W kuluarach mówi się bowiem o technologii wykorzystującej satelity, cyfrowe mapy oraz łączność 5G. Takowa miałaby działać na dwa sposoby: ostrzegać kierowców przed zbyt szybką jazdą, a w razie potrzeby ograniczać prędkość z jaką się przemieszczają. A przecież już obecne samochody potrafią rozpoznawać znaki drogowe, informować o obowiązujących ograniczeniach prędkości czy emitować sygnały ostrzegawcze po ich przekroczeniu. Nowa technologia miałaby jednak aktywnie ingerować w sposób poruszania się samochodu, ograniczając jego moc lub stopniowo zmniejszając prędkość, gdy kierowca przekroczy dopuszczalny limit.
Czytaj też: Wygląda jak motocykl z gry survivalowej. Ten chiński model może namieszać w Europie
Proponowany system miałby wykorzystywać dane z satelitów nawigacyjnych, odbiorników GPS, sieci 5G, a także cyfrowych map. Dzięki połączeniu tych źródeł samochód byłby w stanie z dużą dokładnością określić swoje położenie i porównać je z obowiązującym na danym odcinku limitem prędkości. Gdy komputer pokładowy wykryje przekroczenie przepisów, rozpocznie proces automatycznego ograniczania prędkości do wartości zgodnej z obowiązującym limitem.
Twórcy koncepcji zakładają jednocześnie, że kierowca nie zostałby całkowicie pozbawiony możliwości ingerencji. W wyjątkowych sytuacjach, takich jak konieczność uniknięcia kolizji, wyprzedzenia pojazdu czy wykonania innego manewru zwiększającego bezpieczeństwo, system miałby umożliwiać chwilowe złamanie ograniczenia. Takie odstępstwo byłoby jednak jedynie tymczasowe. Po zakończeniu manewru samochód ponownie wróciłby do prędkości zgodnej z obowiązującymi przepisami.
Rozwiązanie, o jakim mowa, stanowi rozwinięcie technologiiISA (Intelligent Speed Assistance), która od 2024 roku jest obowiązkowym elementem wyposażenia wszystkich nowych modeli samochodów sprzedawanych na rynku Unii Europejskiej. Obecnie system przede wszystkim ostrzega kierowcę o przekroczeniu dozwolonej prędkości. W zależności od producenta może emitować sygnały dźwiękowe, wyświetlać komunikaty lub zwiększać opór pedału gazu. Kierowca nadal zachowuje jednak pełną kontrolę nad pojazdem i może zignorować ostrzeżenie.
Nowa koncepcja zakłada jeszcze jedną zmianę: znacznie większą automatyzację. Samochód nie ograniczałby się wyłącznie do informowania o naruszeniu przepisów, lecz sam podejmowałby działania prowadzące do zmniejszenia prędkości. Zwolennicy takiego podejścia przekonują, że mogłoby ono znacząco ograniczyć liczbę najgroźniejszych wypadków drogowych, których jedną z głównych przyczyn pozostaje nadmierna prędkość.
Czytaj też: Ten sportbike przeszedł operację plastyczną. Teraz przypomina włoską maszynę marzeń
Eksperci zajmujący się bezpieczeństwem ruchu drogowego dodają natomiast, iż nawet niewielkie zmniejszenie średnich prędkości pojazdów przekłada się na wyraźny spadek liczby ofiar śmiertelnych oraz ciężko rannych uczestników ruchu. Z tego punktu widzenia automatyczne egzekwowanie limitów mogłoby okazać się jednym z najskuteczniejszych narzędzi poprawy bezpieczeństwa na europejskich drogach.
Nie pomijajmy jednak licznych kontrowersji. Poza oczywistymi, dotyczącymi nadmiernej ingerencji w funkcjonowanie społeczeństwa, należy też pamiętać o braku niezawodności technologii. Obecnie systemy rozpoznawania znaków drogowych wciąż zmagają się z występowaniem błędów. Zdarza się, że kamera odczyta znak znajdujący się na drodze serwisowej, nie zauważy odwołania ograniczenia lub błędnie zinterpretuje oznakowanie obowiązujące dla innego pasa ruchu. Problemy mogą pojawiać się również w przypadku nieaktualnych map cyfrowych, remontów dróg czy tymczasowych zmian organizacji ruchu. Może się okazać, że technologia mająca rozwiązać problemy, tak naprawdę stworzyła masę nowych.
Źródło: BGR
