Mniej więcej dwa i pół tysiąca lat temu Demokryt, podróżnik, lekarz i filozof z greckiego miasta Abdera, miał wizję: odpoczywając, dojrzał drobiny kurzu wirujące w promieniu słońca wpadającym przez okno do domu i ten widok odsłonił mu naturę świata. Według Demokryta na rzeczywistość składa się nieskończona ilość niepodzielnych cząsteczek, które nazwał atomami, wirujących w bezkresnej przestrzeni. Atomy łączą się w większe całości, a potem znów rozpraszają. Wszystko, co nas otacza: martwe przedmioty, rośliny, zwierzęta, ludzie, gwiazdy, planety i galaktyki, to chwilowe skupiny atomów. Każdy z nas jest taką skupiną, która trwa przez jakiś czas, by zniknąć, rozproszyć się w bezkresie.

Demokryt opowiedział o czymś, o czym często wolelibyśmy zapomnieć. O tym, że nic nie jest trwałe, i o lęku, który budzi świadomość tego faktu.  Niepokoją nas  zmiany, boimy się rozstań, porzucenia, nieszczęśliwych wypadków i chorób, bo przypominają o tym, że wszystko się skończy. Lęk, cień śmierci, jak pisał niegdyś Antoni Kępiński, „jest doznaniem najpierwotniejszym, bo wynikającym z samego procesu życia i jego przeciwstawiania się entropii panującej w przyrodzie nieożywionej”.

 

Ludzkie życie jest chwilą wobec wieczności

Na pierwszy rzut oka świat Demokryta przenika melancholia, gorycz rozwianych marzeń, niespełnionych nadziei, bezowocnych starań. Każdy chciałby, żeby istniał również inny świat? Taki, gdzie wszystko, co w życiu najlepsze, będzie trwało wiecznie.

Demokryt doskonale znał to ludzkie pragnienie. Widział, jak ludzie tworzą wokół siebie świat wypełniony fantomami utkanymi z nadziei i obaw, pięknymi, strasznymi, godnymi pożądania lub pogardy. Bywają one powodem radości lub smutku, budzą namiętności i zawiść, a chwilami, gdy uda się je zdobyć, dają uczucie spełnienia i bezpieczeństwa. W tym fenomenalnym świecie na czoło wybijają się rzeczy, które zadziwiają potęgą i chwałą. Wydaje się, że są tak wspaniałe, że powszechny rozpad ich nie dotyczy. Wizerunki bogów, ich świątynie, władza, bogactwo imponują atrybutami siły, by odróżnić się i wynieść ponad świat zwykłych śmiertelników. Paradoks życia polega według Demokryta na tym, że prawdziwą przyczyną ludzkiej udręki nie jest przemijanie, lecz lękliwy podziw dla tych fantomów i uleganie złudzeniu wieczności, które niosą. Ludzie zawzięcie walczą o bogactwo, o władzę, o swoich bogów. Zadają cierpienia innym i sami cierpią.

A gdyby pogodzić się z myślą, że świat jest właśnie taki, jak opisał Demokryt? Uznać, że ludzkie życie jest chwilą wobec wieczności, drobiną w bezkresie, a zarazem  darem, który otrzymaliśmy od losu? Demokryta nazywano śmiejącym się filozofem, bo jak mówi legenda, często głośno się śmiał. Jedni powiadają, że śmiał się z głupoty ludzi pochłoniętych pogonią za złudzeniami, a inni, że jego śmiech był wyrazem akceptacji istnienia takiego, jakie jest, radości życia i jego codziennych przyjemności.

Wystarczy się skupić na podstawowych potrzebach Epikur, następca Demokryta, uważał, że argument filozoficzny, który nie leczy ludzkiego cierpienia, jest nic niewart. Z egzystencjalnego lęku, lęku przed śmiercią, leczył jego zdaniem jeden argument: afirmacja niezwykłości i unikatowej wartości życia. Staje się ona widoczna dopiero wtedy, gdy dostrzeże się i zaakceptuje, że życie jest przypadkowe i jednorazowe. Jak pisał znawca filozofii Epikura E. Hoffmann: „Istnienie powinno się zrazu uznać za czysty przypadek, by potem móc je przeżyć jako wyjątkowy cud. Trzeba najpierw stwierdzić bezlitośnie, że istnienie dokonuje się tylko raz, by potem święcić w nim to, co jedyne i niepowtarzalne”.  Źródłem cierpienia jest każda doktryna, każde przekonanie, które przesłania tę podstawową prawdę i odwraca uwagę od wyjątkowości istnienia, które nam się przydarzyło.