35-letni Jacek, inżynier obróbki drewna, nie zastanawiał się długo, gdy szwedzka firma współpracująca z jego zakładem w Polsce zaproponowała mu kilkumiesięczny kontrakt pod Uppsalą. Po jednym zleceniu przyszło następne, a potem firma złożyła mu propozycję przeprowadzki do Szwecji. Perspektywy finansowe były zachęcające. Zdecydowana była też żona Kasia, nauczycielka anglistka, która pracowała tylko na pół etatu – dla nauczycieli, także w Trójmieście, w związku z niżem demograficznym brakowało pracy. Po dwóch miesiącach wylądowali w Szwecji. Pensja Jacka była na tyle wysoka, że dostali kredyt i kupili dom.

„Im dalej na północ, tym Szwecja bardziej się wyludnia, więc zamiast dwóch pokoi w Gdańsku, na które zbieraliśmy, mieszkając kątem u mamy Jacka, kupiliśmy domek pod Uppsalą. Zachwycił mnie tamtejszy spokój, dzika przyroda, podchodzące pod okna ranem zwierzęta” – mówi Kasia. Nie pamięta, jak minęły jej pierwsze trzy miesiące – tak była zajęta wybieraniem mebli, farb, remontem domu. Ale gdy minął pierwszy zachwyt, zaczęło ją ogarniać poczucie potwornego osamotnienia. „Szwedzi nie są ludźmi łatwymi w kontaktach, więc poza wymianą uprzejmości nie udało mi się nawiązać głębszych kontaktów z sąsiadami, i tak nielicznymi. Jacek zostawał długo w pracy, bo chciał się wykazać, a poza tym wzięliśmy kredyt. Całymi dniami siedziałam sama w domu z niespełna trzyletnim synkiem”.

 

MIODOWY MIESIĄC I KRYZYS TOŻSAMOŚCI

„Ten zachwyt nową kulturą, krajem, przyrodą – po wyjeździe to rodzaj miesiąca miodowego” – tłumaczy Dorota Klop-Sowińska, certyfikowany trener rozwoju osobistego, która specjalizuje się w pomocy ekspatkom i ekspatom, prowadzi w Amsterdamie firmę doradczą DoSo! Coaching & Counseling.

Klop-Sowińska na własnej skórze doświadczyła trudności zaaklimatyzowania się w nowym miejscu. „Mój mąż jest Holendrem, gdy go poznałam, pracowałam w tym kraju i zdecydowałam się tu zostać. Kilka razy byliśmy też delegowani do pracy za granicę – za pierwszym razem oboje pracowaliśmy w brazylijskim São Paulo, w czasie drugiego kontraktu pracował tylko mąż, a ja zajmowałam się naszym malutkim wtedy dzieckiem. Wtedy dojrzałam do myśli o założeniu własnej firmy i już pod koniec kolejnego wyjazdu prowadziłam szkolenia” – wylicza coach.

Z raportu Mercer Human Resource Consulting z 2006 r. wynika, że zjawisko globalnego podróżowania za chlebem staje się coraz bardziej powszechne. Do lamusa odchodzi stereotypowy wizerunek ekspaty. Dwadzieścia lat temu był to mężczyzna wywodzący się ze służb dyplomatycznych, militarnych lub biznesu wyższego szczebla. Dziś coraz więcej ekspatów to kobiety.

Wielkie korporacje, które zatrudniają obcokrajowców, starają się wynagrodzić im trudy zmiany miejsca pracy najróżniejszymi benefitami, od bezpłatnej prywatnej edukacji dzieci po luksusowe zakwaterowanie, służbę, a nawet ochronę. Na pierwszy rzut oka współmałżonkom ekspatów, najczęściej żonom, można tylko pozazdrościć, bo ich życie przypomina obrazek nakreślony w popularnej powieści „Emmanuelle” (opowiadającej o erotycznych przy-godach Francuzki, która za mężem inżynierem przybywa do Tajlandii). „Istnieje wiele sposobów przyjemnego spędzania czasu. Można jeździć konno, grać w golfa, tenisa, jeździć na nartach wodnych, urządzać romantyczne przejażdżki kanałami i zwiedzać pagody. Jest ich ponad tysiąc, więc oglądając jedną dziennie, miałaby pani zajęcie na trzy lata” – przekonuje powieściową Emmanuelle zadomowiona ekspatka Ariane de Saymes.

Dorota Klop-Sowińska przyznaje, że w swojej pracy spotyka także i takie kobiety, które czerpią z wyjazdu pełnymi garściami, rozwijają swoje zainteresowania, są zadowolone. „Ale wiele z nich, choć ich życie na pierwszy rzut oka wygląda jak w bajce, gdy głębiej się porozmawia, jest nieszczęśliwych i sfrustrowanych. Przed wyjazdem były aktywne, nie tylko zawodowo. Po wyjeździe mówią sobie: zajmę się rodziną, żeby dzieci dobrze się zaadaptowały w nowym kraju, żeby był spokój w domu. Przestają pracować na rok, dwa, niektóre moje klientki nawet na 12 lat, wychowują jedno dziecko, drugie, trzecie. Chcą wrócić do aktywności zawodowej, ale po tak długiej przerwie nawet nie wiedzą, jak się za to za-brać”. Takie zjawisko coach nazywa kryzysem tożsamości (patrz ćwiczenie w ramce). „Poczucie frustracji budzi fakt, że wcześniej były KIMŚ, coś sobą reprezentowały, ale tamto – praca, przyjaciele – zostawiły, a nowego jeszcze na miejscu nie zbudowały. Muszą na nowo określić siebie”.

KIM JESTEM?

Odnalezienie się w nowym miejscu wymaga zredefiniowania swojej tożsamości. Na czystej kartce napisz swoje imię – wypisz wokół niego wszystkie ważne dla ciebie role, które odgrywałaś przed przeprowadzką, np. lekarz, prawnik, nauczyciel (wykonywany zawód), matka, żona, przyjaciółka, szefowa lokalnego stowarzyszenia, wolontariuszka w schronisku, trenerka szkolnej drużyny piłkarskiej. Zastanów się, jakie funkcje pełnisz w nowym miejscu. Czy pojawiły się jakieś nowe? Jakiej ważnej roli, którą kiedyś odgrywałaś, brakuje ci?

 

MAŁŻONEK NA DOCZEPKĘ

Behawiorystka Kim van Erp z holenderskiego Uniwersytetu w Groningen przebadała sto par, które zdecydowały się na wspólny wyjazd za granicę. Jej zdaniem taka decyzja wiąże się dla pary z wielkim stresem. Wpływ na to ma zjawisko tzw. małżonka na doczepkę, sytuacji, w której jeden z partnerów decyduje się na wyjazd, by towarzyszyć temu, któremu zaoferowano pracę poza krajem. Ten ostatni stara się zaaklimatyzować w nowym otoczeniu i w pracy, ale jego lub jej partner popada w osamotnienie, podejmuje pracę, której nie lubi lub która jest poniżej jego możliwości. „Rezultaty moich badań pokazują, że ta sytuacja jest testem dla związku, porównywalnym do pojawienia się na świecie pierwszego dziecka” – tłumaczy dr van Erp. „Nie możecie zakładać, że »Ja jadę za granicę do pracy, a partner dojedzie i jakoś się ułoży«. Wyjeżdżając, musicie stanowić zespół. Wpływacie jedno na drugie”.

Po kilku miesiącach frustracja Kasi się nasila. Kobieta zaczęła wyliczać mężowi każde spóźnienie z pracy, zarzucała mu, że zaniedbuje ją i syna. „W odpowiedzi słyszałam, że on haruje na nas, aby to »nam było lepiej«, i że nie wie, czego mi tak żal, bo Polsce i tak zarabiałam w szkole grosze i narzeka-łam, że uczniowie nie szanują mojej pracy. Może i tak, ale codziennie do tej szkoły jednak chodziłam, byłam wśród ludzi. Tu dziczałam, a syn razem ze mną. Coraz częściej myślałam o powrocie do Polski, nawet sama. Ciągle wypłakiwałam się przyjaciółkom i rodzinie przez telefon” – opowiada.

Dorota Klop-Sowińska zauważa, że podstawowym błędem Kasi, ale i wielu innych małżonków ekspatów, jest to, że zamiast rozpocząć nowe życie, kurczowo trzymają się dawnego. „Jeżdżą do kraju »naładować akumulatory«, wiszą na Facebooku i Skypie. Bliscy z kraju są ważni, ale pewnych rytuałów, takich jak piątkowe wypady na miasto z przyjaciółkami, nie da się w nowej sytuacji kultywować, a poświęcając zbyt dużo czasu starym relacjom, nie mamy go na budowanie nowych” – mówi Klop-Sowińska. Ale z kim nawiązywać te nowe relacje: z rodakami czy tubylcami? „I z tymi, i z tymi. Polacy na początku będą nam na pewno bliżsi, łączy nas język i kultura, ale jeśli poprzestaniemy tylko na kontaktach z nimi, grozi nam zamknięcie w narodowym getcie. Ważny jest też kontakt z osobami innych narodowości, ale naprawdę odkryć i zrozumieć dany kraj pomogą nam tylko miejscowi”. Klop-Sowińska wie, że nie jest to łatwe. „Mój mąż jest Holendrem, ma mnóstwo przyjaciół i wydawało mi się naturalne, że i ja się z nimi zaprzyjaźnię. Ale z perspektywy dziesięciu lat przyznaję, że moje trzy prawdziwe przyjaciółki – w tym dwie Holenderki – to nie żony czy dziewczyny jego przyjaciół. Jedną poznałam po sąsiedzku, a dwie poprzez moją córkę: jej szkołę i zajęcia jogi dla kobiet w ciąży. Potem to już samo się potoczyło, urodziłyśmy w tym samym czasie, nasze dzieci się przyjaźnią. Zdałam sobie sprawę, że poszerzanie kręgu przyjaciół w pewnym wieku jest trudne. Mamy znajomych ze studiów, pracy, ale nie ma w nas ciągłej potrzeby szukania nowych. Musi zajść jakaś nowa okoliczność, po-wstać wspólnota, która nas silnie zwiąże, mnie się to udało dzięki dziecku” – dodaje. 

 

SAMOTNY ON W TŁUMIE ŻON

A co jeśli w sytuacji małżonka na doczepkę znajdzie się on? Nina Cole, profesor zarządzania na Uniwersytecie Ryerson, przeprowadziła 33 pogłębione wywiady z mężczyznami, którzy zdecydowali się na towarzyszenie w wyjeździe pracującej żonie. Interesowało ją np., czy mają inne niż kobiety potrzeby w trakcie aklimatyzacji. Mężczyźni w przeciwieństwie do kobiet oczekiwali szacunku, podziwu, że na rzecz współmałżonki zrezygnowali z pracy. Tworzyli nowe sieci kontaktów np. poprzez chodzenie do klubów sportowych, gdzie mogli poznać innych ekspatów. Co ciekawe, podlega-li płciowej dyskryminacji w zdominowanym przez kobiety kręgu małżonków towarzyszących. Jeden z badanych przez Cole wspomina, że wybrał się na poranną kawę grupy małżonek ekspatów w Szanghaju. Przyszedł pierwszy, więc zajął wolny stolik, ale kobiety, które nadciągały po nim, zamiast przysiąść się do nowego członka grupy, wybierały sąsiednie stoliki, pożyczając tylko krzesła. Pod koniec spotkania siedział samotnie przy stoliku ogołoconym z krzeseł.

Dorota Klop-Sowińska po pracy z grupą Niemców, których żony dostały pracę w Holandii, zauważa, że mężczyznom częściej niż kobietom zależy na jak najszybszym znalezieniu w nowym kraju pracy. „Oni określali się przez pracę, bycie pracownikiem firmy X było podstawą ich tożsamości, dawało siłę i prestiż” – tłumaczy. Dr Erp dodaje, że pracodawcy powinni podejmować działania, które zminimalizują stres związany z przeprowadzką. Wśród rekomendowanych rozwiązań jest m.in. zapewnienie doradztwa psychologicznego, które pomoże współmałżonkowi w odnalezieniu się na rynku pracy.

WYBORY I WARTOŚCI

Odpowiedz sobie na pytania:

  • Czy biorę odpowiedzialność za swoje wybory?
  • Czy wiem, jakie konsekwencje wiążą się z tym, że decyduję się na wyjazd?
  • Czy jestem gotowa ponieść te konsekwencje?
  • Co jest dla mnie najważniejsze: rodzina, rozwój osobisty, kariera zawodowa, poczucie własnej wartości, pieniądze?
  • Jaka jest hierarchia tych wartości?
  • Czy występuje między nimi konflikt, np. chcę być perfekcyjnym pracownikiem i supermatką?
  • Czy szanuję cenne dla mnie wartości? W jaki sposób to robię (np. idę na kurs, aby podnieść swoje kwalifikacje)?
  • Czy wyjazd za granicę sprawił, że jakieś wartości zostały pogwałcone?
  • Jak można to naprawić?

 

DŁUGA DROGA DO PRACY

Coach Dorota Klop-Sowińska zauważa, że już samo określenie „trailing spouse” (małżonek na doczepkę) wrzuca ludzi w szufladę, sprowadza do poziomu biernych, zależnych od innych, którzy w sytuacji frustracji potrafią tylko zaciskać zęby, bo muszą „wytrwać”, ale nie umieją nic zmienić we własnym życiu. „Staram się na początku uświadomić klientom, że to, przez co przechodzą, jest dość naturalne w ich sytuacji. To ważne, bo wiele osób trafia do mnie z ogromnym poczuciem winy. Mówią: moi bliscy, którzy zostali w Polsce, Brazylii, Rumunii, ledwie wiążą koniec z końcem, a ja tu mam dom, kierowcę i jeszcze marudzę! Jak może być mi źle, skoro mi tak wszyscy zazdroszczą!” – opowiada Klop-Sowińska.

Hasłem przewodnim jej firmy jest „Become, who you are”. „W czasie spotkań z klientkami kładę nacisk na to, by odpowiedziały sobie na pytanie, co im naprawdę daje szczęście, co chcą robić, kim chcą być w nowym kraju. To może powodować tąpnięcia w związku, bo często kobiety dochodzą do wniosku, że muszą się usamodzielnić, iść do pracy, a ich mąż tego nie chce. W wielu wypadkach to kwestia umiejętnych negocjacji. Miałam klientkę, która zrezygnowała z bycia żoną przy mężu i poszła na studia – technologię żywienia. Inna, Filipinka wychowana w Kanadzie, choć pracowała w Holandii w dobrej firmie, zapadła na depresję. Okazało się, że jej nierealizowanym marzeniem jest doktorat, aplikowała w kilka miejsc i proszę sobie wyobrazić, że jest teraz z powrotem w Kanadzie, prowadzi badania” – wylicza Dorota Klop-Sowińska.

Gdy już wiemy, co chcemy robić, coach pomaga też w ułożeniu planu działania, pracuje

z nami nad poprawą CV. „W nowej pracy też czyha na nas mnóstwo pułapek, także związanych z kulturą. Np. holenderska kultura pracy jest w przeciwieństwie do polskiej mniej hierarchiczna, relacje między szefem a podwładnymi są bardziej partnerskie. U nas pracodawca ciągle rozkazuje i kontroluje, tam oczekuje się od pracowników samodzielności, inicjatywy, wyrażania własnego zdania” – wylicza coach.

Kim van Erp zauważa, że aby uniknąć twardego lądowania na obcej ziemi, najlepiej jest (o ile to możliwe) przed podjęciem decyzji o pracy jak najlepiej poznać dany kraj. „Gdy już się obejrzy to miejsce, łatwiej zastanowić się, czy faktycznie damy radę tam mieszkać, wychowywać dzieci. Czy korzyści z wyjazdu przewyższają koszty” – wylicza Do-rota Klop-Sowińska. Przyznaje, że szok kulturowy może być nie do przejścia. „Jedni nie są w stanie żyć w hinduskim hałasie, inni w wiecznym poczuciu zagrożenia, jakie napotykamy w niektórych krajach afrykańskich czy południowoamerykańskich”. Sama Klop-Sowińska pamięta przerażenie, gdy jej mąż dostał ofertę pracy w Meksyku. „Wylądowaliśmy w Mexico City, jednym z najniebezpieczniejszych miast świata. Na wstępie dostaliśmy szkolenie od firmy, jak się zachowywać w przypadku porwania, np. nie stawiać oporu. Choć, jak się później okazało mieszkaliśmy w bezpiecznej dzielnicy, przez pierwsze dwa tygodnie bałam się wyjść z domu”. Właśnie podczas pobytu w Meksyku Dorota postanowiła, że zrezygnuje z dotychczasowej ścieżki kariery i zajmie się coachingiem. Po powrocie do Holandii skończyła odpowiednie studia. Kiedy była gotowa założyć firmę, okazało się, że mąż dostał nowy projekt – znów w São Paulo.

Wspólnie postanowili o wyjeździe i Dorota już w Brazylii organizowała pierwsze warsztaty dla ekspatów. Teraz, już po powrocie do Holandii, pisze pierwszy poradnik na temat znalezienia własnej ścieżki w życiu. Zauważa, że wspólne z partnerem podjęcie decyzji chroni nas też przed późniejszym wejściem w rolę ofiary. „Trudniej jest rzucać oskarżenia: »zobacz, w co mnie wpakowałeś«, bo razem się na to pisaliście”.

 

DRUŻYNA NA KAWIE U BLOMKVISTA

Kasia i Jacek zdecydowali, że Kasia zacznie szukać pracy i intensywnie uczyć się szwedzkiego. Ich synek poszedł do przedszkola, aklimatyzował się szybciej niż jego mama, ale i ona z czasem nawiązała kontakt z kilkoma mamami innych dzieci. Na razie uczy angielskiego na część etatu w ośrodku dla imigrantów.

Wspólny wyjazd za granicę niesie ze sobą mnóstwo niespodziewanych sytuacji, którym oboje partnerzy muszą stawić czoło: wynajęcie lub kupno domu, gubienie się w nie-znanym mieście. „To może się okazać dla pary najlepszym szkoleniem z team-buildingu. Bagaż doświadczeń, jakie daje taki wyjazd, też jest ogromny, wspólne wspomnienia, nowe widoki, poznani ludzie” – przekonuje Dorota Klop-Sowińska. „W weekendy często jeździmy do Uppsali powłóczyć się po mieście, mamy już ulubione knajpki, parki, muzea. Bierzemy też samochód i zwiedzamy okolice – ostatnio wybraliśmy się na wycieczkę śladami naszych ulubionych autorów kryminałów – odwiedziliśmy nadmorskie letnisko, miejsce akcji wszystkich powieści Camilli Lackberg” – uśmiecha się Kasia. Jeszcze nie wie, czy w Szwecji zostaną na stałe, ale znalazła tu kilku przyjaciół i nauczyła się piec bułki cynamonowe.