Co dzieje się z tą polityczną sprawnością, kiedy jako nowy szef spotykam się ze swoim zespołem? Otóż staje się ona źródłem prawdziwych kłopotów. Bo też jednym z podstawowych pytań, jakie zadaje sobie pracownik w kontakcie z nowym szefem, jest pytanie o autentyczność tego kontaktu. Kiedy wchodzimy na pierwsze spotkanie z nowym szefem, nasze „wykrywacze ściemy” są w pełnej gotowości. Wyobraźmy sobie dwie wersje tego, co na takim spotkaniu może powiedzieć nasz nowy przełożony.

Wersja pierwsza: „Witam szanownych państwa. Z nieskrywaną satysfakcją otwieram to spotkanie, bowiem w czasach rynkowych turbulencji to właśnie profesjonalna wiedza i kwalifikacje zasobów ludzkich przesądzają o sukcesie długofalowych strategii organizacji. Nie ukrywam, że wiele sobie obiecuję po naszej współpracy”.

Wersja druga: „Cześć, mam na imię Marek. Pracuję w tej firmie od dziesięciu lat. Jestem z wykształcenia ekonomistą, mieszkam z żoną i synem na Mokotowie. Zanim powiem wam o swoich planach i oczekiwaniach, chcę poprosić, żeby każdy powiedział parę słów o sobie”.

Umysł przykładowej Małgosi podda błyskawicznej obróbce interpretacyjnej każdą z tych wypowiedzi. Małgosia zdecyduje, czy wchodząc w relację z nowym przełożonym, wchodzi w relację opartą na autentyczności, czy na korporacyjnej grze, w której każdy zna na pamięć swoje kwestie i nic z ich wygłaszania nie wynika.

Pierwsze rozdroże, na którym decyduje się, co dalej, to pytanie – czy to, co mówi mój szef, jest „pojedyncze” czy „podwójne”? Innymi słowy – czy to rozmowa, czy gra? Czy mogę poświęcić swoją energię na słuchanie treści, czy muszę ją rozdzielić na słuchanie treści i interpretowanie jej prawdziwego, ukrytego pod spodem znaczenia? Czy mam być w rozmowie, czy mam się ustawiać?

Menedżer, który nie wyłączy swoich taktycznych, politycznych, korporacyjnych zabiegów w relacji z podwładnymi, nie przełączy się z języka prezentacji dla zarządu na język normalnej rozmowy, buduje dom na piasku. Ładnie umeblowany, posprzątany, odpicowany – ale co z tego, skoro pozbawiony fundamentu. Bo jeśli ktoś podejrzewa, że grasz, a nie rozmawiasz, nie ma znaczenia, jak eleganckich zwrotów i inteligentnych argumentów użyjesz – wszystko zostaje unieważnione przez podejrzenie, że pod powierzchnią tego, co mówisz, czai się niekoniecznie przyjazny zamiar. A pierwsze, co skłania do interpretacji (podświadomej na ogół), że to gra, a nie rozmowa, jest używanie korpojęzyka. 

Poza formą jest jeszcze treść. Każda rozmowa odbywa się niejako na dwóch poziomach: oficjalnie mówione jest to, co jest mówione. „Jak tam projekt XYZ?”. „Świetnie!”. I dopóki nie ma podejrzenia, że pod tym pytaniem kryje się coś więcej niż chęć pozyskania informacji, wszystko jest w porządku. Jeśli jednak będę przypuszczać, że mój szef pyta mnie nie po to, żeby się dowiedzieć, ale z jakiegoś innego, utajonego powodu, zamiast rozmawiać, zacznę się ustawiać – zgodnie z przyjętą przeze mnie interpretacją. Jeśli na przykład uznam, że takie pytanie ma na celu dorzucenie mi kolejnego, niechcianego projektu, moje „Świetnie!” może zamienić się w „Ciężko, ciężko... Strasznie jestem zarobiona”. Jeśli podejrzewam, że pytanie wzięło się stąd, że Baśka doniosła, że nie dotrzymałam terminu, mogę odpowiedzieć „Świetnie. Tylko szczerze mówiąc, z Baśką jest kłopot, bo wysyła zamówienia w ostatniej chwili i nie daje czasu się przygotować”. I tak trwa wzajemne okopywanie się, taniec wojenny, zabawa w kotka i myszkę.