Ciało niespełna 28-letniej wokalistki znaleziono po południu 23 lipca 2011 r. w jej londyńskim mieszkaniu. Śledztwo wykazało, że Amy Winehouse zmarła w wyniku wstrząsu, spowodowanego spożyciem zbyt dużej ilości alkoholu. Media jednogłośnie uznały ją za tragiczną ofiarę błyskawicznego sukcesu: córka żydowskiego taksówkarza i farmaceutki z północnego Londynu swój pierwszy zespół założyła w wieku dziesięciu lat, jako dwudziestolatka miała już na koncie pierwszą płytę, a wydany trzy lata później krążek „Back to Black” (ze słynnym utworem „Rehab”) przyniósł jej światową sławę. Kolejne nagrody artystka odbierała w przerwach między odwykami. Borykała się z uzależnieniem od alkoholu i narkotyków, cierpiała także na bulimię. Krótkie małżeństwo zakończyło się rozwodem. 

Tragiczny finał „szybkiego sukcesu” Winehouse nie dziwi psychologów. Sukces może być źródłem niezwykle obciążającego stresu, czego dowodzą badania Thomasa Holmesa i Richarda Rahe, psychiatrów z Washington University w Seattle. Na opracowanej w latach 70. liście 43 najbardziej stresogennych czynników, obok takich wydarzeń jak rozwód czy śmierć współmałżonka znajdziemy ślub, narodziny dziecka, zmianę pracy, zmiany w dochodach czy zmiany standardu życia – także na lepsze. „Sukces wiąże się z gwałtowną zmianą w większości sfer życia. Ludzie różnie radzą sobie z natłokiem nowych zadań i stresem. Często udaje się znaleźć zdrowe adaptacyjne sposoby: oddzielają życie prywatne od zawodowego, otrzymują wsparcie najbliższych, oddają się niezwiązanej z pracą pasji. Niestety, równie często sięgają po środki odurzające, podejmują nieuzasadnione ryzyko” – wylicza dr Anna Hełka, psycholog biznesu z Wydziału Zamiejscowego Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej we Wrocławiu.

„Szybki sukces wywołuje zazdrość, pojawiają się osoby, które próbują skorzystać na znajomości z wpływowym człowiekiem. W efekcie ludzie sukcesu, chcąc się obronić przed wykorzystaniem, dystansują się wobec otoczenia, zrywają kontakty z dotychczasowymi przyjaciółmi, którzy należą do innego świata, a tym samym pozbawiają się wsparcia społecznego, czują się osamotnieni, a stąd tylko krok do depresji”.

Ten los spotyka nie tylko celebrytów, ale i zwyczajnych obywateli, którzy na przykład wygrali w lotto. William Post z Pensylwanii rok po wygranej zamiast  16 milionów dolarów miał na koncie milion – debetu. Wygrana zrujnowała mu życie: fortunę stracił, inwestując w nietrafione biznesy, była partnerka pozwała go o udział w wygranej, a brat wylądował w więzieniu, gdy zlecił zabójstwo Posta, aby odziedziczyć po nim pieniądze. Shefik Tallmadge, 30-latek z Arizony, także skończył jako bankrut. Sześć milionów dolarów, które wygrał na loterii, przepuścił na podróże po świecie, nowe porsche, willę na Florydzie i chybioną inwestycję w sieć stacji benzynowych. 

Emocjonalnie niegotowi

Barbara Moses, kanadyjska coach, przewodnicząca BBM Human Resource Consultants Inc., opisuje przypadek jednego ze swych klientów, który w wieku 28 lat został z dnia na dzień awansowany na stanowisko menedżera wysokiego szczebla, gdy dwaj jego przełożeni nagle zrezygnowali z pracy: „Ten nieprzesadnie ambitny człowiek zmienił się w karykaturę człowieka sukcesu, wciąż chwalącego się biznesowymi lunchami i akcjami, którymi obraca”. Problem, jak zauważa dr Moses, polegał na tym, że ów mężczyzna nie dorósł emocjonalnie do roli, w którą wszedł. Gdy dziesięć lat później został zwolniony, popadł w głęboką depresję. 

Kiedy w drodze na szczyt przechodzimy zwyczajową ścieżkę awansu, doświadczamy niejednej nieprzyjemności i porażki. Uczymy się przy tym emocjonalnie radzić sobie z niepowodzeniami. Ci, którzy awansują szybko, mogą przeżyć upadek ze zbyt wysokiego konia. Jak zauważa Moses, niedojrzałe emocjonalnie „złote dzieci” nie są też często w stanie właściwie ocenić swojego sukcesu. Zapominają, że jest on wyjątkową kombinacją umiejętności oraz znalezienia się we właściwym miejscu we właściwym czasie. Ci, którzy upatrują przyczyn sukcesu tylko w zdolnościach, ulegają złudzeniu własnej nieomylności. „Upatrujemy przyczyn sukcesu w samych sobie, a nie w czynnikach sytuacyjnych, gdyż to pozytywnie wpływa na naszą samoocenę” – wyjaśnia Anna Hełka. „Takie przekonanie może jednak sprawić, że staniemy się zbyt pewni siebie, co z kolei grozi nieracjonalnymi decyzjami”. Jeżeli przypisujemy sukces tylko szczęściu, możemy cierpieć na syndrom oszusta: nie mamy wówczas poczucia, że uczciwie na swoją pozycję zapracowaliśmy. „Rzeczywiście wielu ludzi nie potrafi się cieszyć z sukcesów, gdy ich przyczyn upatrują w czynnikach zewnętrznych. Analiza źródeł sukcesów przeprowadzona razem z niezależnym doradcą może pomóc im odzyskać poczucie kontroli” – doradza dr Hełka.