Prawdopodobnie najbardziej fascynującym aspektem tego fenomenu pozostaje to, że mimo coraz lepszych technologii obserwacyjnych naukowcy nadal nie potrafią wskazać jednej teorii, która wyjaśniałaby wszystkie relacje świadków. Samo określenie te lapa można przetłumaczyć jako błysk lub coś, co błyska. Świadkowie opisują je jako jasne smugi światła przemieszczające się tuż pod powierzchnią wody. Nie przypominają klasycznych wyładowań atmosferycznych, ponieważ pojawiają się bez burz, znikają niemal natychmiast i zdają się poruszać w kierunku pobliskich wysp. Według przekazów polinezyjskich nawigatorów właśnie dlatego mogły służyć jako naturalny drogowskaz podczas nocnych rejsów.
Czytaj też: Wrak bizantyjskiego statku zawierał największy złoty skarb znaleziony kiedykolwiek na Morzu Śródziemnym
Jedną z osób, które poświęciły wiele lat na badanie tego zjawiska, jest antropolożka Marianne George. W latach 90. uczestniczyła w wyprawach z Alikim Koloko Kaveią, legendarnym nawigatorem z wyspy Taumako na Wyspach Salomona. Kaveia twierdził, że te lapa pojawia się nad lub tuż pod powierzchnią oceanu i zawsze wskazuje kierunek lądu. George wielokrotnie obserwowała błyski na własne oczy, jednak mimo prób nie udało jej się ustalić ich fizycznego źródła.
Już wcześniej fenomen ten opisywał nowozelandzki żeglarz i badacz David Lewis, autor książki We, the Navigators. To właśnie jego prace przyczyniły się do zmiany poglądu na temat dawnych mieszkańców Polinezji. Przez wiele lat sądzono bowiem, że wyspy Pacyfiku zostały zasiedlone przypadkowo, dzięki dryfującym łodziom. Lewis wykazał jednak, iż polinezyjscy żeglarze dysponowali niezwykle rozwiniętą wiedzą o gwiazdach, falach, ptakach i zjawiskach atmosferycznych, a te lapa mogło być jednym z elementów tego skomplikowanego systemu orientacji.
Najbardziej oczywistym wyjaśnieniem wydawała się bioluminescencja, czyli światło emitowane przez organizmy morskie. Hipotezę tę przez lata odrzucano, ponieważ opisywane błyski różniły się od dobrze znanych świecących śladów pozostawianych przez plankton. Do sprawy powrócił jednak fizyk z Uniwersytetu Harvarda, John Huth, który przeprowadził eksperyment z hodowlą bruzdnic – jednokomórkowych organizmów zdolnych do świecenia pod wpływem zaburzeń ciśnienia. Gdy w laboratoryjnym zbiorniku wywołano fale przypominające ruch ryb, mikroorganizmy utworzyły długie, błękitne smugi światła, zaskakująco podobne do opisów te lapa.
Inna grupa hipotez koncentruje się na procesach geologicznych zachodzących w Pacyficznym Pierścieniu Ognia. To właśnie tam najczęściej pojawiają się tajemnicze błyski. W ostatnich latach głębinowe pojazdy badawcze rejestrowały w pobliżu kominów hydrotermalnych oraz podmorskich wulkanów lokalne skoki napięcia elektrycznego. Zjawisko to doprowadziło do pojawienia się koncepcji podwodnych piorunów.
Czytaj też: Ognista bestia wyłoniła się z dymu. Francuscy strażacy po raz pierwszy zobaczyli to groźne zjawisko
Na pierwszy rzut oka wydaje się to mało prawdopodobne, ponieważ słona woda bardzo dobrze przewodzi prąd, co powinno uniemożliwiać gromadzenie się dużych ładunków elektrycznych. Niektóre badania sugerują jednak, iż w specyficznych warunkach głębinowych rolę izolatorów mogą odgrywać pęcherzyki gazów, gwałtowne zmiany temperatury czy minerały unoszące się w gorących pióropuszach hydrotermalnych. W takich miejscach energia mogłaby kumulować się przez pewien czas, a następnie zostać gwałtownie uwolniona w postaci krótkiego wyładowania.
Pojawiają się również bardziej złożone wyjaśnienia zakładające, że zjawisko nie jest pojedynczym procesem, lecz efektem nakładania się kilku różnych czynników. Jedna z teorii mówi o falach oceanicznych odbijających się od wysp i raf, które mogłyby skupiać światło niczym soczewka. Inni badacze wskazują na możliwość oddziaływania pól elektromagnetycznych związanych z aktywnością tektoniczną. Jak dotąd żadnej z tych hipotez nie udało się jednak jednoznacznie potwierdzić.
Źródło: Science Times
