I mam często wrażenie, że media społecznościowe działają jak wielka fabryka nowych określeń, ale fajnych określeń. Bo dlaczego właściwie nie? Co kilka tygodni pojawia się termin opisujący zachowanie, które ludzie znają od lat, ale nigdy wcześniej nie nazwali go w tak konkretny sposób.

Czytaj też: Soft luxury travel. Młodzi nie marzą już o pięciogwiazdkowym hotelu
O co chodzi?
Najprościej mówiąc, to osoba, która podczas wspólnych podróży autem zajmuje miejsce pasażera. Nie prowadzi samochodu, nie martwi się trasą, nie skupia się na ruchu drogowym. Zamiast tego może obserwować krajobrazy za oknem, wybierać muzykę, przeglądać telefon, rozmawiać albo po prostu odpoczywać. Jak prawdziwa księżniczka!
W mediach społecznościowych trend szybko zaczął dostawać dodatkowe znaczenia. Passenger Princess stała się symbolem osoby zaopiekowanej, zrelaksowanej i zwolnionej z odpowiedzialności za prowadzenie auta. Powstały tysiące filmów pokazujących dziewczyny siedzące na miejscu pasażera z kawusią w dłoni, słuchające ulubionej muzyki i podziwiające widoki za oknem. Dla jednych był to internetowy trend, dla innych kolejny przykład romantyzowania bardzo zwyczajnych sytuacji. A ja chyba patrzę na to trochę inaczej.
Internet uwielbia wymyślać takie nazwy
Tak było z silent walking, girl dinner czy bed rotting. Wszystkie te zjawiska istniały wcześniej, ale dopiero internet nadał im nazwę, estetykę i własną kulturę. I to jest super. Odzywa mi się w głowie myśl, że jakaś potrzeba została zaspokojona tym, że te określenia istnieją. Passenger Princess jest moim zdaniem dokładnie takim przypadkiem.
Przecież miejsce pasażera było obecne w samochodach praktycznie od momentu ich powstania. Ludzie od dekad dzielili się obowiązkami podczas podróży. Jedni prowadzili, inni siedzieli obok. I przecież tyle samo ludzi lubi jazdę samochodem, co jej nie lubi, a jeszcze inni po prostu nie mają uprawnień.
I chyba właśnie dlatego ten trend zdobył taką popularność. Wiele osób nagle zobaczyło w nim siebie.
Jak to jest u mnie?
Przyznam szczerze, że nigdy nie należałam do osób, które marzą o każdej okazji do prowadzenia samochodu. Dla mnie to stresujące i uważam siebie za tragicznego kierowcę. Mam nadzieję, że kiedyś to się zmieni…
Prawo jazdy mam od czterech lat. Potrafię prowadzić i siadam za kierownicą, kiedy jest taka potrzeba. Jednocześnie trudno nazwać mnie entuzjastką jazdy samochodem (nie będę lukrować rzeczywistości). Jeżeli mam wybór między prowadzeniem a miejscem pasażera, bardzo często wybiorę właśnie to drugie.
I nie chodzi nawet o wygodę. Bardziej o możliwość skorzystania z tego, że nie muszę zmuszać się do czynności, której nie lubię. Kierowca przecież musi być skupiony praktycznie przez cały czas. Nawet podczas spokojnej jazdy autostradą odpowiada za bezpieczeństwo swoje i wszystkich pasażerów. Musi obserwować drogę, znaki, sytuację wokół samochodu i przewidywać zachowania innych uczestników ruchu.
Pasażer może natomiast pozwolić sobie na coś, czego kierowca nie ma. Może patrzeć przez okno, może być rozkojarzony, może rozmawiać o głupotach. I co w związku z tym?
Brzmi banalnie, wiem, ale naprawdę jest w tym coś przyjemnego. Zwłaszcza podczas dłuższych tras. Możliwość obserwowania krajobrazów, mijanych miejscowości czy zmieniającej się pogody sprawia, że podróż wygląda zupełnie inaczej. Dla mnie na pewno. I może właśnie dlatego tak wiele osób odnajduje się w określeniu Passenger Princess.
Czytaj też: Wellness też może mieć ciemną stronę. Czym jest ortoreksja?
Odpoczynek też jest wartością
Mam wrażenie, że czasami zbyt łatwo utożsamiamy samodzielność z koniecznością robienia wszystkiego samemu. Jeżeli ktoś nie prowadzi samochodu podczas wspólnej podróży, od razu pojawiają się komentarze sugerujące wygodnictwo albo brak zaradności. Tymczasem życie przecież pisze różne scenariusze i wszystko zależy od sytuacji.
Każdy z nas ma obszary, w których bierze na siebie więcej odpowiedzialności. Ale też chętnie oddaje jej część komuś innemu. Dla jednych będzie to planowanie wakacji. Dla innych gotowanie. Dla jeszcze innych właśnie prowadzenie samochodu.
Jeżeli ktoś lubi siedzieć na miejscu pasażera i obie strony są z takim układem szczęśliwe, trudno mówić o jakimkolwiek problemie. Szczególnie że współczesne życie i tak wymaga od nas nieustannej aktywności, podejmowania decyzji i zarządzania kolejnymi dodatkowymi obowiązkami.
Czasami możliwość zwykłego siedzenia i patrzenia przez okno jest po prostu czystą formą odpoczynku. Czymś, co się po prostu lubi robić. I nie widzę w tym nic złego.

Jest jednak druga strona medalu
Jednocześnie nie jestem przekonana, że każda forma Passenger Princess jest całkowicie neutralna. Wszystko zależy od skali. Bo o ile okazjonalne wybieranie miejsca pasażera nie stanowi żadnego problemu, o tyle całkowite unikanie prowadzenia samochodu przez lata może już mieć pewne konsekwencje. Szczególnie w przypadku osób młodych i niedoświadczonych.
Prowadzenie samochodu jest umiejętnością praktyczną. Teoria oczywiście ma znaczenie, ale pewność za kierownicą buduje się głównie poprzez regularne doświadczenie. Im więcej jeździmy, tym lepiej oceniamy odległości, szybciej reagujemy na nieprzewidziane sytuacje i bardziej naturalnie czujemy się w ruchu drogowym.
Jeżeli ktoś zdobędzie prawo jazdy, a później przez kolejne lata niemal wyłącznie siedzi jako pasażer, trudno oczekiwać, że jego kompetencje będą się rozwijały. Wręcz przeciwnie. A przecież chodzi mi przede wszystkim o nasze bezpieczeństwo na drogach.
Wiele osób po dłuższej przerwie zaczyna odczuwać stres przed prowadzeniem. Pojawia się niepewność, obawa przed parkowaniem czy jazdą po mieście. Z czasem unikanie kierownicy staje się coraz łatwiejsze, a powrót do samodzielnej jazdy coraz trudniejszy.
I właśnie tutaj widzę potencjalne ryzyko związane z bezrefleksyjnym promowaniem trendu Passenger Princess. Nie dlatego, że siedzenie na miejscu pasażera jest czymś negatywnym. Bardziej dlatego, że każda umiejętność wymaga praktyki.
Czytaj też: Uczniowie mają więcej technologii niż kiedykolwiek. Problem w tym, że nie zawsze uczą się dzięki niej lepiej
Dlaczego tak wiele osób lubi być pasażerami?
Co ciekawe, odpowiedź może mieć również podłoże psychologiczne. Dla mnie to akurat ma sens. I chyba rozumiem, dlaczego.
Badania dotyczące zmęczenia decyzyjnego pokazują, że ciągłe podejmowanie decyzji obciąża nas psychicznie. Kierowanie samochodem wymaga ich dziesiątek, a czasami setek podczas jednej podróży. Wybór pasa ruchu, ocena sytuacji na skrzyżowaniu, reakcja na zachowania innych kierowców – wszystko to wymaga ciągłej uwagi.
Dlatego miejsce pasażera może być odbierane jako przestrzeń chwilowego odciążenia. Nie oznacza to lenistwa. Raczej możliwość zdjęcia z siebie części odpowiedzialności przynajmniej na jakiś czas. Bo przecież i tak w życiu mamy tego mnóstwo.
Psychologowie od lat zwracają uwagę na znaczenie regeneracji i odpoczynku w codziennym funkcjonowaniu. Nie bez powodu wiele osób po ciężkim tygodniu pracy wolałoby, żeby ktoś zaoferował im podwózkę, niż spędzać kolejne godziny za kierownicą. W tym kontekście popularność Passenger Princess wydaje mi się całkowicie zrozumiała.

Największą siłą tego trendu jest jego zwyczajność
Im dłużej obserwuję internetowe dyskusje na temat Passenger Princess, tym bardziej mam wrażenie, że ich sedno nie dotyczy samochodów. Chodzi raczej o potrzebę chwili spokoju.
Może to zabrzmi trochę górnolotnie, ale to trochę o tym, że ma się możliwość bycia osobą, która przez moment nie musi odpowiadać za wszystko. Być może właśnie dlatego ten trend tak mocno rezonuje z moim kochanym ekosystemem mediów społecznościowych. Oczywiście nie dlatego, że nagle odkryto przyjemność siedzenia na miejscu pasażera. To nawet kuriozalnie dla mnie brzmi. Raczej dlatego, że ktoś ubrał dobrze znane uczucie w chwytliwą i nowoczesną nazwę.
Passenger Princess nie jest problemem. Problemem może być tylko przesada
Ostatecznie nie potrafię jednoznacznie ocenić tego trendu jako dobrego albo złego. Bo szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, żeby było tu cokolwiek do oceniania.
Passenger Princess to w dużej mierze nowa nazwa dla czegoś, co ludzie robili od pokoleń. Znowu brzmi kuriozalnie, piszę tu przecież po prostu o zajmowaniu miejsca obok kierowcy. Dla jednych będzie oznaczać relaks podczas podróży, dla innych okazję do podziwiania widoków za oknem, a dla jeszcze innych po prostu wygodniejszy sposób przemieszczania się. I tyle.
Sama bardzo dobrze rozumiem urok miejsca pasażera. Rozumiem przyjemność płynącą z możliwości obserwowania świata za szybą bez konieczności skupiania się na drodze. Jednocześnie uważam, że jak w przypadku wielu internetowych trendów, warto zachować umiar.
Jeżeli mamy prawo jazdy, dobrze jest od czasu do czasu przypominać sobie, jak wygląda prowadzenie samochodu. Nie dlatego, że musimy udowadniać swoją samodzielność. Po prostu dlatego, że pewne umiejętności łatwo tracą ostrość, gdy przestajemy z nich korzystać.
Passenger Princess może być więc świetnym sposobem na odpoczynek. Pod warunkiem że pozostanie faktycznie wyborem, a nie jedyną rolą, w której czujemy się komfortowo. I to jest klucz – tak myślę.
Czytaj też: Dlaczego zwykłe przyjemności znów stają się luksusem?
