ROBERT RIENT: „Wolę ucztę przyjaciół od ogromnej rodziny” - śpiewał Jim Morrison.

NATALIA DE BARBARO: Wyobrażam sobie, że jeśli ktoś robi takie rozróżnienie, to otrzymuje od przyjaciół coś, czego nie dostaje w rodzinie. Ale w rodzinie też można dostać przyjaźń.

Dostałaś?

- Dostałam i dostaję. Moje życie od zawsze było pełne rodziny, takiej kilkunastoosobowej, hałaśliwej, często się spotykającej, przekrzykującej się przy dużym stole. Przyjaciół mam pojedynczych, grupa ucztująca przy stole to dla mnie zawsze była rodzina.

Uczta przyjaciół i uczta rodziny różni się. Myślę, że trzeba odejść od tej rodzinnej, by znaleźć siebie wśród przyjaciół, innych ludzi, w świecie, a dopiero później można próbować połączyć stoły.

- Może wystarczy znaleźć inny, niedziecięcy sposób siedzenia przy tym stole. Może wystarczy mieć inny pokój, w którym jest się samemu ze sobą.

Odejście do innego pokoju nie zmienia jednak domu, a bez tego trudno zobaczyć sieć zależności, w które jesteśmy uwikłani. Erik H. Erikson napisał, że „odpowiednikiem intymności jest oddalenie, czyli gotowość do wykluczenia, odizolowania, i jeżeli to konieczne, zniszczenia tych sił i ludzi, którzy wydają się niebezpieczni”. A w pewnym okresie tacy wydają się rodzice lub inne wychowujące nas osoby, stojące na straży norm, nakazujące, proponujące pewien model życia. Trzeba go zanegować, chociażby po to, by później go świadomie wybrać. I chociaż nie uważam, że to najlepsza droga, to jednak bunt, separacja nie tylko w głowie i sercu, ale również ta polegająca na zamieszkaniu w innym domu czy mieście, pomogły mi znaleźć kawałki siebie. W pewnym sensie wyrażają to słowa Biffa ze „Śmierci komiwojażera” Arthura Millera: „Mamo, ja już po prostu nie mogę, po prostu nie mogę znieść pewnego rodzaju życia”.

- Separacja jest niezbędna, jakiś rodzaj oddalenia jest niezbędny. Ale nie polega przecież na tym, żeby robić dokładnie odwrotnie, niż chcieliby tego nasi rodzice. Wtedy to dopiero rządzą! Czy jak poszedłeś w tango, to nie byłeś najbardziej uzależniony od rodziców, właśnie wtedy?

Z jednej strony - byłem, bo wtedy krzyczało we mnie wszystko: zobaczcie, jaki jestem wolny, bez was, jak mogę wszystko, bez was, jaki jestem samodzielny i mądry, bez was. Ale czasami w chwilach samotności albo porannego powrotu do domu ktoś we mnie, smutny i opuszczony, chciał miłości, akceptacji. Ale z drugiej strony - nie byłem, bo sprawdzałem nowe smaki, nieznane i zakazane światy, sporo się o sobie dowiadując, o granicach, o tym, co naprawdę chcę robić zawodowo, z kim budować relacje. Nie żałuję tego tanga.

- Mnie się wydaje, że jeżeli jestem z kimś w relacji, takiej jak z rodzicami, to żeby być wolnym, trzeba czuć się kochanym. Bo jeśli nie czuję się kochana przez kogoś ważnego, to to mnie trzyma, więzi, sprawia, że ciągle walczę i wikłam się. Co pomyślą o mojej fryzurze? Co zrobię, jak im się nie spodoba mój facet? Może lepiej już wybrać te studia, na które oni chcą, żebym poszła?