Miejsce, gdzie za  ostatnich Jagiellonów stał arsenał Rzeczypospolitej, gdzie ciało Zygmunta Augusta spędziło rok przed odwiezieniem go na Wawel i gdzie narodził się Order Orła Białego, długo było tylko ruiną. Zmienił to Jacek Nazarko, z zawodu inżynier. Jak stał się panem na Tykocinie? „Gdy byłem chłopcem, trafiłem tutaj podczas akcji pomocy pogorzelcom, organizowanej w mojej szkole. To był rok 1959. Od tamtej pory ten Tykocin za mną chodzi” – opowiada. Jak podniósł dawną rezydencję królewską z gruzów? Gdy tylko odłożył trochę pieniędzy, kupował ciężarówkę cegieł i budował. W ciągu 10 lat z ziemi wyrosło skrzydło tykocińskiego zamku.

Po Gasztołdzie

Twierdza czasy swojej największej świetności przeżywała za panowania Zygmunta Augusta, który lubił przebywać w nieodległym Knyszynie. Tam czuł się swobodnie, z dala od dusznej atmosfery Krakowa czy Warszawy. Tykocin zaś zapewniał mu bezpieczeństwo.

Zamek wznieśli Gasztołdowie, strzegł dwóch ważnych szlaków – rzecznego na Narwi i lądowego, łączącego Koronę z Litwą. Gdy w 1542 r. Stanisław Gasztołd zmarł bezpotomnie, jego dobra prawem kaduka trafiły pod pieczę monarchy. Co prawda młodemu Zygmuntowi ze spadku najbardziej do gustu przypadła wdowa po Gasztołdzie Barbara de domo Radziwiłł, jednak postanowił rozbudować twierdzę. W planach królewskich – całkiem zresztą racjonalnych (w przypadku bezpotomnej śmierci Hohenzollernów w grę wchodziło przejęcie Prus Książęcych) – Podlasie miało stać się centrum zarządzania ogromnym państwem. 

Tak więc powstał zamek murowany z czterema basztami, pełniący zarówno funkcje obronne, jak i będący rezydencją monarszą.

Twierdza miała dodatkowe zewnętrzne mury, odległe od kamienicy zamkowej o jakieś 15 m, z czterema bastejami w narożach. Twórcą tego cacka, gdzie wkrótce ulokowano arsenał koronny i skarb osobisty króla, był niejaki Job Preytfus, Holender na polskiej służbie, który odpowiadał też za fortyfikacje Kamieńca Podolskiego, Wilna i Baru.

To z tykocińskiego zamku zabrał Stefan Batory armaty na wojnę ze zbuntowanym Gdańskiem. Puszki te nigdy już do twierdzy nie wróciły, odesłano je bowiem na wojnę ze Szwedami w Inflantach. Na początku XVII w. zamek doczekał się kolejnej przebudowy, musiał bowiem sprostać sile doskonalonej wciąż artylerii. Tym sposobem basteje przekształcono w bastiony z kurtynami. Umocnienia te wzniesiono w sporej odległości od ceglanych murów zamku, zaś cała twierdza zajmowała 5,6 hektara.

Bez pardonu

Wielka historia zapukała do wrót tykocińskiego zamku w czasach szwedzkiego potopu. Twierdzę opanowali podkomendni Janusza i Bogusława Radziwiłłów. Ten pierwszy zmarł w ostatnim dniu 1655 r. (a nie, jak to utrwalił Sienkiewicz na kartach swej powieści – dwa lata później, podczas wzięcia twierdzy przez walczących ze Szwedami konfederatów). W  fortecy stanęła szwedzka, a w zasadzie fińska, załoga. Kilkukrotne próby odbicia zamku spełzły na niczym. W styczniu 1657 r. pod jego mury przybył hetman Paweł Sapieha i postanowił wykorzystać nadarzającą się okazję. Oto bowiem mróz ściął nadnarwiańskie bagna, umożliwiając zbliżenie się do twierdzy. Rano 27 stycznia oblegający ruszyli do natarcia. Padały kolejne szańce broniącej się rozpaczliwie załogi. Gdy atakujący dotarli do zamku, trzy wybuchy wstrząsnęły twierdzą. Prawdopodobnie to Finowie wysadzili się w powietrze. Po czymś takim nie dawano już pardonu, na szablach rozniesiono wszystkich, łącznie z kobietami i dziećmi.

Dziś oblężenie Tykocina odtwarzają co roku członkowie Pospolitego Ruszenia Ziemi Tykocińskiej i zaproszeni przez nich goście. „To ogromne szczęście dla Tykocina – taki wariat, który wyłożył pieniądze i postawił zamek. Za parę lat nie będzie nas, a  zamek będzie. Szkoda tylko, że budowa nie objęła bastionów. Kilka hektarów – to byłby niesamowity kompleks na skalę europejską. Ten teren jest jednak w rękach rolników i nie wierzę, że się uda to odbudować. Nie sądzę też, że to jest wydatek na budżet skromnego człowieka, tu musiałoby zaangażować się państwo. Ale już teraz jest co oglądać” – opowiada Adam Rudawski z Pospolitego Ruszenia. Wymienia atrakcje podczas rekonstrukcji zdobycia Tykocina: bitwa, konie, cała masa pirotechniki, muszkieterowie, piechota... 

„W ubiegłym roku po naszej imprezie od wystrzałów armatnich drżała bardzo mocno ziemia i krety wyniosły się zupełnie z tej łąki. Rolnik, który nas zaprosił, jest z tego bardzo zadowolony” – dodaje. 

 

Gorsi niż potop

Nie potop szwedzki zniszczył zamek, lecz... hetman Branicki. Po najeździe szwedzkim obiekt został odbudowany. W 1705 r. August II podejmował tu Piotra I i rozdawał pierwsze Ordery Orła Białego, do dziś najważniejszego odznaczenia cywilnego w Polsce. W 1734 r. część zabudowań strawił pożar, a to, co zostało, rozebrano. Bo nowy właściciel Tykocina hetman Jan Klemens Branicki rozpoczął przebudowę miasta na niespotykaną skalę. Nowa cegielnia nie nadążała, potrzeba było więcej budulca. Ruina stała się więc swoistym magazynem. Tym sposobem tykociński kościół, przepiękny barokowy gmach, rósł w górę, a zamek coraz bardziej zbliżał się ku ziemi.

W  XX w. sprawa wydawała się niemal stracona. „Tu nie było praktycznie nic – mówi Jacek Nazarko. – W latach 70. prowadzono tu prace archeologiczne. Na dawnych fundamentach wybudowano wtedy tzw. trwałą ruinę. Użyto do tego nowych cegieł i  wywiedziono niektóre mury do wysokości 5–6 m. Stworzono obrysy tej budowli, której początki sięgają XV w. Po pewnym czasie i ta sztuczna ruina popadła w ruinę. Pogoda i warunki atmosferyczne Polski nie sprzyjają tego typu obiektom. Do tego doszedł jeszcze zwykły wandalizm”. Jak żartuje Nazarko, „w latach 70. starania o odrestaurowanie zamku nie zakończyły się budową obiektu, w którym można byłoby umieścić cokolwiek, nawet stróża”.

Nie powiodła się także druga próba, podjęta przez dyrektora Muzeum Wojska w Białymstoku pułkownika Zygmunt Kosztyłę. „Dość zaawansowane były prowadzone pod jego nadzorem prace studialne, dotyczące odbudowy obiektu z  przeznaczeniem na oddział muzeum. Jednak i tym razem nic z tego nie wyszło” – opowiada Nazarko.

Nie prima parilis

W latach 90. Radio Białystok poinformowało, że rusza odbudowa zamku w Tykocinie, lecz był to żart na prima aprilis. Za to w 2002 r. odbudowa zaczęła się naprawdę. Została wpisana w plany zagospodarowania terenu, który przeznaczono na usługi turystyczne.

Zapytany o początki  inwestycji życia, Nazarko wzrusza ramionami: „Gdy wchodzi się na plac budowy czegoś, co ma kilkaset lat, to najwięcej jest kłopotów z oddzieleniem tego, co prawdziwe, od tego, co stawiane na cemencie, współczesne. Wywieźliśmy stąd ogrom śmieci i gruzu. Udało się to posegregować, ale trwało trochę czasu. Na początku nastąpił moment krytyczny, kiedy okazało się, że materii zabytkowej jest naprawdę niewiele. Trzeba było weryfikować projekty. Powstawały kolejne wersje rekonstrukcji. Dochodziły też nowe dane”.

Bywało i tak, że za sprzedaną część własnego majątku inżynier kupował tira pełnego cegieł, aby ciągnąć budowę. Z fundamentami z racji swojego zawodu poradził sobie bez problemów. Większym problemem okazała się architektura, bowiem trzeba ją było odtwarzać na podstawie strzępów informacji wygrzebanych w archiwach przez znawcę epoki zygmuntowskiej prof. Józefa Maroszka oraz bazując na dokumentach znalezionych w Petersburgu i Moskwie. 

 

Zwrócony symbol

Twierdza to dziś jedno skrzydło. „W  tej chwili mamy około 1300 m kw. powierzchni, na którą składają się m.in. sala szklana, czyli reprezentacyjna, kuchnia przewidziana na restaurację i poddasze planowane na pokoje gościnne. To fragment całego ogromnego obiektu. Jednak utrzymanie zamku stanowi problem. Koszty ogrzewania to jedno, a drugie to podatek. Kilkadziesiąt tysięcy złotych rocznie. Najbardziej ekonomiczne byłoby zamknięcie bramy i zamieszkanie w zamku – żartuje Nazarko. – Na początku cegła kosztowała 30 gr. Dzisiaj kosztuje 1,30 zł, a VAT wynosi 23 proc. Poza tym jak można wycenić 10 lat własnej pracy? A czy warto było? Czasami się zastanawiam”. 

Jacek Nazarko mówi, że odbudowy kolejnej partii zamku pewnie już nie dożyje. „Sukcesem jest to, że z  kupy śmieci powstał fragment ważnego symbolu Rzeczypospolitej – uważa. – Najważniejsze, by to miejsce nad brzegiem Narwi pulsowało życiem”.