Czekałem na pana – biskup Alois Hudal wszedł do pokoju, w którym przebywał zmęczony mężczyzna. Wyciągnął obie dłonie na powitanie i chcąc się upewnić, że podejmuje właściwą osobę, zagaił: „Pan Franz Stangl, prawda?”. Gość potwierdził. Pan Stangl pięć lat wcześniej był Hauptsturmführerem SS i komendantem obozu zagłady w Treblince. Oddelegowano go na to stanowisko, bo poprzednik nie radził sobie z zarządzaniem fabryką śmierci. Wagony pełne ludzi stały tygodniami na bocznicy, komory gazowe psuły się, okolicę wypełniał fetor palonych i rozkładających się zwłok. 
Pan Stangl, zawsze starannie ogolony i nieskazitelnie ubrany, nade wszystko cenił porządek. Pod jego rządami Treblinka zmieniła się nie do poznania. Pociągi wjeżdżały na schludną stację kolejową, wysiadające z wagonów ofiary mogły stanąć na czystym peronie, popatrzeć na rozwieszone wokół doniczki z kwiatami. Po trudach podróży proponowano im odświeżający prysznic. Pan Stangl powiększył komory gazowe – miały mieścić do 3 tys. osób, dzięki czemu pociągi rozładowywano na bieżąco. Kierował obozem od września 1942 do sierpnia 1943 r. Niespełna rok wystarczył mu do zamordowania 700 tys. ludzi!

W drodze do Rzymu 

Po kapitulacji III Rzeszy Stangl został internowany przez Amerykanów na terenie Austrii. Tak dobrze ukrył swą tożsamość, że przez ponad dwa lata nikt nie rozpoznał w nim jednego z największych zbrodniarzy wojennych. Przed Bożym Narodzeniem 1947 r. alianci przekazali go Austriakom, a ci umieścili rodaka w prawie niestrzeżonym więzieniu w Linzu. Nie musiał się zbytnio wysilać, by z niego uciec. Ale był to dopiero pierwszy krok na długiej drodze, którą miał przed sobą.

Wśród przebywających w obozach jenieckich nazistów krążyły przekazywane szeptem informacje, że na pomoc w opuszczeniu zbyt dla nich niebezpiecznej Europy mogą liczyć w Rzymie. Stangl ruszył więc na południe. W Grazu spotkał zmierzającego w tym samym kierunku rodaka, zastępcę komendanta obozu w Sobiborze Gustava Wagnera. W Sobiborze zgładzono ok. 200 tys. ludzi. Wagner – w odróżnieniu od Stangla, który nie lubił sobie brudzić rąk – robił to nadzwyczaj chętnie. Był sadystyczną bestią mordującą ofiary łopatą, siekierą albo po prostu gołymi pięściami. Wagner wiedział dokładnie, gdzie po wojnie szukać ratunku: w seminarium dla niemieckojęzycznych duchownych Santa Maria dell’Anima przy placu Navona w Rzymie. Tam miał na nich czekać rektor uczelni Jego Ekscelencja Alois Hudal

Lepszy nazista niż komunista 

Pytanie, czy biskup znał dokładnie ich przeszłość? Kiedy w 1976 r., trzynaście lat po śmierci Hudala, opublikowano jego pamiętniki, zniknęły podobne wątpliwości. Pisał w nich bowiem, że „wojna aliantów z Niemcami nie była krucjatą, lecz jedynie zmaganiem potęg gospodarczych walczących o zwycięstwo ekonomiczne. Ten tak zwany biznes używał sloganów w rodzaju demokracja, rasa, wolność religijna, wartości chrześcijańskie dla mamienia mas. Wszystko to sprawiło, że po roku 1945 poczułem obowiązek poświęcenia całej mojej pracy charytatywnej głównie dawnym narodowym socjalistom, faszystom i tak zwanym zbrodniarzom wojennym”.

Tak szokującej interpretacji II wojny światowej dokonał niemal dekadę po procesie norymberskim, który odsłonił prawdę o zbrodniach reżimu Hitlera. Zrównanie nazistowskich Niemiec z demokracjami Zachodu mogło jednak zaskakiwać tylko tych, którzy nie znali wcześniejszych poglądów watykańskiego hierarchy. Doktor teologii, wykładowca na uniwersytecie w Grazu, od 1923 r. rektor rzymskiej Animy, nigdy nie ukrywał pronazistowskich poglądów. Po objęciu władzy przez Hitlera oświadczył publicznie: „W tej godzinie przeznaczenia wraz ze wszystkimi mieszkającymi za granicą niemieckimi katolikami witam z radością nową niemiecką Rzeszę, której filozofia łączy w sobie wartości chrześcijańskie i narodowe”

W książce „Podstawy narodowego socjalizmu” wyjaśniał, że komuniści, którzy już opanowali Rosję, programowo zwalczają religię, mordują chrześcijan, dewastują cerkwie i kościoły, więc należy jednoczyć wszystkie siły zdolne ich poskromić. Dotyczy to także narodowego socjalizmu, którego główny nurt nie jest antychrześcijański. Dlatego katolicy powinni z nim współpracować i w ten sposób osłabiać wpływy „pogańskich” radykałów w NSDAP. Hudal podzielił nazistów na „złych”, czyli wrogich religii, do których zaliczył m.in. Himmlera i Rosenberga, oraz „dobrych” na czele z Hitlerem. 
Wprawdzie papież Pius XI w ogłoszonej w 1937 r. encyklice „Z palącą troską” potępił idee wyższości rasy i państwa narodowego (choć nie użył słowa narodowy socjalizm czy hitleryzm, dokument został napisany po niemiecku, co nie pozostawiało wątpliwości, kto jest jego adresatem), Hudal trwał przy swoim. W 1942 r., gdy III Rzesza osiągnęła szczyt swojej potęgi, opublikował broszurę „Religijna przyszłość Europy”, w której pisał wprost, że „komunizm i liberalizm wyrastają z inspiracji żydowskich”, a jedyną siłą zdolną zwalczyć je obie jest narodowy socjalizm. W Watykanie nie rozległ się żaden oficjalny głos protestu. Sytuacja zaczęła się jednak zmieniać, gdy rok później alianci wylądowali na Sycylii, a Włosi obalili Benito Mussoliniego. 

Jak Watykan pomagał hitlerowcom w ucieczce

Po upadku duce do Mediolanu przybył SS-Standartenführer Walter Rauff. Objął funkcję szefa aparatu bezpieczeństwa w północnych Włoszech, podlegały mu m.in. gestapo i SD. Miał do wykonania dwa zadania: zwalczać partyzantkę i przeprowadzić eksterminację włoskich Żydów. Jako twórca programu zabijania ludzi spalinami w obwoźnych komorach gazowych, czyli hermetycznie zamkniętych skrzyniach ciężarówek, gwarantował sukces obu. Pod jego nadzorem zamordowano sto tysięcy ludzi. 

Nie wiadomo, w jakich okolicznościach Rauff skontaktował się pierwszy raz z Hudalem i o czym rozmawiali podczas kilku spotkań na początku 1944 r. Obaj należeli do osób dobrze poinformowanych i bez wątpienia zdawali sobie sprawę, że Niemcy wojny nie wygrają. Rauff przymykał więc oczy na podejmowane przez oficerów Wehrmachtu próby porozumienia się z aliantami, a Hudal martwił się o przyszłość – jak ich nazywa we wspomnieniach – „bohaterów broniących Europy przed bolszewizmem”. Bez trudu znaleźli więc wspólny język. Uznali, że w obliczu nadciągającej klęski trzeba zacząć tkać siatkę ewakuacyjną dla uciekających przed wymiarem sprawiedliwości nazistów. Jej główna nić biegła z Mediolanu do Rzymu.

29 kwietnia 1945 r., w dzień po kapitulacji Niemców we Włoszech, Rauff posługując się fałszywymi dokumentami wynajął prywatne mieszkanie. Czas poprzedzający nieuchronne aresztowanie wykorzystał na ukrycie kopii dokumentów z archiwum tajnej policji Mussoliniego. To była jego karta przetargowa, którą mógł wykorzystać do szantażowania i kompromitowania wielu wpływowych osobistości powojennych Włoch.

Tak jak się spodziewał, Amerykanie szybko wpadli na jego trop. Jednak już dzień po zatrzymaniu przenieśli go z więzienia do szpitala wojskowego. Sprawą Rauffa zajęło się OSS (Biuro Służb Strategicznych, poprzednik CIA). Amerykański wywiad był bowiem coraz bardziej zaniepokojony rosnącymi wpływami włoskich komunistów, a nikt nie miał o nich większej wiedzy niż szef nazistowskiej bezpieki. Rauff został więc zwolniony i wrócił do swego mieszkania w Mediolanie. Odtąd pomagał aliantom i swoim kompanom z SS. 

Pocieszyciel strapionych

Biskup Hudal też nie próżnował. Dzięki kontaktom w watykańskim sekretariacie stanu przyłączył się do powołanej przez Piusa XII Pontyfikalnej Komisji Pomocy Uchodźcom i objął kierownictwo jej sekcji austriackiej (Assisenza Austriaca). Natychmiast zaczął zabiegać o zezwolenie na odwiedzanie obozów dla niemieckojęzycznych jeńców i internowanych cywilów. Decyzja zależała od Amerykanów i Brytyjczyków, którzy przez kilka tygodni wahali się. Było oczywiste, że wśród dziesiątków tysięcy żołnierzy ukrywają się esesmani i zbrodniarze. Papież przekonywał jednak, że obowiązkiem Kościoła jest udzielanie pomocy wszystkim ofiarom wojny, niezależnie od ich narodowości. Na zapytanie aliantów o cel wizyt w obozach watykańscy urzędnicy odpowiedzieli więc, że chodzi „o zapewnienie zwykłej posługi religijnej więźniom wyznania katolickiego (…) i niesienie pociechy strapionym”.

Gdy wyrażono zgodę, 2 grudnia 1945 r. Watykan poinformował, że jego przedstawicielem będzie Hudal. Alianci, choć znali poglądy biskupa, nie protestowali. Pronazistowski hierarcha mógł rozpocząć misję, o której napisał w pamiętnikach: „Dziękuję Bogu, że pozwolił mi odwiedzić i pocieszyć wielu nieszczęśników w ich więzieniach oraz pomóc im uciec z fałszywymi dokumentami”. Te były towarem wyjątkowo pożądanym. Przez powojenną Europę wędrowały miliony uchodźców, byłych więźniów, dezerterów itp. Odróżnienie tych, którzy dokumenty naprawdę stracili, od tych, którzy się ich pozbyli, by uniknąć identyfikacji, sprawiało trudności. Jedyną instytucją zdolną tego dokonać był Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Dlatego tylko wydawane przezeń paszporty stanowiły dokument, na którego podstawie rządy państw pozaeuropejskich udzielały wiz wjazdowych osobom o niepotwierdzonej w stu procentach tożsamości. Dostać je nie było łatwo, ale biskup to potrafił. Tak Watykan pomagał hitlerowcom w ucieczce.

Spece do wynajęcia

Gdy Stangl dotarł do Rzymu, biskup wręczył mu fałszywy paszport Czerwonego Krzyża z wizą syryjską i bilet na statek. W 1951 r. zbrodniarz przeniósł się do Brazylii, gdzie wytropił go słynny „łowca nazistów” Szymon Wiesenthal. W 1967 r. Stangl został aresztowany i deportowany do Niemiec. Sąd skazał go na dożywocie. Zmarł w więzieniu na atak serca.

Również przez Syrię do Brazylii uciekł Gustav Wagner. Dopiero w 1978 r. rozpoznano w nim „bestię z Sobiboru”, ale brazylijski rząd odmówił jego ekstradycji. Rok później esesman udzielił wywiadu telewizji BBC. Nie okazując najmniejszych wyrzutów sumienia stwierdził, że „Sobibór był po prostu kolejną pracą”. W październiku 1980 r. znaleziono go martwego, z nożem w sercu. Według ustaleń policji… popełnił samobójstwo.

W 1948 r. z Włoch postanowił się także ewakuować Walter Rauff. Z dokumentami załatwionymi przez Hudala popłynął na Bliski Wschód. Pracował dla państw arabskich, a po pewnym czasie zmienił front i zaczął współdziałać z wywiadem… izraelskim. W końcu Amerykanie załatwili mu następne dokumenty, dzięki którym wyemigrował do Ameryki Południowej. Ostatecznie osiadł w Chile, gdzie w czasie dyktatury Augusto Pinocheta został doradcą tajnej policji politycznej DINA. Zmarł śmiercią naturalną w 1984 r. 

Naturalna rzecz dla chrześcijanina 

W czasie gdy agencja wywiadowcza OSS snuła plany wykorzystania co bardziej użytecznych nazistów do działań przeciwko komunizmowi, amerykański kontrwywiad wojskowy CIC poszukiwał tych samych ludzi w ramach operacji „Krąg”. Pod koniec 1946 r. w raportach CIC pisano o zidentyfikowaniu 20 powiązanych z Watykanem organizacji, które mogą brać udział w organizowaniu nielegalnej emigracji. Na większości z nich kładł się cień biskupa Hudala.

W wywiadowczym żargonie siatki przeznaczone do ewakuowania zagrożonych agentów określa się jako „ratlines”, czyli sznurowane drabinki do wchodzenia na maszt – ostatnie miejsce, w którym załoga tonącego statku mogła czekać na ratunek. Ale homonim tego słowa w postaci wyrażenia „rat lines” to linia szczurów. Tak też odczytywali je agenci CIC tropiący szlaki, którymi uciekali zbrodniarze wojenni. W tym przypadku porównanie do szczurów było jak najbardziej adekwatne. 

Główna trasa przerzutowa prowadziła przez Tyrol, północne Włochy do Rzymu, gdzie dzięki Hudalowi i jego współpracownikom zbiegowie otrzymywali nową tożsamość. Następnie z paszportami i wizami udawali się do portu w Genui, skąd odpływali na Bliski Wschód lub do Ameryki Południowej. By zapobiec identyfikacji podczas oczekiwania na statek, kwaterowano ich z reguły w klasztorach, co umożliwiali wysoko postawieni duchowni

W 1947 r. informacje o zaangażowaniu watykańskich urzędników w szmuglowanie nazistów zaczęły przeciekać do prasy. To psuło wizerunek Kościoła, więc Hudal systematycznie tracił wpływy. W pamiętnikach żalił się, że stosowano wobec niego ostracyzm, a „niektórzy duchowni wręcz nazywali [go] faszystowskim biskupem”. Nie miał sobie jednak nic do zarzucenia. „Pomaganie ludziom, uratowanie kilku z nich bez oglądania się na konsekwencje, bezinteresowna i pełna poświęcenia praca to rzecz naturalna dla prawdziwego chrześcijanina” – pisał i puentował: „My nie uznajemy żydowskiej zasady oko za oko”

Bez konsekwencji

Dzięki jego „bezinteresownemu poświęceniu” do Argentyny uciekł „anioł śmierci” z Auschwitz Josef Mengele. Z kolei list do Czerwonego Krzyża potwierdzający tożsamość niejakiego Ricardo Klementa podpisał bliski współpracownik Hudala ks. Eduard Dömöter. Rzekomy Klement to główny wykonawca „ostatecznego rozwiązania” kwestii żydowskiej Adolf Eichmann. Gdy po postawieniu Eichmanna przed sądem w Izraelu (1961), Szymon Wiesenthal zapytał Hudala, czy mu pomagał, biskup odpowiedział: „Nie wiem, pomagałem wielu ludziom, Eichmann mógł być wśród nich”.

Lista oprawców, którym pomógł, jest bardzo długa. To on sprawił, że nigdy nie stanęli przed sądem Eduard Roschmann, odpowiedzialny za wymordowanie Żydów łotewskich, i Alois Brunner nadzorujący deportacje Żydów greckich i francuskich do obozów zagłady. Gestapowiec Erich Priebke kierujący egzekucją 335 Włochów rozstrzelanych w odwecie za akcję partyzantów doczekał się procesu dopiero w 1996 r., gdy wytropili go w Argentynie amerykańscy dziennikarze. 

Działalność biskupa Hudala stała się w końcu tak kompromitująca, że – chociaż bronił się rękoma i nogami – w 1952 roku został zmuszony do rezygnacji ze sprawowanej funkcji rektora seminarium Anima. Nie poniósł jednak żadnych konsekwencji, zamieszkał w miejscowości Grottaferrata pod Rzymem, pisał pamiętniki, wygłaszał apele o abolicję dla „dobrych” nazistów, którzy – nawet jeśli popełniali błędy, to działali w dobrej wierze, bo bronili chrześcijańskiej Europy przed ateistycznym bolszewizmem. Zmarł w 1963 r. w wieku 78 lat.

Kolaboranci też jadą

Gdy po publikacjach prasowych Hudal musiał usunąć się nieco w cień, pierwszoplanową, choć lepiej zakamuflowaną, postacią na „szlaku szczurów” stał się chorwacki ksiądz Krunoslav Draganović. Pełnił funkcję sekretarza bractwa religijnego przy klasztorze San Girolamo degli Illirici. Dzięki niemu do Ameryki Południowej zbiegła połowa rządu chorwackich ustaszy, którzy najdłużej i najwierniej trwali przy Hitlerze. Jako ostatniego Draganović wyprawił do Argentyny, oczywiście z paszportem Czerwonego Krzyża, dyktatora Ante Pavelicia. 

Zrobił to jednak za cichym przyzwoleniem Amerykanów i Brytyjczyków, którzy w ustaszach widzieli jedyną siłę mogącą się przeciwstawić komunistycznej dyktaturze Josifa Broz Tito. Gdy z planów wywołania zbrojnego powstania na Bałkanach nic nie wyszło, do obu Ameryk przeszmuglowano około 30 tys. byłych ustaszy. Nie sposób ustalić, ilu wśród nich było zbrodniarzy i oprawców z obozów, w których masowo mordowano Serbów, Żydów i Cyganów. 

Cynizm aliantów najlepiej odsłaniają powojenne losy szefa gestapo we francuskim Lyonie Klausa Barbiego. Według udokumentowanych danych odpowiadał za śmierć co najmniej 14 tys. ludzi. Po wojnie zrzucił esesmański mundur, żył z handlu na czarnym rynku i po cichu montował siatkę infiltrującą organizacje komunistyczne we francuskiej strefie okupacyjnej. To zainteresowało gen. Reinharda Gehlena tworzącego za przyzwoleniem aliantów nowy niemiecki wywiad. Co prawda miał do niego werbować jedynie nazistów nieobciążonych zbrodniami wojennymi, ale przymknął oko na przeszłość Barbiego

Nabytek okazał się nadzwyczaj przydatny. Jako Klaus Holzer przeniknął do komórki komunistycznej w Augsburgu, przekazał dawne gestapowskie kontakty z antysowiecką opozycją na Ukrainie i mnóstwo informacji o działalności Francuskiej Partii Komunistycznej. Dlatego Amerykanie i Anglicy – zgodnie z powiedzeniem prezydenta Trumana „Nie interesuje mnie, czy on pieprzy kozy. Jeżeli może nam pomóc, użyjemy go” – wciągnęli Barbiego na swoją listę płac.

Także Francuzi, którzy głośno domagali się jego ekstradycji, w rzeczywistości nie byli nią zainteresowani. Barbie przed ucieczką z Lyonu zdołał bowiem ukryć wykazy informatorów gestapo, wśród których nie brakowało wysoko postawionych osobistości ze świata polityki i biznesu. Tę listę otwierał… wysoki komisarz Francji w okupowanych Niemczech i pierwszy ambasador w Bonn André François Poncet. 

Gdzie agent nie może, tam księdza pośle

„Kata Lyonu” tropiły jednak rodziny ofiar, dziennikarze i komuniści. Gdy dalsze korzystanie z jego usług stało się zbyt kompromitujące, a postawienie przed sądem zbyt ryzykowne, postanowiono wyprawić go do Ameryki Południowej. Pomógł Poncet – jako wiceprzewodniczący Czerwonego Krzyża od dawna załatwiał puste paszporty księdzu Draganoviciovi. Tym razem do jednego z nich wpisano nazwisko Klaus Altmann. 

W marcu 1951 r. Altmann-Barbie odebrał od Draganovicia paszport, 850 dolarów i jako „mechanik” popłynął do Boliwii. Tam założył firmę handlującą drewnem, dorobił się skromnego majątku, z dumą przedstawiał się jako były oficer Wehrmachtu rzekomo ranny na froncie wschodnim. Nie ukrywał swych skrajnych poglądów, czemu dawał wyraz organizując paramilitarne bojówki, które wspierały rządzące Boliwią junty. W 1971 r. tak skutecznie poparł zamach stanu gen. Hugo Banzera, że ten zatrudnił go jako doradcę i eksperta w zwalczaniu lewicowej partyzantki. Altmann-Barbie pomagał między innymi w tropieniu Che Guevary. 

Jego dobra passa skończyła się w marcu 1972 r., gdy znana tropicielka nazistów Beate Klarsfeld przykuła się w stołecznym La Paz łańcuchem do ławki w towarzystwie starszej kobiety, której hitlerowcy wymordowali całą rodzinę. Protest został nagłośniony przez media i Francja – chcąc nie chcąc – musiała wystąpić o ekstradycję. Dopóki Boliwią rządzili wojskowi, nie było na to szans. Ale w 1983 r. władze się zmieniły i po żmudnych negocjacjach zgodziły się wydalić Barbiego. W 1987 r. sąd w Lyonie skazał go na dożywocie. Zmarł cztery lata później z powodu białaczki. 

Według szacunków założonego przez Szymona Wiesenthala Żydowskiego Centrum Dokumentacji najwięcej zbrodniarzy osiedliło się za oceanem w Argentynie. Podczas procesu długo ukrywającego się w tym kraju gestapowca Ericha Priebke, jego adwokat ujawnił, że w latach 1946–1948 za zgodą argentyńskiego prezydenta Juana Perona wysłano pocztą dyplomatyczną 2 tys. paszportów in blanco! Peronowi nie zależało jednak na chronieniu nazistów, kierował się cynicznym pragmatyzmem. Kraj potrzebował fachowców, a wśród uciekających Niemców i Austriaków nie brakowało dobrych specjalistów w różnych dziedzinach. Dla oceny przydatności osób ubiegających się o wizy wjazdowe prezydent powołał niejawną tzw. komisję Peralty. Do dziś nie są znane nazwiska wszystkich jej członków, ale wiadomo, że byli wśród nich Horst (Carlos) Fuldner – bankier i przedsiębiorca, a wcześniej Obersturmbannführer SS oraz Branko Benzen – ambasador Chorwacji w Berlinie za rządów Pavelicia.

Na pozytywną opinię komisji mogli liczyć wyłącznie zdeklarowani antykomuniści, którzy posiadali umiejętności przydatne dla gospodarki. Wedle ustaleń historyka Holgera Medinga w ciągu 10 powojennych lat do Argentyny przybyło 60–80 tys. Niemców i Austriaków; połowa na fałszywych dokumentach. Imigranci skonstruowali pierwsze argentyńskie samoloty odrzutowe i zbudowali podstawy przemysłu samochodowego. Niewykluczone, że wnieśli też wkład w rozwój rolnictwa. Pisarz Tomas Eloy Martinez kilka lat temu ujawnił, że gdy w 1970 r. spotkał się z Peronem, prezydent zrelacjonował mu rozmowę z genetykiem pracującym w Paragwaju nad ulepszeniem ras bydła. Martinez zapytał, jak nazywa się ten naukowiec. Peron odpowiedział: Helmut Gregor. Takie fałszywe nazwisko miał w paszporcie – za sprawą bp. Hudala – nie kto inny jak Josef Mengele.

Więcej o tym, kto i jak pomagał po wojnie nazistowskim zbrodniarzom przeczytasz w nowym Focusie Historia Ekstra nr 5/21.