Aby zacząć mówić o porażkach, przyjrzyjmy się najpierw sukcesom. Skąd się biorą? Czy są owocem poprzednich sukcesów, czy także wypadkową doświadczenia i intuicji?  

Kiedy przyglądamy się życiu innych, często myślimy: „Ten to ma szczęście, same sukcesy. Gdybym ja był na jego miejscu, to dopiero byłoby życie!”.

Może jednak nie do końca zdajemy sobie sprawę, jak wyglądała ich droga do sukcesu, co musieli na niej przeżyć i jakim przeciwnościom losu sprostać.

PRZESZŁOŚĆ WCIĄŻ W  NAS TKWI

Kiedy myślę o swojej drodze, wydaje mi się, że czasem ludzie postrzegają mnie jako człowieka, któremu wiele rzeczy udało się osiągnąć. Tymczasem moje sukcesy to tylko wierzchołek góry, której podstawą są poniesione w życiu porażki.

Gdy przygotowywałem się do zdobywania biegunów, wydawało mi się, że jestem tu i teraz. Ja i bieguny. Przeszłość jakby w ogóle nie istniała. Myślę, że takie nastawienie pomaga skoncentrować się na zadaniu i osiągnąć cel, ale… No właśnie, wymazanie przeszłości z pamięci wcale nie oznacza, że nie wpływa ona na teraźniejszość, chociaż niekoniecznie sobie to uświadamiamy.

To, kim jesteśmy dzisiaj, nasze nastawienie do świata, sposoby radzenia sobie z problemami i wiele aspektów naszej osobowości wynika z drogi, którą przeszliśmy od momentu narodzin (a niektórzy nawet twierdzą, że ta droga zaczyna się wcześniej) aż do chwili obecnej. Droga to znaczy wszystkie sytuacje, które nas w życiu spotkały: sukcesy, porażki, radości, smutki, to, jak zostaliśmy potraktowani przez innych i jak innych traktowaliśmy. Każdy przeżyty przez nas dzień to cegiełka w budowli naszego dzisiejszego ja. Przy tym bardzo ważne jest, jak poradziliśmy sobie z tymi sytuacjami i jakie ślady pozostawiły one w naszej psychice i w sposobie naszego funkcjonowania.

 

Rozmaite zdarzenia z przeszłości programują nasze późniejsze zachowania i postrzeganie rzeczywistości, chociaż odbywa się to w podświadomości i nie zdajemy sobie z tego sprawy. Nasze reakcje wydają nam się jak najbardziej naturalne i racjonalne. Myślimy, że tak właśnie musi być, bo tak zbudowany jest świat. Zapominamy, że to chodzi wyłącznie o nasz świat, ukształtowany w naszym umyśle przez rozmaite doświadczenia – i te dobre, i te złe. Tymczasem inni mogą mieć zupełnie inne poglądy na kwestie, które nam wydają się oczywiste. I my te poglądy powinniśmy uszanować, nawet jeśli ich nie podzielamy.

SAMOTNOŚĆ LEKIEM NA ZŁOŚLIWOŚĆ

Tyle teorii, teraz przejdę do konkretnych przykładów z mojego życia i spróbuję pokazać, jak ta teoria działa. Kiedy zacząłem pisać książki i prowadzić wykłady na temat swoich przygód, musiałem siłą rzeczy cofnąć się do przeszłości i zacząć sobie przypominać, jak to wszystko się zaczęło. Stawiałem też sobie pytania: jak to możliwe, że poradziłem sobie z samotnością, ze strachem, z różnymi niebezpiecznymi sytuacjami. Przecież nie miałem żadnego specjalnego przy-gotowania ani treningu. A jednak powoli uświadamiałem sobie, że moje wcześniejsze życie było takim właśnie treningiem i przygotowaniem. A dokładniej rzecz biorąc – porażki i trudności, z którymi się wówczas musiałem zmierzyć.

Kiedy miałem pięć lat, złamałem rękę i ponieważ było to skomplikowane zła-manie, przebywałem przez wiele miesięcy sam, bez rodziców, w szpitalu. Inni mali pacjenci często przekonywali mnie, że moi rodzice nigdy już do mnie nie wrócą. Nie pamiętam w szczegółach, jak poradziłem sobie wtedy (chociaż przez wiele lat w ogóle nie pamiętałem tej sytuacji, po prostu wyparłem ją ze świadomości), ale myślę, że to doświadczenie radzenia sobie z samotnością wśród innych było moim życiowym kapitałem. Wykorzystałem je później w przygotowaniach do wypraw i podczas drogi na bieguny. Wydaje mi się, że sprostanie tamtej sytuacji polegało na zaakceptowaniu jej, a jednocześnie na stworzeniu sobie równoległego świata, w którym podróżowałem „Nautilusem” z kapitanem Nemo, z Edmundem Hillarym zdobywałem Mount Everest, zaś z Roaldem Amundsenem biegun południowy.  Książki okazały się zatem nieocenionym wsparciem.

 

Chodzi z jednej strony o to, aby każdą sytuację, nawet najgorszą, niezależną od nas i niezawinioną przez nas, starać się obrócić w jakieś dobro, a z drugiej, aby mieć niezależnie od świata zewnętrznego wewnętrzną sterowność i zdolność do zachowania jakiegoś kursu.

Aby lepiej zilustrować ten fragment, posłużmy się metaforą jachtu płynące-go przez ocean. Jacht to my – możemy się poruszać w kółko albo bezwładnie poddać się działaniu fal i wiatru, albo też obrać konkretny kurs. I to rozstrzyga o naszej przyszłości: albo gdzieś płyniemy i wiemy dokąd, albo zdajemy się na przypadek.

Sterowność polega na tym, że niezależnie od sytuacji nigdy nie tracimy prędkości, choćby minimalnej; to my decydujemy także o tym, dokąd płyniemy.

Oczywiście, nie zawsze możemy żeglować prosto do celu, nieraz musimy płynąć w odwrotnym wręcz kierunku lub uciekać przed sztormem, ale robimy to świadomie. Jak każda metafora – także symbol łodzi i podróży przez ocean ma swoje ograniczenia, więc zapamiętajmy to, co najważniejsze: cel, kurs, sterowność, świadome dokonywanie manewrów, i idźmy dalej.

Nie chciałbym nikogo zachęcać do opierania swojego życia na budowaniu równoległego świata wewnątrz siebie i pozostawania tylko w nim, ale aby radzić sobie z porażkami, warto mieć taki azyl. Musimy też poznać i zaakceptować siebie, bo jeżeli żyjemy tylko i wyłącznie światem zewnętrznym, to nasze życie bywa przypadkowe i trudno czasem znaleźć w sobie siłę i motywację do podniesienia się z upadku. Zresztą po co? W imię czego?

Warto zastanowić się nad szerszym kontekstem porażki, zobaczyć ją z perspektywy naszego życia, może nie od razu całego, ale przynajmniej większego jego fragmentu. Wracając do praktycznej strony radzenia sobie z porażkami: moje porażki – a było ich bardzo wiele, tych dużych i małych – uczyły mnie zawsze czegoś ważnego o mnie i o świecie. Czegoś, z czego nie zdawałem sobie w ogóle sprawy.

LEKCJA SUROWEJ NAUCZYCIELKI

Bywały duże porażki, jak na przykład niemożność wypłynięcia jachtem w podróż dookoła świata ze względu na decyzję kapitana Służby Bezpieczeństwa po prawie dwóch latach włożonych w przygotowanie tej podróży. Była także nieudana próba dokonania pierwszego w historii trawersu Antarktydy, kiedy musiałem zatrzymać się na biegunie południowym. Ale zdarzają się też zwykłe, codzienne sytuacje, kiedy nie radzę sobie z nadmiarem obowiązków, kiedy coś mi nie wychodzi albo jestem bezsilny i czuję, że stoję przed   ścianą. Staram się wtedy mieć pozytywne nastawienie do porażki (co nie zawsze się udaje), traktować ją jak nauczycielkę, która przychodzi, by nauczyć mnie czegoś ważnego. Nawet jeśli ta nauka bywa bolesna.

 

Aby radzić sobie z emocjami, zniechęceniem i poczuciem beznadziei, stosuję różne narzędzia i sposoby, jak na przykład ruch: bieganie, pływanie, jogę. To powoduje wydzielanie się endorfin i przypływ pozytywnej energii. Staram się medytować, liczyć do stu albo do tysiąca, aby wyłączyć na chwilę umysł i „zejść” gdzieś głębiej. Staram się podążać za intuicją i odkrywać różne wymiary życia, także budować takie relacje z sobą samym i ze światem, które są oparte na prawdzie. W końcu, chociaż może od tego powinienem zacząć, staram się odnaleźć w tym życiu Boga i mieć z nim jak najmocniejszą więź.

JEST TRZECI BIEGUN DO ZDOBYCIA

Fundacja Marka Kamińskiego prowadzi właśnie nowy edukacyjno-podróżniczy projekt – Trzeci Biegun. Ważnym elementem tego przedsięwzięcia jest piesza wędrówka Marka Kamińskiego po Europie. Celem podróżnika jest dotarcie do Santiago de Compostela, czyli miejsca spoczynku ś w. Jakuba. Wszystko po to, by zebrać  fundusze na organizowane przez Fundację  Europejskie Obozy Zdobywców Biegunów oraz wypromować  autorską  Metodę Biegun.

Trzeci Biegun zawiera w sobie kilka istotnych działań. Jednym z nich jest edukowanie uczniów poprzez platformę  internetową  Strefa Biegun. Dzięki współpracy z wydawnictwem Operon uczniowie zapoznają się z 10-stopniową  Metodą Biegun stworzoną  przez Marka Kamińskiego. Uczy ona poznawania siebie a przez to określania rozwijających celów i, co najważniejsze, osiągania ich. Cele to metaforyczne bieguny, które każdy przy odrobinie determinacji może zdobyć . Metoda ta została wprowadzona w życie podczas Obozów Zdobywców Biegunów, które Fundacja regularnie organizuje dla dzieci chorych, niepełnosprawnych oraz znajdujących się w trudnej sytuacji życiowej.

W ramach projektu podróżnik pokona liczącą 4 tys. km trasę i odwiedzi oprócz Polski pięć państw: Rosję , Niemcy, Belgię , Francję  i Hiszpanię . Wędrówkę udokumentuje fi lm wyreżyserowany przez francuskiego reżysera polskiego pochodzenia Jana Czarlewskiego, laureata licznych nagród na międzynarodowych festiwalach filmowych (m.in. w Locarno i Amsterdamie). Będzie on towarzyszył Markowi Kamińskiemu przez 40 dni (projekt potrwa ponad 100 dni i zakończy się w lipcu 2015 r.), zbierając inspirujący materiał z tej wyjątkowej wyprawy. Projektowi towarzyszy zbiórka funduszy na Europejskie Obozy Zdobywców Biegunów.

Więcej informacji znaleźć można na: www.3biegun.kaminski.pl; www.facebook.com/3BiegunMarekKaminski; www.pinterest.com/3biegun; twiter.com/3Biegun