiewanym przez Barańczaka! Edigey to pseudonim prawnika i pisarza Jerzego Koryckiego, autora ponad 40  kryminałów. Biorąc pod uwagę, że aż trzy („Baba-Jaga gubi trop”, „Wagon Pocztowy GM 38552” i wspomniany „Strzał na dancingu”) stały się kanwą odcinków „07 zgłoś się”, mogłoby się okazać, że właśnie któryś z tych sfilmowanych jest autorstwa Kuronia. A to byłaby ironia losu...

Tym bardziej że filmy o Borewiczu odczytuje się czasem jako próbę dystansowania się rządzących komunistów od partyjnego „betonu” i zbliżenia do „normalnych ludzi”. „Teza o tym, że serial »07 zgłoś się« miał ocieplić w oczach społeczeństwa wizerunek milicji i spełnić tym samym jakieś zadania propagandowe, jest moim zdaniem chybiona – ocenia jednak Grzegorz Cielecki. – Krzysztof Szmagier zawsze odcinał się od prób dorabiania filmowi politycznej gęby. Był to po prostu znakomity film rozrywkowy, pokazujący przy okazji kawałek polskich realiów. I właśnie dlatego »07 zgłoś się« przetrwał próbę czasu. Ciągle jest emitowany w telewizji i wypuszczany na płytach DVD. Po prostu broni się sam”.

Porucznika Borewicza życie po życiu  

Borewicz nie dotrwał do nowej Polski. Ostatni odcinek wyemitowano w 1989 r. Szmagier wierzył, że uda się kontynuować serial,  Cieślak był przeciw: uważał, że po przemianach „taka prosta kontynuacja jest wykluczona”. Trzeba byłoby wymyślić fabułę, która by przeprowadziła bohatera przez pokomunistyczną weryfikację. W połowie lat 90. pojawiła się szansa na taką kontynuację. Szmagier pokazał Cieślakowi scenariusz. Tak streszczał go aktor:  

„Jest końcówka PRL-u. Gdzieś za ścianą budują już Okrągły Stół. Borewicz tropi szajkę handlarzy narkotykami. W jej składzie jest synalek niesłychanie wysokiego prominenta. Tatuś, PRL-owska szumowina, robi wszystko, żeby ratować synka. Szykuje przeciw Borewiczowi prowokację. Kobieta, którą porucznik bierze do samochodu, rzuca mu się na kierownicę i dochodzi do wypadku. Zza węgła wyskakuje wtedy dwóch zamaskowanych oprychów, podnoszą mu nogawkę i wstrzykują w żyłę 100 g czystego spirytusu. Borewicz nie tylko ma rozbitą głowę, ale i jest ciężko pijany. Tym peerelowscy parszywcy kasują porucznika. Nie tylko zostaje zdegradowany, ale i ląduje w więzieniu. A tam, w zbiorowej celi, na 20 osób jedna połowa to kryminaliści, a druga to święci bohaterowie solidarnościowi. Ponieważ Borewicz jest fajny i inteligentny bystrzak, oczywiście zaprzyjaźnia się z tymi drugimi i hop, wychodzi zweryfikowany!”

„Jak ja to przeczytałem, powiedziałem: »Krzyś, nie róbmy tego. Tak będzie dalej, będziesz musiał płacić cenę za to, że nakręciłeś kryminał z pozytywnym bohaterem w PRL. Będziesz musiał smarkać na ten PRL. Wkładać mi w usta, jak ja strasznie cierpiałem, że żyłem w takim gównie. Tak się nie da” – opowiadał Cieślak. Jego zdaniem lepiej, że Borewicz nie wrócił, niż gdyby miał mieć sztucznie podbarwiony życiorys.  

Sam Cieślak w latach 2009–2016 pojawiał się w emitowanym na antenie Polsatu serialu paradokumentalnym „Malanowski i Partnerzy”. Serialu, oczywiście, o tematyce kryminalnej.